Pico del Veleta rowerem. Najwyższa droga Europy

Pico del Veleta rowerem. Najwyższa droga Europy

Pico del Veleta rowerem miała być górskim podsumowaniem długiej europejskiej trasy. Wisienką na torcie, kropką nad „i”. Okazała się kosmicznym korytarzem w marsjański świat 🙂 

Pico del Veleta to szczyt w Górach Betyckich, w paśmie Sierra Nevada w Hiszpanii. Mierzy 3.398 m n.p.m, stercząc sobie nad Andaluzją na obszarze Parku Narodowego Sierra Nevada (Parque Nacional de Sierra Nevada). Około 80 km dzieli go od Morza Śródziemnego, z którego wybrzeża bywa widoczny (np. z miasta Motril).

Pod szczyt Pico del Veleta prowadzi najwyżej w Europie położona asfaltowa droga (do wysokości około 3.200 m n.p.m.). Dalej jeszcze przez około 2 kilometry biegnie wyboista szutrówka docierająca na sam czubek góry. Właśnie ten czubek miał być szczytem naszych górskich wyczynów podczas wyprawy rowerowej po Europie po 4,5 miesiąca spędzonych na karpackich oraz alpejskich zakrętach i przełęczach.

„Jesteś jedyną osobą na świecie, która może wykorzystać Twój potencjał” Zig Ziglar

Hiszpania, 11.10. 2016 (134 dzień wyprawy rowerowej po Europie). Dystans: 69 km

O 6.00 zadzwonił budzik, a kilka minut później w kempingowym lustrze zobaczyliśmy dwie niewyspane i blade, do tego zmarszczone od porażenia światłem mordy 🙂 Na dworze było chłodno i ciemno, więc śniadanie zjedliśmy w namiocie oświetlonym przez czołówki. Przypięliśmy sakwy do bagażników, założyliśmy odblaskowe kamizelki i wyjechaliśmy na drogę.

Świat wokół w większości jeszcze spał i jedynie rowerowe lampy oraz reflektory kilku samochodów rozjaśniły pierwsze zakręty. Dotarliśmy do zabudowań w centrum Güéjar Sierra, gdzie ulice były żółte, ciche i bezludne. Tylko po prawej szumiała fontanna, tylko przed sklepem ktoś się kręcił wyładowując świeży towar. „Veleta?!” – krzyknął Kamil. „Derecho!” (prosto) – odkrzyknął mężczyzna pokazując dłonią.

Za śladem jego ręki pomknęliśmy w dół, całkiem stromo. Ostatnie spojrzenie na miasto położone na wzgórzach i niebo za górami zaczęło kolorować się na różowo. W mgnieniu oka ciemność zamieniła się w półmrok, a ten – w blady świt. Ostra serpentyna sprowadziła nas do poziomu rzeki Rio Genil. Zatrzymaliśmy się po zdjęcie, bowiem staliśmy u stóp Velety, na początku najwyżej położonej na europejskim kontynencie drogi. A poza tym w asfalt wryła nas pierwsza tablica informacyjna 😀 :

Było krótko po siódmej, kiedy wsiedliśmy z powrotem na rowery i tym samym znaleźliśmy się na morderczych pierwszych pięciu kilometrach Velety. Oczy powiększyły się do wielkości pięciozłotówek, oddech nierówny. Chwila dezorientacji i poczucia utraty kontroli, bo to, co właśnie robiliśmy, to było niezwykłe, katorżnicze przepychanie korby. Oto podjazdy 22%-19%-18% morderczo zaplatały się po zboczu wzgórza nad Güéjar Sierra (to był najbardziej wymagający fragment w górach, jaki do tamtej pory spotkaliśmy. A spotkaliśmy ich całkiem sporo).

Od razu zrozumieliśmy, że Veleta nie będzie podobna do żadnej ze znanych nam górskich dróg. Że rozbudzi w nas zupełnie inne emocje i bardziej będzie kwestią silnej woli, niż kwestią czasu. Na tę trasę trzeba było być zdecydowanym w 200%.

