Austriackie Alpy – rowerem po Europie

Austriackie Alpy rowerem przemierzamy podczas długiej wyprawy po Europie. Odwiedzamy tu region górskich jezior Salzkammergut w obrębie Alp Salzburskich, wysokogórską trasę Grossglockner Hochalpenstrasse w Wysokich Taurach, przełęcz Gerlosspass, a także miasto Innsbruck i fragment Alp Retyckich przy granicy ze Szwajcarią. Jedziemy przez 3 kraje związkowe: Górną Austrię, Salzburg oraz Tyrol. W większości poruszamy się długodystansowymi szlakami rowerowymi: Innradweg, Römer-Radweg, Salzkammergutweg oraz Tauernradweg.

 

Austriackie Alpy to 19 dni jazdy oraz około 859 rowerowych kilometrów, w tym podjazd na wysokie przełęcze Fuscher Törl (2.428 m n.p.m.) oraz Hochtor (2.504 m n.p.m.) w przebiegu wysokogórskiej trasy Grossglockner Hochalpenstrasse. Jedziemy tu ze wschodu na zachód w kierunku Szwajcarii. Za plecami mamy już Południową Saksonię w Niemczech, Czechy z zachodu na wschód, Słowację, wschodnie Węgry, Rumunię, Serbię, centralne Węgry oraz austriacki szlak Donauradweg wzdłuż Dunaju. Tym samym w momencie wjazdu na bieżący odcinek trasy w nogach mamy już pokonane 3.855 rowerowych kilometrów wyprawy, a Austria jest naszym siódmym krajem podczas tej podróży.

Austria. 04-06.08.2016: 66-68. dzień wyprawy.

Dystans: 108 kilometrów.

Odcinek: Passau – Schärding – Obernberg am Inn – Altheim – Kirchheim im Innkreis – Waldzell – Redltal

Pierwszego dnia po opuszczeniu Pasawy charakter okolicy i jazdy nieco zmieniają się w porównaniu do warunków dotychczasowych. Donauradweg, czyli szlak rowerowy wzdłuż Dunaju (o trasie tym szlakiem piszemy w następującym poście: Donauradweg w Austrii – rowerem po Europie) zastępuje nam Innradweg, czyli szlak rowerowy wzdłuż rzeki Inn i od razu odczuwamy tu pagórkowaty teren. Na jednym ze zjazdów mijamy oznaczenie 18% nachylenia, a w poprzek pasa asfaltu ustawione są barierki hamujące. Sami pokonujemy kilka solidniejszych podjazdów, choć nie tak stromych jak wspomniany galop w dół.

Niedaleko od Pasawy mijamy między innymi bardzo malownicze miasto Schärding zabudowane uroczymi kolorowymi kamienicami. To pewnie dzięki nim miejscowość nazywana jest „barokową perłą” i chociaż w przeszłości wielokrotnie była niszczona przez powodzie lub pożar, to chyba wszystkie budowle zostały tu solidnie odrestaurowane. Wieczorem trafiamy na kemping, ponieważ brzegi rzeki wysokie, polany trawy przy szlaku poogradzane lub po prostu odsłonięte, na widoku.

Żeby było śmieszniej, to ze szlaku na kemping brak dojazdu, zatem tarabanimy się gdzieś po trawnikach i głównej drodze. Jemy tortelloni z pieczarkami, bierzemy prysznic i kładziemy się spać, ale żeby było tym razem nieco grozy, to w nocy budzi nas huk. Nic się nie dzieje, więc śpimy dalej, ale potem budzi nas porywisty wiatr, więc gramolimy się z namiotu, żeby zdjąć suszące się na tropiku galoty. Tym samym nie do końca świadomym wzrokiem rejestrujemy, że coś tu nie gra z naszym namiotem.

Ano krzywy jak wygięta szprycha. Ale że jak? A właśnie tak – środkowy maszt naszego tunelowca Coleman Caucasus 3 pękł w połowie (łącznie po ponad 100 nocach użytkowania od początku posiadania), dlatego część kolejnego dnia spędzamy na próbach reperacji przy użyciu zapasowej rurki. Jako, że pada deszcz, a ostatnią przerwę od jazdy mieliśmy chyba 9 dni temu na progu Donauradweg, tak dzień bieżący mija nam na kempingu na czynnościach naprawczo-wypoczynkowych na ławce w zadaszonej altanie.

