Droga pod Tatrami w Słowacji

Droga pod Tatrami w Słowacji to trasa widokowa u podnóża jednych z najwyższych tatrzańskich szczytów. Tuż przy asfalcie wyrastają Krywań, Hruby Wierch, czy sam król Karpat – potężny Gerlach. Podjazd w takim towarzystwie to czysta przyjemność i estetyczne święto.

Droga pod Tatrami w Słowacji znajduje się w północnej części kraju niedaleko słowacko-polskiej granicy. Biegnie wzdłuż południowych podnóży Tatr i przez zdecydowaną większość swojej długości jest znakowana numerem 537. Wspina się na wysokość około 1.260 m n.p.m. w okolicy miejscowości Szczyrbskie Jezioro (Štrbské Pleso). Zadarty Krywań lub gerlachowski kocioł pod szczytem są wyraźnie widoczne z różnych perspektyw. Widok na Tatry nie jest tutaj tylko migawką przyuważoną gdzieś w prześwicie między drzewami – wielkie góry są obok przez wiele kilometrów.

Droga pod Tatrami na odcinku Liptowski Mikulasz – Szczyrbskie Jezioro nazywana jest Tatrzańską Drogą Młodości lub Tatrzańską Drogą Młodzieży (po słowacku: Tatranská cesta mládeže) i liczy około 45 kilometrów długości. Przez pierwszych 11 kilometrów (Liptowski Mikulasz – Liptowski Hradok) oznaczana jest numerem 18, następnie aż do rozjazdu na Szczyrbskie Jezioro numerem 537.

Jej dalszy przebieg we wschodnim kierunku nazywany jest Drogą Wolności (po słowacku: Cesta Slobody) i prowadzi od Szczyrbskiego Jeziora przez Tatrzańską Łomnicę aż do Łysej Polany po polskiej stronie granicy. Od Szczyrbskiego Jeziora posiada oznaczenie 537, na ostatnich 22 kilometrach znakowana jest numerem 66. Cała Droga Wolności liczy około 51 kilometrów długości.

Zatem słowacka droga pod Tatrami, na którą składa się Tatrzańska Droga Młodości oraz Droga Wolności, łącznie liczy około 96 kilometrów długości. Z zachodu podjazd do najwyższego punktu trasy (rozjazd na Szczyrbskie Jezioro) rozpoczyna się w miejscowości Liptowski Hradok i liczy około 34 kilometry. Początkowo nachylenie jest bardzo łagodne, w miejscowości Podbańska asfalt staje się bardziej stromy (około 16 kilometrów przed szczytem podjazdu).

Nasza przeprawa odbywała się podczas wyprawy rowerowej po Europie i liczyła 67 kilometrów od miasta Liptowski Mikulasz do Tatrzańskiej Łomnicy. Słowacja była naszym trzecim wyprawowym krajem (południowe Niemcy, Czechy z zachodu na wschód), a na drogę pod Tatrami trafiliśmy z Gór Choczańskich. Pedałowaliśmy z pełnymi sakwami ważącymi około 20-22 kilogramy na osobę.

PARAMETRY TRASY (dla trasy: Liptovsky Mikulasz – rozjazd na Štrbské Pleso – Tatranska Lomnica)

DŁUGOŚĆ TRASY: około 67 kilometrów

CZAS PRZEJAZDU: 3-5 godzin w zależności od trybu jazdy

NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: około 1.260 m n.p.m. na rozjeździe na Szczyrbskie Jezioro

NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: około 600 m n.p.m. w mieście Liptowski Mikulasz

PRZEWYŻSZENIE: około 660 metrów

Wielka cisza z Tatr

Są takie chwile podczas wypraw rowerowych, które w wyjątkowy sposób doceniają rowerowy trud. W górach prawie na pewno podjazd oznacza atrakcyjny widok, ale niewiele jest takich tras, które powodują zapominanie tego frazeologicznego „języka w gębie” 🙂

Słowacja, 15-16.06 2016 (16-17. dzień wyprawy). Dystans: 75 km

Opuściliśmy Liptovsky Mikulasz, a z miejscowości Liptovsky Hradok odbiliśmy na północny-wschód, na drogę 537 obracając się plecami do pasma Niżnych Tatr.

Asfalt był zupełnie pusty, okolica początkowo płaska i pokryta łąkami. Nastał już wieczór, a nad góry przypłynęły kolejne kłęby chmur. W dodatku w nogach coraz bardziej brakowało pary, więc tym samym wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że powinniśmy poważnie pomyśleć o schronieniu oraz odpoczynku. Nic zatem dziwnego, że z każdym kolejnym obrotem korbą coraz bardziej skłanialiśmy się do zatrzymania byle gdzie i spania byle gdzie – byle tylko zakończyć jazdę.

Dostrzegliśmy cienki strumyk biegnący w poprzek drogi, osłonięty drzewami. Jasne, że miejsce to szybko zaadaptowaliśmy na nocleg. Właśnie nacieraliśmy się ręcznikami po szybkim myciu w lodowatej wodzie, kiedy pierwsze krople deszczu spadły na dolinę. Ekspresowo postawiliśmy namiot, choć nie było się czego obawiać. Nad naszymi głowami rozpościerały się gęste gałęzie grubych iglaków, które chroniły nam dom jak najlepszy parasol.