Jechaliśmy swoje, skupieni na każdym obrocie korbą, kontrolujący każdy ruch oraz każdy oddech. Tymczasem słońce unosiło się coraz wyżej, coraz mocniej i szerzej oświetlając brązowe góry. A potem oświetlając nas i tak w jego promieniach pozostaliśmy do samego wieczora. Minęło nas trąbiące auto z pozdrowieniami. Na tych stromiznach droga wyprzedzania była długa, przyspieszenie niezbyt okazałe 🙂

Potem zrobiło się łagodniej (około 8%-10%). Tym samym prędkościomierz jakby sam z siebie przyspieszył. Wydawało się, jakby rower frunął, korba była luźna, a nogi nagle stały się lekkie – chociaż wciąż działaliśmy w obrębie pierwszego biegu na przedniej zębatce.

Droga wywiodła nas na szczyt wzgórza. Stamtąd widzieliśmy białe zabudowania Güéjar Sierra wciśnięte w zbocze na przeciwległym wzniesieniu. Zostawiliśmy za sobą strome zygzaki i powoli zaczęliśmy zagłębiać się wewnątrz masywu. Była w tym jakaś radość. Może nawet jakaś nuta beztroski, ale gdy patrzyliśmy przed siebie, na drogę, która jeszcze pozostała, owa nuta ucichła. I pozostał tylko świst wiatru nad asfaltem.

Świat roślin bardzo zubożał ograniczając się do suchych na wiór traw i niskich krzewów. Odsłaniał brązowe skałyoraz bezlitośnie pogodne niebo. Ostre słońce i wysiłek nie pozwalały odczuwać zimna, ale po odkrytym terenie hasał sobie chłodny wiatr targający grzywę (nota bene słowo „veleta” oznacza „wiatrołap”) 🙂

Nieco ponad 2.000 metrów n.p.m. na przydrożnych kamieniach zrobiliśmy przerwę na owsiankę. W ostrym słońcu i surowym krajobrazie, choć przede wszystkim po męczącej wspinaczce – smakowała poniżej przeciętnej, ale przecież potrzebowaliśmy energii. Trochę białka i cukru zarówno po wielkim wysiłku na stromiznach jak i przed jeszcze długą, długą drogą na szczyt.

Gdzieś dalej na trasie rośliny zniknęły niemal całkowicie. Jeszcze gdzieniegdzie wyrastała trawa, ale na wprost wznosiły się już zapowiedzi księżycowej aury – suche, skaliste grzbiety gór. Tymczasem dotarliśmy do strategicznego ronda łączącego dwie drogi na szczyt – tzw. starą drogę, którą się poruszaliśmy oraz nową drogębiegnącą z Granady (więcej na ten temat w końcowej części posta „Informacje praktyczne”).

Po naszej prawej stronie teren zaczął opadać w dół, a w tym zagłębieniu pojawiły się zabudowania miejscowości Pradollano. Z miasteczka w trasę wyjechało kilka kolarzówek, przypominając nam, że ciągle znajdujemy się na ziemi, pośród innych ludzi 🙂

Jeszcze do wysokości 2.550 m n.p.m. droga dość łagodnie zagłębiała się w górski masyw. Dotarliśmy do szlabanu, powyżej którego mogą poruszać się jedynie piesi, rowerzyści oraz samochody należące do służby parku. Od tego momentu trasa znów zaplotła się w serpentyny, a przed nami coraz wyraźniej zaznaczał się zadziorny szczyt Pico del Veleta. Jego nieprzyjazny charakter podkreślał jeszcze coraz bardziej półpustynny krajobraz. Momentami brązowo-czerwony, momentami marsjański, może księżycowy.

Dzień bardzo się dłużył. W myślach mimowolnie przesuwały się kolejne kilometry przejechane od momentu wyruszenia w podróż. Krajobraz wokół stawał się coraz bardziej suchy i skalisty, a wspomnienie zielonych Karpat i Alp oddalało się z każdym metrem wysokości.