Następnego poranka ruszamy dalej w tango i z początku krajobrazy bez zmian, czyli nieco pagórkowato, miasteczka, wioski, bociany symbolizujące nowonarodzonych członków lokalnych społeczności. Tego dnia jesteśmy na szlaku Römer-Radweg (po niemiecku: „rzymska ścieżka rowerowa” lub „szlak Rzymian”), czyli na odcinku około 250-kilometrowej trasy biegnącej po łagodnych pagórkach u podnóża Alp. Cieszymy się z tego wyboru (w zastępstwie Innradweg), ponieważ fragment od Altheim przebiega w sielankowym sąsiedztwie pól, wzgórz, zagajników oraz zwierząt takich jak kaczki, koty, konie, zające i sarny.

Popołudniu zaś zmienia się charakter jazdy – za miejscowością Waldzell pod kołami wreszcie wyrasta prawdziwy górski podjazd z serpentyną, że na ostatnich 2-3 kilometrach przełożenia 1:1. Pomimo, że na przełęczy dosięgamy ponad 700 m n.p.m. to okolica pozostaje ciągle zadrzewiona, zatem tego dnia nie będzie nam dane zobaczyć odsłoniętych alpejskich masywów. Ale jesteśmy już na przedgórzu i prawdziwy górski klimat daje się odczuć w terenie.

Przez kilka kilometrów mijamy wyłącznie las oraz krystaliczny górski strumień Redlbach. Na jednej ze znalezionych polanek rozkładamy klamoty i cały wieczór spędzamy wśród dzikiej przyrody. Jest trawa, są kamienie nad potokiem, woda lodowata, więc orzeźwienie gwarantowane. Siedzimy nad wodą, w koronach drzew głośno od ptaków. A po kolacji zawijamy się w śpiwory, bo jutro całkiem nowa jakość, całkiem nowy krajobraz ma się wyłonić gdzieś na trasie spomiędzy drzew, domów i wzgórz.

Austria. 07.08-11.08.2016: 69-73. dzień wyprawy.

Dystans: około 247 kilometrów.

Odcinek: Redltal – St Georgen – Attersee – Kammer – Gmunden – Ebensee – Bad Ischl – Obertraun – Blaa Alm – Bad Ischl – St Gilgen – Fuschl am See – Hallein

Od rana pedałujemy jeszcze po szlaku Römer-Radweg – początkowo w lesie jak poprzedniego popołudnia, ale po kilku kilometrach wyjeżdżamy na nieco bardziej odkryty teren, w którym dominują pola oraz austriackie wioski i pojedyncze gospodarstwa rolne rozsiane po tutejszych wzgórzach. Tym samym przestawiamy się na wymagający tryb jazdy po stromych interwałach w poprzek przedalpejskich przewyższeń terenu.

sakwy crosso dry na wyprawę rowerową

Tuż za miastem St Georgen im Attergau rozpędzamy się na długim zjeździe, który doprowadza do nieziemsko błękitnego Jeziora Attersee – pierwszego na naszej trasie alpejskiego jeziora regionu Salzkammergut, jak i pierwszego alpejskiego jeziora w ogóle (a przy okazji największego rekreacyjnego w tym regionie). Przezroczystość jego wody sięga ponoć 30 metrów głębokości, zatem koparki w dół do samej ziemi prawie, bo otaczają je jeszcze Alpy Salzburskie, a dokładniej jedno z ich pasm nazywane Alpami Salzkammergut. W słońcu i blasku zbiornika przybierają kolory wody i nieba. Szczyty te to jeszcze nie prawdziwy potencjał wysokościowy łańcucha, ponieważ masywy nad Attersee mierzą w granicach około 800-1.600 m n.p.m. (300-1.100 metrów przewyższenia nad lustrem jeziora) zatem zdajemy sobie sprawę, że dalej będzie jeszcze bardziej wyjątkowo.

