Francja wzdłuż rzek – rowerem po Europie

Francja wzdłuż rzek rowerem to pierwsza część przejazdu przez ten kraj podczas długiej wyprawy po Europie prowadzącej z Polski do Hiszpanii. Jest Rodan, jest Saona i górna Loara. A wiele ładnych miast i wiosek, dobre wino, pachnące sery, chrupiące bagietki oraz festiwal sztuki ulicznej uczą nas tu francuskiego smaku oraz dają wytchnienie po kilku ostatnich tygodniach intensywnie spędzonych w austriackich, włoskich oraz szwajcarskich Alpach.

Francja wzdłuż rzek w zachodniej części kraju to mieszanka podróży po rowerowych szlakach oraz po zwykłych trasach dla samochodów. W okolice miasta Lyon prowadzi nas szlak rowerowy wzdłuż Rodanu, z którego zjeżdżamy, by bocznymi drogami przedostać się nad rzekę Saonę, a stamtąd jednodniowym (choć wymagającym) przełajem przez góry regionu Beaujolais (sąsiedztwo z północnym skrajem Masywu Centralnego) dotrzeć do dolnej górnej Loary – najdłuższej rzeki we Francji, która w kolejnej części zaprowadzi nas do swojego ujścia do Oceanu Atlantyckiego. Z grubsza na jakiś czas żegnamy się więc z górami, a krajobraz przede wszystkim wypełniają nam rzeczne doliny, lasy, łąki oraz grunty rolne i zabytkowa architektura.

Francja jest naszym 10. krajem podczas tej wyprawy rowerowej po Europie, a na opisywanym odcinku przejeżdżamy około 460 kilometrów i spędzamy 9 dni. Poruszamy się po regionie Owernia-Rodan-Alpy w departamentach Górnej Sabudii, Sabaudii, Isère, Ain, Rodanu, Loary, Allier oraz Saony i Loary. W nogach zaś mamy już dystans pokonany w Niemczech (Dolna Saksonia), Czechach, Słowacji, Węgrzech, Rumunii, Serbii, Austrii, Szwajcarii, oraz Włoszech, przy czym niektóre z tych krajów odwiedzaliśmy dwukrotnie.

Francja. 02-05.09.2016: 95-98. dzień wyprawy. Dystans: około 183 kilometry. Odcinek: granica CH / FR – Vulbens – Clarafond-Arcine – Seyssel – Virignin – St. Genix Sur-Guiers – Lagnieu

„Motywacja jest tym, co pozwala Ci zacząć. Nawyk jest tym, co pozwala Ci wytrwać”. Jim Ryun

Dotarcie do kolejnej międzypaństwowej granicy staje się faktem, kiedy na poboczu drogi Route de Valleiry prowadzącej przez las zza drzew wyłaniają się kolorowe tablice. I jako, że jesteśmy na bocznej drodze departamentalnej, to czeka tam raczej powitanie z departamentem Górnej Sabaudii (departament de Haute-Savoie) zamiast z wielkim napisem „France” w otoczeniu żółtych gwiazd – ale to nie ma większego znaczenia, bo tak czy siak wykonujemy pląs radości, czyli spontaniczny powitalny taniec.

Zupełnie nic szczególnego, a jednak obijanie się o siebie tyłkami na zmianę z przybijaniem piątki i machaniem łapskami wyrażać ma dziką radość związaną z uświadomieniem sobie, że dojechaliśmy już tak daleko o własnych siłach. Jest więc w nas satysfakcja siły, drogimotywacji, a w ciągu ostatnich miesięcy to co wcześniej było obcymi liniami na mapie Europy regularnie staje się przestrzenią naszych przeżyć oraz wspomnień.