W ciepłych bluzach gotowaliśmy kaszę i jajka na kolację. Za nami siwiały szczyty Niżnych Tatr, na które chcieliśmy patrzeć bez końca. Potem przyszły kolejne tego dnia chmury, ale my byliśmy już w suchym i ciepłym namiocie, będąc bezpiecznymi obserwatorami przebiegu wydarzeń. Czekając na noc i następny dzień.

Gdy rankiem wyszliśmy na zewnątrz, na tle pogodnego nieba rysował się turkusowy łańcuch Niżnych Tatr. „To jak będą dziś wyglądały te wysokie?” – zastanawialiśmy się w podekscytowaniu.

Składanie namiotu, wyprawowa, minimalistyczna toaleta, a pokrowiec na rowery rzuciliśmy na łąkę, bo wnętrzności przypomniały o potrzebie jedzenia. Z widokiem na niebieskie góry wciągaliśmy zatem kanapki z serem i warzywami serwowane z plastikowej, przeciwdeszczowej plandeki na skuter 🙂 A potem wytoczyliśmy się z powrotem na drogę 537, żeby kontynuować trasę.

Mieliśmy przed sobą około 25 kilometrów podjazdu, z czego jeszcze przez około 10 nachylenie pozostawało bardzo łagodne. Zatem drugi bieg na tylnej zębatce. Ale otoczenie powoli ulegało transformacji. Zamiast szerokich łąk – wysokie drzewa, świerki wadzące koronami o pogodne niebo. Przy drodze rzeka Belá obmywająca białe kamienie, w których odbijało się słońce. A dalej w prześwicie między drzewami – pierwszy fragment wysokich Tatr.

Tuż przed tysięcznym metrem nad poziomem morza w miejscowości Podbańska nachylenie asfaltu wzrosło, więc nogi mocniej się spięły i dawaj bliżej tych gór. Podczas dalszej jazdy nasze oczy stawały się coraz większe, aż osiągnęły rozmiary pięciozłotówek 🙂 kiedy zobaczyliśmy wielki masyw, który wyłonił się zza przydrożnego pagóra. To był Krywań – 2.495 metrów demoniczności nad poziomem morza. Zagięta grań wadziła o niebo, zupełnie jak zadarty nos sięgający ponad zarozumiałą głowę. Nie do wiary, że był na wyciągnięcie ręki. Jechaliśmy u jego podnóża zafascynowani rozmiarem. A on niewzruszony stał w miejscu, pozwalając jedynie opływać się siwym chmurom.

Z kolei siwe chmury to było coś, czego nie zapowiadało dotychczasowe niebo. Ale w tej sakwiarskiej podjazdowej rzeczywistości, było nam całkiem na rękę, że słońce przestało grzać w kask 🙂 Jakiś powiew wiatru zaplątał się jeszcze między szprychy i od południowej strony pojawił się widok na Kotlinę Liptowską. Obramowana Niżnymi Tatrami  dokąd sięgał wzrok, rozkładała się poniżej drogi 537. Powyżej – rosły szczyty Tatr wysokich.

Konkluzja była prosta jak drut – byliśmy w górskim / outdoorowym / krajobrazowym / sakwiarskim / podjazdowym (niepotrzebne skreślić) raju 🙂 Wciśnięci dokładnie pomiędzy Niżne a wysokie Tatry.

Na kolejnych kilometrach objeżdżaliśmy Krywań i przez jakiś czas w zasięgu wzroku dominowały świerki oraz przydrożna roślinność. Potem po prawej stronie pojawił się obszerny parking oraz zjazd na Szczyrbskie Jezioro (Štrbské Pleso). A zaraz za nimi asfalt poszybował w dół – to znaczyło, że właśnie przed chwilką dotarliśmy do szczytu podjazdu i znaleźliśmy się na wysokości mniej więcej 1.260 m n.p.m.

Jednak zjazd nie oznaczał końca górnolotnych doznań, wręcz przeciwnie – najlepsze ciągle czekało przy dalszej drodze. Spotkanie z Krywaniem było całkowicie pełnowartościowe oraz niezapomniane, ale to widoki na kolejne góry spowodowały, że oniemieliśmy z wrażenia.

Tymczasem na pierwszych kilometrach zjazdu słońce całkowicie schowało się za chmurami, a my przywdzialiśmy dodatkowe wdzianka. Gdzieś pod drogą przepłynął rwący Poprad, kotłując się nad kanciastymi głazami. Zaś na północnym zboczu pojawiła się linia kolejowa (kolejka elektryczna), a tuż za nią jeszcze niewyraźnie wyłaniały się w kłębach chmur kolejne granatowe stoki Tatr wysokich.