Jedyny minus, który od razu dostrzegamy, i który prawdopodobnie będzie domeną tego regionu, to duże zagęszczenie ludzi. Łodzie, samochody, motory, piesi występują tu w sporych populacjach, ale nie ma się co dziwić, że Austria uczyniła ten zakątek dostępny rzeszom turystów. Sami siadamy gdzieś w cieniu przy jeziorze i uzupełniamy kalorie. Pomimo, że trudno odkleić wzrok od wody, to jednak i tak wzbudzamy zainteresowanie innych ludzi. W krótkich pogawędkach pojawia się niedowierzanie wobec naszej podróży, a na koniec zgarniamy życzenia bezpiecznej drogi, w którą wkrótce udajemy się ponownie.

Tym samym zaczynamy trasę Salzkammergutweg (łącznie około 350 kilometrów) z czego przyjdzie nam przeturlać się po około 2/3 całego szlaku, podczas czego odwiedzimy 6 jezior regionu. Pierwsze Attersee już po chwili zostawiamy za plecami na rzecz jazdy bardzo wąską jezdnią przepełnioną autami. Daleko tu jednak do drogowego koszmaru, ponieważ zabudowany obszar i podjazd 13% nie współgrają z dzikim pędem. Wkrótce i tak bieg szlaku oddala się od owej drogi, choć za to w tle słyszymy szum pojazdów poruszających się po sąsiedniej autostradzie.

Niebawem też pojawia się szum, tłum oraz zgiełk kolejnego turystycznego miasta. Wjeżdżamy do Gmunden położonego nad Jeziorem Traunsee, a widok tego ostatniego doświadczany z mostu drogowego (a więc nieco z góry) napędza litanię „achów” uzupełnianych „ochami”. Tutaj górypodobnej wysokości jak nad Attersee (około 1.400-1.600 m n.p.m. najwyższe szczyty), ale inne ich ustawienie w stosunku do światła słonecznego pozwala wyraźniej dostrzec ich skalistą strukturę, która uatrakcyjnia widok. Zaś tafla jeziora widziana z góry przypomina miniaturową makietę, że chce się dotknąć rękoma tych małych białych żaglówek!

Podczas dalszego pedałowania życzymy sobie nawzajem, żeby dzisiejszego wieczoru znaleźć spokojne miejsce na biwak z ładnym krajobrazem z górami i jeziorem w rolach głównych. Po chwili szlak co prawda wiedzie wzdłuż linii brzegowej Traunsee, jednak nagromadzenie obiektów z kategorii informacja turystyczna, plaża, przystań, skwer, aleja spacerowa, szlak rowerowy nie zapowiadają powodzenia z naszymi zachciankami.

Tymczasem za którymś kolejnym obrotem korbą ludzi jakby mniej, ścieżka rowerowa jakby nieco dalej od drogi, miasto Altmünster zostaje w tyle. Za krzakami jakby polana, coś na kształt plaży – czyli trawiasty Badeplatz (kąpielisko) z dostępem do wody. Szybki rzut oka na sytuację, a ta rokuje raczej pozytywnie, bo golasów tylko kilku, w tym paru leżących, więc już pewnie po popołudniowym moczeniu. Zatem maty w ruch na kształt piknikowego kocyka, liofilizat na kolację i czekamy! Z prawej się zawijają, z wody wyłazi ostatni golas, za nami trzepią koc, inni wdziewają galoty – my zaś zacieramy ręce, bo zachcianka na nocleg z widokiem odległa już tylko na kilkadziesiąt ludzkich kroków, które pozostały kąpieliskowym jegomościom do wyjścia poza zasięg wzroku!

Zanim wszyscy sobie pójdą, my już dajemy nura do wody, żeby schłodzić się po całym dniu, a przy okazji odświeżyć kilka strategicznych części ciała. Nie da się jednak skupić na życiowych czynnościach, ponieważ naprzeciwko nas wypiętrza się góra Traunstein (1.691 m n.p.m.), którą oglądamy od momentu wjazdu na most w Gmunden (3 zdjęcia powyżej i 2 niżej). Jej zbocze wyrasta tu prosto z wody niemal pionową ścianą wysoką na ponad 1.000 metrów, a teraz, czyli wieczorową porą, zostaje oświetlona zachodzącym słońcem, więc zagłębienia, wypukłości oraz krawędzie kolorują się w pomarańczowo-rudych odcieniach.