Jednocześnie przez kilka minionych tygodni solidnie przetarmosiliśmy się przez Alpy, gdzie codzienne interwały urozmaiciliśmy sobie jeszcze kilkoma całkiem pokaźnymi przełęczami (Hochtor, Fuscher Törl, Gerloss, Passo di Eira, Passo del Foscagno, Passo dello Stelvio). W związku z czym na równi z ogólną siłą w nogach czujemy również tymczasowe zmęczenie mięśni oraz potrzebę choćby chwilowej regeneracji. I jak to często w podróży bywa: mówisz – masz. Na dzień dobry w jednej z pierwszych wiosek chwilowy relaks w strefie piknikowej z darmową toaletą i gniazdkiem elektrycznym umilamy smacznym ciastkiem. W trakcie ustalamy, że najcudowniej byłoby zrobić sobie dzień wolnego od jazdy w jakiejś przyzwoitej miejscówce do spania na dziko.

Zatem zadki na powrót na rowery, bo jest mobilizacja nie tylko do szukania, ale przede wszystkim do znalezienia pożądanych okoliczności. Najpierw więc zaopatrzenie złożone z pierwszych francuskich pyszności, a zaraz potem piękny odcinek trasy D908A Route de Vulbens prowadzący w dolinie Rodanu między Alpami na południu, a Jurą na północy. Patrzymy na lazurową wstążkę Rodanu wciśniętą między zalesione wzgórza i ani nam się śni marzyć o byciu w takiej lokalizacji… Tymczasem…

francja wzdłuż rzek rowerem po europie

…tymczasem pod kołami wyrasta podjazd! Ależ oczywiście – Alpy za plecami, choć przecież od razu płasko nie będzie, a ten Rodan to nie bez powodu widzimy w dole – toż to wkoło przewyższenia! Mija więc 2.5 kilometra na kolejnym powolnym turlaniu się pod górę. Rzeka cały czas zostaje gdzieś w dole zasłonięta drzewami i powoli dociera do nas świadomość, że gdyby nie te drzewa

No i gdyby ta boczna w dół w miejscowości Arcine zbiegała do rzeki, to byłoby fenomenalnie. Mapa w atlasie tego nie pokazuje, ale za to mapa w telefonie mówi, że zjazd do rzeki istnieje, więc oczywiście, że się ładujemy. Nie żeby tak zaraz beztrosko, bo wątpliwość jest także: zjazd bardzo stromy, z serpentynami, więc jeśli na marne, to za chwilę konieczny będzie katorżniczy odwrót.

Ale nic z tego! Rozpędzeni hamujemy w nadrodańskim raju – bo w obszernym terenie piknikowym między drzewami, a do tego zastajemy bezpośredni dostęp do lazurowej rzeki. Zaś najważniejsze z wszystkiego zdaje się to, że plac jest zupełnie pusty, zatem hulaj dusza, wskocz do wody! W gorący dzień do tego ostatniego nie potrzeba żadnej zewnętrznej motywacji, więc już po chwili taplamy się na golasa w rodniańskim nurcie.

Kamil postanawia popływać i jest to chyba najlepsze pływanie w życiu, kiedy tuż nad poziomem wody wyrastają zbocza gór pokolorowane w zmieniające swoje odcienie drzewa (brunatne oraz żółte liście są efektem letnich upałów i długiej suszy, a nie objawem jesieni). Na północnym-wschodzie wyraźnie widoczny staje się fragment wapiennego masywu Vuache (Montagne de Vuache) położonego między Alpami a Jurą. Licząc 1.112 m n.p.m. tworzy on więc ścianę rzędu ok. 750 metrów wysokości wystającą nad Rodan.

Czy to przypadkiem nie jest ziszczenie warunków tej idei sprzed kilku godzin, że dobrze byłoby zrobić dzień wolnego od jazdy w przyzwoitym miejscu? Oczywiście, że tak, zatem kuchnia biwakowa w ruch, a namiot w piach wieczorną porą. Na noc przyjeżdżają też inni zwolennicy pikników, którzy dnia kolejnego przychodzą z przyjazną intencją: czy czegoś potrzebujemy? Bo jeśli tak, to oni mieszkają niedaleko i służą pomocą, a w ogóle to zostało im pół kartonu czerwonego wina, zatem mówią „smacznego, wypijcie sobie do obiadu„!