Byliśmy zmęczeni górami. Niewiele było płaskiego podczas tej wyprawy, a przecież Veleta nie należała do tych pobłażliwych. Jeszcze niedawno z lekkością i werwą wjeżdżaliśmy na Passo dello Stelvio, a teraz jakoś bez przekonania kręciliśmy korbami w ostrym słońcu.

Powoli dosięgała nas południowo-hiszpańska pustka. Uboga przyroda sprawiała wrażenie obcości. Zyskując kolejne metry wysokości, zyskiwaliśmy także przekonanie, że byliśmy na Księżycu lub na Marsie. Trawa zniknęła całkowicie, pozostały tylko kamienie i fantastyczne panoramy sięgające niebotycznie daleko. Pobliskie zbocza raziły nas szarością, ale te odleglejsze sprawiały wrażenie wyjętych z baśni. Tło pokolorowane w fiolety, granaty, błękity jeszcze bardziej uwydatniało surowość pierwszego planu, najbliższej okolicy.

Pico del Veleta był cały czas widoczny i zdawał się być blisko, ale z każdym kolejnym zakrętem człowiek uzmysławiał sobie, że jedynie lawiruje między skałami, bo rowerowy czubek Europy przybliża się nieznacznie lub zgoła wcale.

Spotkaliśmy jeszcze kilku kolarzy oraz parę osób przechadzających się na piechotę po mijanych przez nas stokach. Ale nagle zza któregoś zakrętu wyjechał rasowy sakwiarz 🙂 Jedyny, jak się potem okazało, spotkany na całej trasie. Oczywiście odbyły się pozdrowienia, krótka pogawędka, wymiana doświadczeń i musieliśmy uciekać dalej, bo czas upływał, popołudnie mijało, a my ciągle mieliśmy przed sobą kilometry drogi.

Tyle, że na dalszej trasie zabrakło już werwy. Gdzieś około 3.000 m n.p.m. Karolina poczuła się dziwnie. Po raz pierwszy znaleźliśmy się na takim pułapie i jej twarz się zmieniła, a w oczach i na policzkach malowało się zmęczenie. Tyle, że nie było to zmęczenie podjazdem, a wysokością. Niemrawymi palcami wzięła aspirynęzabraną do sakwy „na wszelki wypadek”. Pojechaliśmy dalej, robiąc częste, krótkie przerwy.

Zaczęliśmy objeżdżać wierzchołek Pico del Veleta. Jakość asfaltu drastycznie spadła, jeszcze bardziej utrudniając niezbyt przyjemną jazdę. Było więc ostre słońce, zimny wiatr, dziury, podjazd, zmęczenie i świadomość, że droga ciągle przed nami, że ciągle jeszcze brakuje nam kilometrów do zdobycia najwyższej w Europie drogi.

Otoczenie było fenomenalne, ale coraz mniej zajmowało naszą uwagę. Z każdym metrem niecierpliwiliśmy się, a częste przerwy temu nie pomagały. „No i gdzie ten cholerny szczyt?” – pytaliśmy sami siebie w myślach, czasem siebie nawzajem na głos. To był właśnie ten moment, kiedy Veleta bardziej niż kwestią czasu, stała się kwestią woli. Do tamtego momentu na żadnej innej wysokogórskiej drodze nie spotkało nas podobne doświadczenie.

Nigdy wcześniej nie spotkaliśmy też takiego jak tam desperata 🙂 Na odcinku spektakularnych dziur bardzo spektakularnie wyprzedził nas kolarz jeszcze bardziej zniecierpliwiony niż my. Z otwartymi gębami patrzyliśmy jak jego rower poddaje się wszelkim wybojom, ponieważ delikwent jechał prosto przed siebie, omijając strategię omijania największych dziur 😀

Potem skończył się asfalt, ale to w dalszym ciągu nie był szczyt. Do samego wierzchołka na około dwóch kilometrach prowadziła jeszcze wyboista ścieżka. Kamienie były duże i śliskie, więc koła rowerów obsuwały się i momentami tańczyły po drodze. Była  godzina 16.00, gdy dotarliśmy na Pico del Veleta.