W tych okolicznościach rozkładamy namiotowe maszty i po zmroku chowamy się do sypialni. Tam studiujemy jeszcze mapę, a z całego zaabsorbowania wjazdem w Alpy zapomnieliśmy nawet uwiecznić oraz uczcić moment pokonania okrągłych 4.000 kilometrów wyprawy, które minęły wcześniej w ciągu dnia.

Z rana stercząca po wschodniej stronie jeziora góra Traustein jest mało fotogeniczna, ponieważ z naszej perspektywy pozostaje zacieniona. W związku z tym to teraz za plecami pojawiają się wyraziste granie i na ten widok już wyrywamy się na szlak – bo co może czekać na nas na dalszej trasie, skoro wjazd, pierwszy wieczór, noc i poranek w Alpach dały tak pozytywne doświadczenia estetyczno-wyprawowe?

Ano dalej kontynuacja linii brzegowej Traunsee ze szlakiem wzdłuż ruchliwej i ciasnej drogi dla samochodów. Jest więc głośno i niezbyt przyjemnie, ale na szczęście rowerzysta może czuć się tu bezpiecznie, ponieważ nawet w tunelach drogowych spotykamy się z autami jedynie poprzez barierkę. A niektóre odcinki szlaku rowerowego wręcz obiegają samochodowy tunel, więc wtedy choć na chwilę całkowicie odsuwamy się od silnikowego hałasu.

W miejscowości Traunkirchen natrafiamy na zabudowania klasztorne (Kloster Traunkirchen) oraz kaplicę Johannesbergkapelle położone na skałach tuż nad jeziorem. Wystający wgłąb wody cypel przybliża góry po drugiej stronie i tak zwężającego zbiornika, a szczyt Traunstein ciągle nie znika z krajobrazu, jest tylko widoczny z innej strony.

I właśnie ze względu na charakterystyczną sylwetkę oraz częstą obecność w polu widzenia jest on potocznie nazywany „strażnikiem Salzkammergut” (Wächter des Salzkammergutes). Po kilku kolejnych kilometrach docieramy do skraju Jeziora Traunsee, z którego na moment spoglądamy wstecz i po raz ostatni rzucamy okiem na Traunstein. Za chwilę bowiem mamy oddalić się od tego malowniczego miejsca na rzecz całkiem jeszcze nieznanych widoków.

Te zaś okazują się równie przednie, co dotychczasowe. Na razie brak kolejnych górskich jezior, ale zamiast nich na scenę wkracza (a raczej wpływa) lazurowa rzeka Traun będąca jednym z dopływów Dunaju. Jednocześnie scenerię dopełnia masyw Erlakogel (1.575 m n.p.m.) w sąsiedztwie miasta Ebensee, które właśnie minęliśmy, a także szpiczasty szczyt Hochkogel (1.486 m n.p.m.) pozostający nieco w oddali.

Rzeka Traun towarzyszy nam teraz aż do miasta Bad Ischl na długości kilkunastu kilometrów i trudno oprzeć się pokusie zejścia do wody i relaksowania na białych kamieniach. Niestety brzegi są tu wysokie, a dojścia krzaczaste, dlatego zarzucamy pomysł tarabanienia sakwiarskiego majdanu w dół przez chaszcze (a potem w górę przez te same chaszcze) i rezygnujemy z wizji chwilowego relaksu nad wodą. Większość popołudnia spędzamy na przeczesywaniu terenu i poszukiwaniu miejsca pod namiot w okolicy Bad Goisern, aż docieramy do trzeciego jeziora Hallstätter See.

Jego otoczenie jest jeszcze bardziej intrygujące niż w przypadku dwóch poprzednich jezior, ponieważ teren słabo zaludniony, a szlak ciasno wkomponowany w strome i wąskie brzegi. Tym samym mnóstwo wyzywających ścianek do podjechania, że rower niemal staje dęba. Co prawda brak oznaczeń, ale z doświadczenia obstawiamy nawet 12-14%. Jeszcze ciekawiej robi się, gdy wjeżdżamy na odcinek MTB – zatem witaj szutrze, najbliższy podjazd z tobołami po kamieniach zapowiada się jeszcze bardziej spektakularnie! Gdzieś dalej na trasie imponuje nam upór pomysłodawców szlaku, gdy przejeżdżamy po metalowej estakadzie „przyklejonej” do zbocza nad wodą – brak miejsca na wytyczenie ścieżki w terenie nie przeszkodził w kontynuacji jej budowy.