Toteż chętnie delektujemy się nim do popołudniowej francuskiej bagietki z pysznym francuskim serem. Wieczorem natomiast oglądamy gwiazdy na bezchmurnym niebie i zgodnie stwierdzamy, że jeden dzień leniuchowania na świeżym powietrzu był wspaniałą regeneracją, co też potwierdza się kolejnego poranka, gdy przed nami trasa w górę, aby wydostać się z doliny Rodanu.

Jedziemy więc po licznych serpentynach oraz zakrętach gubiących się między gospodarstwami rolnymi a pastwiskami. 5.5 kilometrowy podjazd wzbudza skojarzenia z polską Doliną Bobru, a więc pojawia się sentyment wobec Środkowej Europy, choć na dalszej trasie między drzewami zaczyna prześwitywać masyw Mont Blanc. Tym samym toczymy się po ścieżce rowerowej w obliczu jednego z ostatnich wyrazistych widoków na Alpy.

Jednocześnie za północnym brzegiem Rodanu ciągle wyraziście malują się południowe skraje pasma Jury i obramowują mijane przez nas miejscowości, drogi oraz ścieżki. W mieście Seyssel spotykamy pierwszy z charakterystycznych, zdobionych mostów, jakie przyjdzie nam widywać w tym kraju podczas śledzenia przebiegu wielkich rzek. Tym razem jest to wiszący Most Czarnej Madonny (Pont de la Vierge noire) z XIX wieku, który łączy Seyssel położone w departamencie Górnej Sabaudii wraz z Seyssel znajdującym się po drugiej stronie rzeki już w departamencie Ain.

Tego dnia znaki kierują także na wspaniałą ścieżkę rowerową  (cały czas jest to szlak wzdłuż Rodanu tzw. Via Rhona) nad jednym z kanałów rzecznych. Równy asfalt, otoczenie pagórów oraz sąsiedztwo lazurowego Rodanu czynią jazdę wyjątkowo przyjemną, a lokalni turyści na widok sakwiarskich przewozów nienormatywnych sami z siebie przepuszczają nas przodem ; )

Wypiętrzenia francuskiej Jury nie znikają z horyzontu ani na chwilę i towarzyszą również podczas wieczornego biwakowania. Miejsce na nocleg znajdujemy niedaleko szlaku, w punkcie oddalonym od drogi dla samochodów i nieco osłoniętym od ścieżki rzędami roślinności, a jednocześnie z dostępem do ujęcia wody w wąskim kanale. Jest więc bardzo przyjemnie i wciąż bardziej zielono niż żółto, chociaż i tutaj zastajemy ślady przedwczesnego zasychania roślin po długotrwałej suszy.

Z rana jesteśmy nieco wygnieceni, ponieważ nadzialiśmy się na kilka garbów w ziemi, a nasze maty zmęczone intensywnym biwakowym życiem niestety nie trzymają już tak dobrze powietrza. Smaczne śniadanie, umiarkowana temperatura powietrza i brak bezpośredniego słońca są idealne na rześki start, więc droga mija przyjemnie. Pod rowerami ponownie rozwija się gładka nitka asfaltu, szlak jest pusty, a pod kołami szeleszczą suche liście przypominające zbliżającą się jesień.

W mieście Bregnier mijamy rzędy urokliwych kamiennych domów z okiennicami oraz stary piec do wypieku chleba, a wszystko w dalszym ciągu obramowane zboczami Jury z jednej strony, a niebieską nitką Rodanu z drugiej. Tego dnia przede wszystkim uderza nas znikomy ruch w mijanym regionie, ale nie ma to nic wspólnego z poczuciem niepokojącej pustki, ale raczej związane jest z poczuciem błogiego spokoju i radością odkrywania okolicy przez pryzmat samych siebie.