Skalisty wierzchołek wznosił się nad, zdawałoby się, obcą planetą. I było obco. Dziwnie. Teraz wiemy bardziej niż kiedykolwiek, co znaczy słowo „niesamowicie”. Karolina stała na wietrze, a ten chłodził emocje. Na twarzy rysował się spokój i ulga. Oczyma wodziła wokół po rozległej przestrzeni, która sięgała tam, dokąd nie dociera ludzki wzrok. W oddali, na południu majaczyło Morze Śródziemne, pod nami sterczały ostre wierzchołki gór Sierra Nevada.

Wiatr stawał się coraz chłodniejszy, kiedy mięśnie odpoczywały podczas przerwy na kanapki. Byliśmy szczęśliwi, ale nie mieliśmy czasu, żeby to szczęście wyraźnie poczuć. Dłuższa przerwa na wietrze szybko wyziębiła zmęczone organizmy. Wiedzieliśmy, że czeka nas jeszcze długi zjazd, który na pierwszych kilometrach nie będzie przyjemny (dziury!!!), a na sam koniec będziemy mieli przed sobą podjazd do kempingu (przecież rano zaczęliśmy od zjazdu do rzeki… To znaczy, że po wszystkim trzeba to podjechać z powrotem 😀 ). Dlatego myślami byliśmy już pod prysznicem, zmywając z siebie dzień na Velecie, a zaraz potem przytulający się do śpiworów w namiocie.

Ubraliśmy skarpetki, grube bluzy i rękawiczki. Kaski na głowy i w drogę, niemal 2.500 metrów w dół z najwyżej położonej drogi na kontynencie. Nieraz jeszcze obracaliśmy głowy za siebie, żeby zobaczyć ten złowrogi, zadarty wierzchołek. I w całym tym zmęczeniu gdzieś po łepetynach krążyło niedowierzanie, że to już. Że ją zdobyliśmy. Najwyższą w Europie drogę. Przecież niedawno nam się to nawet nie śniło 🙂

Informacje praktyczne

WYSOKOŚĆ: maksymalna wysokość na jaką można wjechać to 3.398 m n.p.m. (szczyt Pico del Veleta). Droga asfaltowa urywa się mniej więcej na wysokości 3.200 m n.p.m. (pozostałe 200 m przewyższenia zdobywa się drogą szutrową).

PRZEWYŻSZENIE: 2.458 m z doliny rzeki Rio Genil na południowym skraju Güéjar Sierra na szczyt Pico del Veleta; 2.598 m łącznie z drogą powrotną do Güéjar Sierra

DYSTANS TRASY: 69 km w obie strony (34,5 km w jedną stronę)

CZAS: (w obie strony) razem z postojami około 11 godzin

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ PODJAZDU: około 7 km/h

LOKALIZACJA I MOŻLIWOŚCI PODJAZDU: Pico del Veleta leży w południowej części Hiszpanii (w Parku Narodowym Sierra Nevada – duża zielona plama na mapie pomiędzy Gibraltarem a Kartageną). Na szczyt prowadzi droga z północy (tutaj istnieją dwie opcje trasy, które łączą się w punkcie powyżej 2.000 m n.p.m.) oraz droga z południa (Camino de la Sierra np. z miejscowości Pampaneira). Nie znamy obecnego stanu trasy południowej, ale jeszcze do niedawna większą jej część stanowił szuter. Trasy północne wiodą cały czas po asfalcie (tylko ostatni, wspólny dla wszystkich możliwych opcji, 2 kilometrowy odcinek drogi na szczyt biegnie szutrówką).