Ta górska niechęć do ujawniania pełni swojego majestatu towarzyszyła nam aż do samej Tatrzańskiej Łomnicy, gdzie potem opuszczaliśmy drogę pod Tatrami. Ale szybko zdaliśmy sobie sprawę, że chmury tylko wzbogacają ten niesamowity krajobraz i nadają mu wyjątkowego charakteru. Bowiem gdzieś pomiędzy jednym a drugim zboczem unosiła się atmosfera tajemnicy oraz niedostępności. A to doskonale współgrało z byciem na drodze, z której przecież wyłącznie patrzyliśmy na wielkie pasmo, nie mogąc go „dotknąć”.

Dotykały go za to szare chmury, które bezszelestnie przesuwały się wzdłuż grani. Co jakiś czas w prześwitach między kolejnymi kłębami dostrzegaliśmy zarys skalistych, kanciastych grzbietów i wtedy zupełnie nie mogliśmy oderwać od nich wzroku. Często zatrzymywaliśmy się na chwilę, żeby popatrzeć, jak znikają we mgle.

Jechaliśmy w całkowitej ciszy, nieśmiało chyląc kaski przed wysokimi Tatrami. Nic nie mówiliśmy, bo nie było sensu używać słów. A mimo to w milczącej przestrzeni toczył się dialog. Stawaliśmy wpatrzeni w te siwe chmury, które spowijały niedostępne nam szczyty.

Bo ponad dwutysięczny masyw obezwładniał. Na wpół zasłonięte, granatowe stoki fascynowały. Zdałam sobie sprawę, że jeśli to była fascynacja, to nigdy wcześniej jej nie znałam. Przynajmniej nie tak intensywnej. Zgłupieliśmy, próbując ogarnąć te myśli i wrażenia, które wzbudzał w nas ogromny łańcuch. Ale każda próba ich nazwania kończyła się bezdźwięcznym otwarciem gęby.

Wjechaliśmy pod Gerlach, króla Karpatnajwyższy szczyt Tatr i jednocześnie najwyższy szczyt całych Karpat (2.655 m n.p.m.). W kłębach chmur przypominał dymiący wulkan, gdy obszerny kocioł wypełniała szara mgła. Czekaliśmy, żeby zobaczyć szczytową grań, ale nadaremno. Tatry pozostały nieodgadnione w swoim majestacie.

To nic, lub może właśnie o to chodziło. W każdym razie tamtego dnia droga dawała nam to, o czym marzyliśmy. Tamtego dnia wyprawa była z naszych snów. Wyjątkowe otoczenie wywołujące wyjątkowe uczucia z wyjątkowego, sakwiarskiego punktu widzenia.

Tyle, że do czasu. Przecież nic nie trwa wiecznie 🙂 W Tatrzańskiej Łomnicy (Tatranská Lomnica) zjeżdżaliśmy na południe, zostawiając wysokie Tatry w tyle. Rozpędzeni już mieliśmy minąć przejazd kolejowy, gdy Karolina z całym sakwiarskim impetem łupnęła o asfalt. Trochę krwi oraz szczypania, a potem poczucie ściągniętej skóry pod łopoczącym na wietrze opatrunkiem 🙂  Tak właśnie żegnaliśmy wysokie Tatry, gdy wjeżdżaliśmy na Spisz.

„Witamy z powrotem na ziemi!” – zdawało się, że właśnie tak można było odczytać znaczenie całego zajścia 🙂 Dość wzniosłości, męczcie się na powrót z przyziemnymi sprawami. Było miło, ale już wystarczy tego bujania w obłokach 🙂 No więc pognaliśmy dalej w kierunku Kieżmarku (Kežmarok)!

Informacje praktyczne

Droga pod Tatrami leży niedaleko słowacko-polskiej granicy, po drugiej stronie „naszych” Tatr. Najpiękniejszy jej fragment przejechaliśmy pomiędzy Podbańską, a Tatrzańską Łomnicą, gdy mijaliśmy Krywań, Hruby Wierch, Gerlach oraz Sławkowski Szczyt.

Na drogę pod Tatrami można wjechać od polskiej strony w Łysej Polanie (z północnego-wschodu), gdzie rozpoczyna się tzw. Droga Wolności. Nie byliśmy tam, ale z mapy topograficznej łatwo wywnioskować, że odcinek ten jest również atrakcyjny widokowo. Dobrym miejscem wypadowym jest też Liptowski Gródek (Liptovsky Hradok), gdzie rozpoczyna się podjazd od strony zachodniej.

Zdaje się, że najlepszym momentem na podjazd jest czerwiec lub wrzesień – czyli miesiąc poprzedzający wysoki sezon turystyczny oraz miesiąc następujący po nim. Wtedy też na trasie powinny panować najkorzystniejsze warunki atmosferyczne, jak i drogowe wliczające zarówno stan drogi oraz ruch samochodowy na niej. My podjeżdżaliśmy w połowie czerwca i natężenie ruchu samochodowego było wtedy niewielkie. Droga przebiega przez popularny turystycznie obszar, zatem obfituje w kwatery noclegowe oraz usługowe.

W Duecie po Świecie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s