Tym samym po prostu cieszymy się z bycia ze sobą i wspólnej drogi, czemu towarzyszy swobodna wymiana myśli. Sprzyjają temu również kilometry gładkiego szlaku rozwijającego się pod kołami w poprzek kolejnych połaci francuskich lasów oraz łąk i pagórków. W miejscowości Groslée na naszej trasie pojawia się z kolei następny charakterystyczny most. Rozciągnięty nad Rodanem jest tu bowiem wiszący Most Groslée  (Pont de Groslée) z 1912 roku, który zapisał się w historii II wojny światowej, kiedy chwilowo oraz częściowo uległ zniszczeniu, aby zapobiec działaniom ze strony niemieckiej.

Krajobrazowo natomiast jest to punkt wyjątkowo malowniczy, ponieważ od północnej strony nad miastem oraz mostem wypiętrza się kolejny szczyt Jurygóra Tentanet (1.018 m n.p.m.) przewyższająca koryto rzeki o około 800 metrów. Od strony południowej zaś na dobre z widoku znika skraj Alp, po tym jak w St. Genix minęliśmy zakole Rodanu i wraz z rzeką obraliśmy inny kierunek jazdy. Tym samym w miejsce Alp pojawia się widok na niziny i w tym miejscu dociera do nas, że już ostatecznie alpejski motyw wyprawy mamy w pełni za sobą.

Wypiętrzenia Jury pozostają jeszcze ciągle za prawym brzegiem Rodanu, ale to również nasz ostatni dzień w ich towarzystwie. Górskie obramowanie mijanych okolic kurczy się stopniowo, a z północnego-zachodu nadciąga naprzykrzający się „wmordewind”. Na wietrznych zmaganiach mija nam więc cała pozostała trasa do miasta Lagnieu, gdzie żegnamy się i z Jurą, i ze szlakiem Via Rhona. Szlak wzdłuż Rodanu biegnie dalej do Lyonu, a potem cały czas na południe aż do ujścia rzeki do Morza Śródziemnego – czyli w innym niż my kierunku. Dlatego następnym etapem naszej podróży (przynajmniej na chwilę) jest powrót do samodzielnego wyznaczania trasy.

Tak więc w mieście koła między samochodowy ruch, a za obrzeżami uruchamiamy tryb poszukiwawczy miejsca na nocleg. Pierwszy kandydat występuje całkiem niedaleko i aby go sprawdzić, tarabanimy się na polną drogę prowadzącą za linię gęstej roślinności. Tam zaś –  zielona łąka obramowana drzewami, więc lokalizacja na kształt rekreacyjnego azylu. Na ten widok nie mamy wątpliwości, że zostajemy, w związku z czym rozpoczynamy demontaż sakw oraz dobieranie się do zwiniętego namiotu. Aż wtem nadjeżdża ciągnik.

Zatem po kilku sekundach tępego wpatrywania się w rzężącą maszynerię rozpoczynamy odwrót – namiot z powrotem do wora, sakwy na rower. Ale pan kierowca przed wystartowaniem wgłąb łąki przystaje, uśmiecha się i przy użyciu gestów pyta, czy chcemy tutaj spać. Na twierdzącą odpowiedź kolejnymi gestami daje znać, że chciałby tylko skosić teren, a kiedy skończy, to my będziemy mogli rozbić namiot… W ten sposób za pomocą spontanicznej komunikacji alternatywnej doświadczamy jednego z najbardziej życzliwych spotkań, a pan odjeżdża z szerokim uśmiechem. Nie mniejsze malują się również na naszych gębach, a wzmacniamy je jeszcze tanim francuskim winem za 1 euro (nie mylić z polskim tanim winem ; )).