ZAKWATEROWANIE: Jeśli ktoś chce podjeżdżać na Veletę z Güéjar Sierra, znajdzie tam kwatery noclegowe oraz kemping (Camping Las Lomas). Cena za dwie osoby z namiotem bez auta wyniosła nas 23 € za dobę (poza sezonem; dane z jesieni 2016). Na kempingu znajdowały się także domki. Parcele na namioty / kampery były odgodzone od siebie żywopłotem. Internet w parceli płatny w zależności od czasu dostępu. Bezpłatny na hasło w obrębie restauracji i tarasu. Obsługa była bardzo pomocna, swojska i przyjazna. Działał także odkryty basen(korzystanie bezpłatne) z widokiem na góry oraz pomieszczenie socjalne (tv, kanapy, stół, krzesła). Chętni na podjazd z Granady nie powinni narzekać na wybór miejsc noclegowych. Granada to bardzo duże miasto, gdzie można znaleźć kemping, hostel, hotel, pokój itp. i dopasować warunki do swoich potrzeb oraz zasobności portfela.

ZAOPATRZENIE: Granadzie znajduje się mnóstwo sklepów oraz marketów. W Güéjar Sierra również można zrobić zakupy – jest tam m.in. piekarnia, kilka sklepów spożywczych (owoce, warzywa, napoje, alkohole, słodycze, pieczywo itp.). Minimarket znajdował się również na kempingu (podstawowy asortyment), ale ceny były trochę wyższe niż w miejscowości (dane z jesieni 2016). Nie byliśmy pewni, czy uda nam się tam zaopatrzyć, dlatego na kemping targaliśmy z Granady kilka dodatkowych kilogramów jedzenia – teraz już wiemy, że ma takiej potrzeby 🙂

NAJLEPSZY TERMIN: Najlepiej wjeżdżać na Veletę w maju, na początku czerwca, we wrześniu lub październiku. Latem co prawda dni są dłuższe, ale nie polecamy letniego południowego słońca na wymagającym, kilkudziesięciokilometrowym podjeździe. W zimie z kolei dni są krótkie, a droga może być niebezpieczna – ze względu na lód i śnieg oraz na ruch samochodowy, który w zimowych miesiącach zwiększa się ze względu na stoki narciarskie w pobliżu Pradollano (około 2.200 m n.p.m.).

My „swoją” Veletę zdobyliśmy 11. października, kiedy nie było ani jednej chmury i ani jednego śniegowego płatka na zboczach. Kolejnego dnia, gdy stacjonowaliśmy niżej na kempingu, pojawił się deszcz, który tłukł nam namiot przez najbliższe kilkadziesiąt godzin. Następnego dnia podczas rozpogodzenia zobaczyliśmy, że wyżej w górach szalały inne chmury. Veleta była już pokryta śniegiem.

DLA KOGO: 

  • dla tych, którzy przygotują się lub już są przygotowani na intensywną jazdę na rowerze (przed takim podjazdem trzeba się dobrze zaprawić, popedałować nieco po górach, żeby przyzwyczaić nogi oraz psychikę do długotrwałego wysiłku).
  • dla zdecydowanych w 101% na zdobycie szczytu (Veleta może nawet kilka razy wystawić Cię na próbę. Każda chwila zwątpienia działa na niekorzyść pedałującego 🙂 ).
  • dla tych, którzy nie boją się zmęczyć i nie boją się wyzwań kondycyjnych
  • dla tych, którzy kochają rower, wolność, przyrodę, przestrzeń i piękne widoki 🙂

CO WARTO ZABRAĆ:

  • solidny zapas jedzenia i picia, ponieważ trasa zajmie wiele wyczerpujących godzin. Ważne jest białko i węglowodany. Większe posiłki na dłuższych przerwach składały się głównie z produktów białkowych (owsianka, chleb z twarogiem), na krótkich postojach energetyzowaliśmy się węglowodanami (banany, baton, czekolada).
  • bluzę / kurtkę z długim rękawem, kominczapkęrękawiczki. Niekoniecznie wszystkie te rzeczy się przydadzą, ale przynajmniej część z nich może być potrzebna na szczycie albo na zjeździe. Oczywiście wszystko zależy od aktualnej pogody, ale warto pamiętać, że są to wysokie góry, a warunki atmosferyczne mogą być tam bardzo nieprzewidywalne.
  • kask rowerowy, który jest obowiązkowy w Hiszpanii. Osobiście na Velecie używaliśmy go tylko na zjeździe.
  • okulary przeciwsłonecznekrem do twarzy i / lub krem na słońce (w dobrą pogodę będziesz wystawiony / -a na wiatr i słońce, a na dodatek podczas wysiłku pojawi się słony pot).
  • aspiryna na objawy choroby wysokościowej (np. spowolnione myślenie, rozproszona uwaga, dezorientacja, nagłe obniżenie kondycji fizycznej, nienaturalne uczucie zmęczenia), które mogą pojawić się mniej więcej od wysokości 2.700 m n.p.m.