Francja. 06-10.09.2016: 99-103. dzień wyprawy. Dystans: około 277 kilometrów. Odcinek: Lagnieu – Meximieux – Saint Andre de Corcy – Trevoux – Belleville – Beaujeu – Chauffailles – Charlieu – Marcigny – Digoin – Diou – Bourbon-Lancy – Decize 

Powrót na ogólnodostępne drogi od razu wiąże się z koniecznością skorzystania z ruchliwej krajówki, z której następnie zjeżdżamy na boczną. Okazuje się jednak, że jest to droga przemysłowa, a do tego prowadzi do autostrady, zatem pełno tu tirów oraz wszelkiej innej maści pojazdów. Jakby tego było mało, to w rowerze Kamila pęka jeszcze linka przerzutki – na szczęście nie jesteśmy w górach i nie musimy naprawiać tego ustrojstwa przy podmuchach ciężarówek, bo reperacja może trochę poczekać.

Jednakże droga nie jest całkiem wolna od przewyższeń terenu, bowiem krajobraz wokół Meximieux staje się pagórkowaty. Szczególnie ładnie w tych okolicznościach wygląda miasteczko Perogues z zachowaną średniowieczną zabudową skupioną centralnie i otoczoną murem. Tamtejsza droga D4 prowadząca nas za miasto Saint Andre de Corcy jest już spokojniejsza, a wcześniej w miejscowości Le Montellier przy XIX-wiecznym kościele wypatrujemy przyzwoite miejsce do wymiany linki.

Niestety tego popołudnia ponownie naginamy pod wiatr, choć w ostatecznym rozrachunku osiągamy zaplanowany cel – w Trevoux docieramy do doliny rzeki Saony, gdzie przy gruntowej drodze nad rzeką znajdujemy kolejne fajne miejsce pod namiot. Kąpiemy się w ostatnich promieniach słońca, a potem jemy obiad pod drzewami, czekając na zapadnięcie zmroku, żeby postawić namiot.

Rankiem wstajemy jeszcze po ciemku i dzień rozpoczynamy od bardzo niezdrowego śniadania złożonego z bagietki obłożonej serem brie i posmarowanej… czekoladą. Jest to bowiem wynalazek, o którym ponad 2 miesiące wcześniej w rumuńskim pociągu z Sibiu do Drobety-Turnu Severin opowiedział nam Rumun Bogdan. Byliśmy wielce ciekawi takiego zestawienia, w związku z czym w końcu nadszedł ten moment. I niestety (stety) powyższe połączenie jest przepyszne, więc je jednocześnie polecamy, jak i nie polecamy ; )

Niemniej jednak bieżącego dnia powyższe zestawienie z pewnością nie odkłada nam się w tętnicach, ponieważ część trasy ustanawia długi, upalny podjazd. Tuż za Belleville teren wspina się bardzo delikatnie w górę, a kilka kilometrów przed Beaujeu orientujemy się, że uboczami miejscowości biegnie ścieżka rowerowa Voie Verte du Beaujolais. Nad miastem jednak rozpoczyna się podjazd z grubej rury, przez co na zabudowania szybko jesteśmy w stanie spojrzeć z góry i jak okiem sięgnąć w okolicy rozpłaszczają się rozległe wypiętrzenia.

Jesteśmy bowiem na przełaju w kierunku Loary, który to przełaj wiedzie przez góry regionu Beaujolais, sąsiadujące z północnym skrajem Masywu Centralnego. Dostaliśmy się więc w teren intensywnie pagórkowaty, co daje szansę na zdobycie choć jednej imiennej i całkiem zacnej przełęczy górskiej we Francji – po tym jak zdecydowaliśmy się wyznaczyć naszą trasę w dolinach rzek. Przypada na przełęcz des Echarmeaux (712 m n.p.m.) w centrum miejscowości o tej samej nazwie (choć najwyższy punkt podjazdu znajduje się kawałek wcześniej, przed miejscowością), a wymaga pokonania ponad 400 metrów przewyższenia rozłożonego na dystansie około 13 kilometrów (z kilkoma zjazdami po kilkaset metrów). Nie ma więc spektakularnych stromizn, ale za to jest spektakularny upał, a słońce praży w gołe plecy.

Z błogą ulgą przystępujemy do długaśnego zjazdu w kierunku Chaufffailles (około 13 kilometrów), łapiąc wiatr podczas rozpędu na równym asfalcie. Tam obieramy azymut na Charlieu i kończy się swawolne rumakowanie, bowiem następuje seria krótkich pagórów. Nie są one wymagające same w sobie, lecz kolejna mobilizacja mięśni w nagrzanym powietrzu skłania do odpoczynku plackiem na trawie przy przydrożnym parkingu.

Odpoczynek cacy, ale gdy po kolejnych 10 kilometrach docieramy do Charlieu, zarządzamy kolejną godzinną przerwę, ponieważ zimne zacienione schody jednej z kamienic miejskich przyklejają nam się do tyłków, zaś owe tyłki wcale nie chcą się od nich odkleić ; ) Po zakupach szukamy noclegu i poszukiwania te wiodą nas do kolejnej miejscowości Pouilly sous Charlieu, a to oznacza, że dotarliśmy do kolejnego celu francuskiej przygody – mianowicie do górnej Loary!

Jakby jeszcze było mało, to tego dnia przypada również dokładnie SETNY DZIEŃ WYPRAWY i podczas wieczornego biwaku nad rzeką dokonujemy swoistego podsumowania dotychczasowej podróży, a wygląda ono tak:

100 dni w podróży, 13 dni wolnego,
5.680 km rowerem, 2 promy rzeczne, 3 razy pociąg, 1 autobus,
10 krajów, 13 granic, 5 stolic,
– 3 wysokogórskie przełęcze w Karpatach, 6 w Alpach, najwyższy punkt 2.758 m n.p.m,
– 1 zmiana alfabetu, 1 zmiana strefy czasowej,
88 nocy pod namiotem z czego 64 na dziko, 2 noclegi u Warmshowersów, 1 w szopie z sianem,
– kąpiele w rzekach, jeziorach, 21 razy z butelki, w żwirowni, w toaletach publicznych, pod kranem na parkingu,
– 3 uratowane koty, kilka nakarmionych psów,
– dziesiątki rozmów, setki przywitań i pozdrowień, kilku fascynujących ludzi,
– 2 razy centrowanie kół, 1 kapeć, 1 wymiana obręczy, 2 zerwane naciągi w sakwach, 1 zerwana linka przerzutki.

Siedzimy więc na trawie delektując się wspomnieniem tych 100 dni oraz piwem i biwakowym obiadem, aż w Loarze zaczyna przeglądać się nocny księżyc. Razem z nim z naszego osiągnięcia zdają się cieszyć również czaple brodzące przy brzegach oraz osiołek, który co prawda niewidoczny, daje głos z pobliskiej zagrody ; ) Mamy więc jeszcze przemiłe sygnały ze świata przyrody, które wzmacniają naszą radość. Zaś na 101. dzień dobry z wszystkich naszych sakw Crosso układamy sobie „stówkę” ; ) po czym zwijamy klamoty i dalej w trasę!

Tego dnia po raz pierwszy próbujemy regionalnego gatunku sera o nazwie Reblochon de Savoie, który już po kilku gryzach staje się ulubionym przysmakiem tej kategorii – jest to bowiem coś na kształt miękkiego żółtego sera w środku z dojrzałą, twardą skórką na zewnątrz. Zaś w sklepie zwracamy na niego uwagę głównie z tego powodu, że jego nazwa znalazła się na liście serów, którą kilka dni temu w Szwajcarii podarował nam Jean.