PRAKTYCZNY OPIS TRASY: Z północnej strony Velety istnieją dwie drogi – tzw. stara droga (patrz: przebieg naszej trasy) oraz nowa droga (droga A-395 z Granady). Na wysokości 2.180 m n.p.m. obie łączą się i stąd na samą Veletę prowadzi już tylko jedna trasa. Przy wyborze jednej z tych dwóch opcji kierowaliśmy się przede wszystkim natężeniem ruchu samochodowego. Stara droga to miejscami bardzo wąski asfalt, który prowadzi jedynie do kilkuosobowych osad, więc charakteryzuje się minimalną liczbą samochodów, podczas gdy nowa droga wiedzie do większej miejscowości Pradollano.

Stara droga biegnie z miasteczka Güéjar Sierra. Pierwsze 5 kilometrów to bardzo ostry podjazd po morderczych serpentynach. Co prawda tablica wskazuje, że średnie nachylenie to tylko 12%, ale maksymalne to 22% (!), a po drodze mnóstwo oznakowanych odcinków 16-17-18-19-procentowych.

Dalej robi się łagodniej (około 8%-10%). Jezdnia jest wąska, nieco dziurawa, ale nie utrudnia jazdy. Należy być jednak ostrożnym i nie wyjeżdżać do środka drogi przy zakrętach (auta mieszkańców osad, patrol parku narodowego). Potem asfalt wbiega do parku między drzewa, żeby niebawem wspiąć się ponad linię lasu. Od tego momentu zbocza obrastają jedynie krzewy, niskie rośliny o grubych liściach i trawa (około 2.000 m n.p.m.).

Za rondem łączącym starą i nową drogę w dole pojawiają się zabudowania miejscowości Pradollano. Można też liczyć na spotkanie większej liczby kolarzy (dla niektórych to punkt wypadowy na szczyt). Gdzieś tutaj znikają rośliny i zostaje z nich tylko trawa. Jeszcze do wysokości 2.550 m n.p.m. droga dość łagodnie zagłębia się w górski masyw. W tym punkcie (Hoya de la Mora) znajduje się szlaban, powyżej którego mogą wjeżdżać jedynie rowerzyści i przemieszczać się piesi. Dalej Veleta znów zaplata się w serpentyny.

Trawa znika całkowicie, są tylko kamienie i rozległe panoramy. Pico del Veleta jest cały czas widoczny. Jakość asfaltu stopniowo spada. Trzeba omijać dziury, czasem kamieniste wyrwy. Po prawej w dole pojawia się biały radioteleskop i małe sztuczne zbiorniki wodne. Tuż przed szczytem kończy się asfalt (około 3.200 m n.p.m.) – można stąd podejść lub wjechać około 2 kilometry do samego wierzchołka.

PRZEBIEG TRASY: Guejar Sierra 1.080 m n.p.m. (droga GR-3200) > rzeka Rio Genil 940 m n.p.m. (droga GR-3200) > skrzyżowanie drogi GR-3200 z drogą A-4025 1.680 m n.p.m. > droga A-4025 do rozjazdu na Pradollano 2.180 m n.p.m. (do drogi A-395) > droga A-395 do Hoya de la Mora 2.550 m n.p.m. > Pico del Veleta 3.398 m n.p.m. > Hoya de la Mora 2.550 m n.p.m. > Rio Genil 940 m n.p.m. > Guejar Sierra 1.080 m n.p.m.

Pico del Veleta rowerem. Średnia prędkość na podjeździe

Czas podjazdu na Veletę (bez postojów)

Dystans na podjeździe

W Duecie po Świecie

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s