Na trasie przyjemnie, bo na drodze niewielki ruch, a po dziewięciu kilometrach od startu trafiamy na gładziutką ścieżkę rowerową wzdłuż jezdni dla samochodów – co zaś najlepsze, to to, że ciągnie się ona aż na długości kolejnych 25 kilometrów. W dodatku jest to ścieżka w dużym stopniu zacieniona, czasem odgrodzona od drogi drzewami (nazwa Voie Verte – zielona droga pasuje tu zatem doskonale), a z prześwitami na pastwiska oraz pasące się mućki. Spotykamy tam również kilka sennych wiosek, w tym miejscowość Baugy z XI-wiecznym romańskim kościołem Saint Pons de Baugy oraz bardzo przyjacielskim kotem na trawniku 😉

Między St Yan a Digoin powracamy na zwykłą drogę, ale potem ponownie natrafiamy na ścieżkę Voie Verte, która tym razem prowadzi wzdłuż kanału rzecznego Loary (Canal Lateral a la Loire). Jazda to z powiewem zapachu nizinnej rzeki, a także z szumem letnich wodnych aktywności, bowiem po kanale pływają łodzie motorowe z przeróżnymi amatorami pikników albo opalania  się na pokładach.

Dla nas jest to również trasa pod wiatr i w pełnym słońcu, a gdzieś dalej trafiamy na krótki fragment po grząskim żwirze. W tym zaś miejscu do repertuaru jazdy w upale (a więc w pocie czoła) dochodzą jeszcze krew oraz łzy – Karolina wraz z całym dobytkiem ląduje na szutrze. Apteczka, papier, alkohol, woda z butelki załatwiają sprawę i nie jest to nic poważnego, chociaż kolano z zewnątrz wygląda raczej gorzej niż po upadku w Słowacji, który przytrafił się jakieś 3 miesiące temu gdzieś między Tatrami a Spiszem ; ) W każdym razie grymas twarzy ten sam, skóra szczypie, opatrunek niewygodny, podczas dalszej jazdy mina nieprzeciętna ; )

Z korzyścią dla nas słońce zachodzi na chmury, zatem ogólne cielesne odczucia nieco się poprawiają, bo gorąco już tak nie męczy. Zaś wieczorem zjeżdżamy w polną gruntówkę w kierunku rzeki i pomimo, że zejścia do wody nie znajdujemy, to trafia nam się fajny plac trawy zasłonięty krzakami oraz drzewami.

Natomiast rankiem przy namiocie trwają różnego rodzaju akrobacje z usztywnioną opatrunkiem nogą – ostatecznie okazuje się, że lekko wypełniony wór Crosso najlepiej nadaje się pod tyłek w takich sytuacjach, bo daje idealne podwyższenie, żeby np. umyć sobie zęby, a nie oślinić sandałów ; )

Potem trochę ze względu na kontuzję wykonujemy zawrotne 46 kilometrów trasy – nieco po ścieżce rowerowej, nieco też po głównej lub bocznej drodze. W wyniku tego docieramy do miasta Decize, gdzie odnajdujemy kemping, a w recepcji spotykamy młodego mężczyznę Matthieu. Po krótkim zapoznaniu okazuje się, że Matt pracował kiedyś w Polsce dla tej samej firmy, jaką i Kamil zaszczycał dawniej swoją osobą ; )

Podczas kolacji Matt odwiedza okupowany przez nas kempingowy stół i… proponuje, żebyśmy na kolejną noc przyjechali do jego mieszkania w mieście, ponieważ w Decize rozpoczyna się doroczny festiwal sztuki ulicznej Festirues, na który serdecznie zaprasza w imieniu swoim oraz swojej dziewczyny Olivii będącej koordynatorką spektakli. Dzień przerwy w miłym towarzystwie z możliwością zapoznania się z tutejszą kulturą brzmi bardzo przyjemnie, więc oczywiście przyjmujemy zaproszenie.

Tym samym dnia kolejnego pakujemy klamoty, a Matt podaje nam wskazówki dojazdu do domu, bo nie może zostawić recepcji bez opieki. Ta otwartość wydaje nam się przynajmniej niesamowita, bo praktycznie się nie znamy, a Matthieu zdradza kryjówkę kluczy i pozwala rozgościć się pod nieobecność gospodarzy. Gdzieś w ciągu dnia poznajemy Olivię, będącą cały czas w biegu, która pomimo pracowitego dnia wieczorem znajduje chwilę, żeby posłać nam łóżko do spania, więc gdy wracamy z wieczornych spektakli, to czeka na nas przygotowany pokój.

Zaś sam festiwal to dla nas wizualna i emocjonalna przyjemność. Nie posługujemy się językiem francuskim, ale jak to w sztuce bywa – przekaz wędruje różnymi kanałami, a poziom aktorskiego i muzycznego wykonawstwa pozwala cieszyć się i odnajdywać znaczenie poszczególnych scen w bogatym języku ciała.

Rankiem wraz z Olivią i Mattem jemy pyszne francuskie śniadanie złożone z croissantów z dżemem z pigwy i właściwie jest to jedyny moment spędzony razem we czwórkę, a czujemy się przy sobie nieskrępowani i wokół panuje bardzo przyjemna atmosfera. Spisują nam również adresy swojego rodzeństwa w innych miastach Francji, z których możemy skorzystać gdybyśmy czegoś potrzebowali lub po prostu chcieli przespać się w wygodnym łóżku – Olivia i Matt doskonale wiedzą co oznacza wyprawa rowerowa, ponieważ sami mają za sobą długą podróż po górach Hiszpanii oraz Maroka. Jesteśmy im niezmiernie wdzięczni, a ich wielka, wyjątkowa gościnność zapada głęboko w pamięć. Wreszcie żegnamy się i wracamy na drogę nad Loarą, ponieważ przed nami kolejny cel tej podróży – mianowicie dotarcie oraz pokonanie głównego szlaku wzdłuż Loary prowadzącego aż do brzegów Oceanu Atlantyckiego.

Podsumowanie trasy wzdłuż rzek we Francji:

  • CZAS: 9 dni (w tym 2 dni przerwy)
  • DYSTANS: około 460 rowerowych kilometrów
  • KIERUNEK: od granicy szwajcarsko-francuskiej  w pobliżu miejscowości Chancy na południowy-zachód wzdłuż Rodanu, następnie na zachód nad Saonę oraz dalej przez region górski Beaujolais nad Loarę. Stąd w kierunku północno-zachodnim do części środkowego nurtu Loary rozpoczynającego się w mieście Nevers
  • TEREN: pagórkowaty z kilkoma dłuższymi podjazdami lub płaski
  • NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: miasta Belleville oraz Decize (około 200 m n.p.m.)
  • NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: przełęcz Col des Écharmeaux (712 m n.p.m.) w górach regionu Beaujolais
  • SZLAKI ROWEROWE: szlak wzdłuż Rodanu (tzw. Via Rhona) na odcinku około 180 kilometrów, ścieżka rowerowa (Voie Verte du Beaujolais) z Belleville w kierunku Beaujeu – około 15 km oraz ścieżki rowerowe wzdłuż górnej Loary – około 56 kilometrów (w tym 31 kilometrów szlaku Voie Verte Digoin – Bourbon-Lancy)
  • DYSTANS CAŁEJ WYPRAWY NA KOŃCU TRASY WZDŁUŻ RZEK WE FRANCJI: około 5.827 rowerowych kilometrów
  • PRZEBIEG TRASY: granica CH / FR – Vulbens – Clarafond-Arcine – Seyssel – Virignin – St. Genix Sur-Guiers – Lagnieu – Meximieux – Saint Andre de Corcy – Trevoux – Belleville – Beaujeu – Chauffailles – Charlieu – Marcigny – Digoin – Diou – Bourbon-Lancy – Decize 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s