Wieczorem natomiast zatrzymujemy się na cyplu nad wodą w nadziei na dziki nocleg. Gotujemy obiad w oczekiwaniu aż gżąca się na sąsiedniej polance para zakończy piknikowe umizgi, jednak po nich przychodzą następni amatorzy końskich zalotów, więc drugą alpejską noc spędzamy na kempingu w Obertraun. Może to i dobrze, bo z rana bardzo mocno pada deszcz, a my ze swoim spakowanym dobytkiem możemy schować się na ławce w altanie.

W drogę wyruszamy dopiero około południa, zatem nie będzie to dzień z zawrotnym dystansem, ale z pewnością z przyprawiającymi o zawroty głowy widokami! Bo oto białe i szare kłębowiska chmur kotłują się tuż nad ziemią i tam wyżej wokół gór. A więc Alpy Salzkammergut w deszczu, Alpy w obłokach – zupełnie inny wymiar, za który jesteśmy wdzięczni, ponieważ uwielbiamy poznawać te same miejsca w różnych odsłonach.

Ta gęsto zaciągnięta chmurami pomimo, że nie obiecuje suchej głowy, to jest jednocześnie uspokajająca – przyklejamy wzrok do wystających szczytów i śledzimy leniwie sunące obłoki. A jako, że tego dnia szlak w większości prowadzi przez las po szutrowych ścieżkach, to mamy przy sobie jeszcze wyostrzone w wilgoci kolory i zapachy drzew oraz szum zamglonych górskich potoków spływających do rzeki Traun.

Jako, że w drodze do Bad Aussee objeżdżamy masyw Zinken (najwyższy szczyt Zinken 1.854 m n.p.m.) u jego podstawy, to interwały są tu pewne. Po drodze przychodzi pokonywać kolejne strome ścianki sięgające kilkunastu procent nachylenia, a do tego z nieba leci deszcz, więc nie dość że jesteśmy mokrzy z powodu opadów, to jeszcze spoceni od wysiłku. I na pewno nie jest to zbyt przyjemne zestawienie, bo nie nadążamy odparowywać : )

W Altaussee docieramy do kolejnego Jeziora Altaussee, które w kłębowisku chmur wygląda zupełnie inaczej niż jeziora Salzkammergut widziane do tej pory. Zamiast bajkowych błękitów są tu niepokojące granaty, głębokie zielenie oraz szarości. Stamtąd szlak wyprowadza nas z dala od głównych dróg, na przełaj przez góry w doliny rzek Augstbach oraz Rettenbach. Trasa wzdłuż tej pierwszej na długości około 5 kilometrów wiedzie do osady Blaa Alm, gdzie znajduje się przełęcz (około 920 m n.p.m.).

Ta co prawda oznacza spadek terenu i nieunikniony zjazd, ale szutrowa ścieżka zmusza do ciągłego hamowania, gdy każde z nas wiezie ze sobą ponad 20 kilo bagażu. Jazda to więc powolna, a wytrząsamy przy niej wszystkie trzy śniadania spożyte do tej pory : ) Jednak nikt przy tym zbytnio nie marudzi, ponieważ otoczenie warte jest uwagi – jesteśmy w skalistej dolinie, w gęstym lesie, przy zielonej polanie albo krystalicznym strumyku.

Czemu by tu nie spać – odzywa się w głowach na widok szerokich łąk położonych nieco dalej od szlaku. Zaraz potem namiot w trawę, ślimaki na dystans, chlapanie w strumyku, obiad do garnka, a śliwkowa wódka w aluminiowy kubek. I chociaż tego dnia jechaliśmy krótko pokonując tylko 33 kilometry, to teraz jesteśmy zadowoleni jak mało kiedy. My, namiot, góry i chmury!

Z kolei z ranamy, rowery, dalsze deszczowe prognozy i kozy! A po kolei będzie to tak: chmury stale zaciągnięte, biwak na powrót spakowany do sakw, więc dalej w drogę, na której spotykamy zaintrygowanych kolorowymi sakwami osobników.

W towarzystwie tym najbardziej dokazuje przezabawny kozioł z gęstą brodą, który zupełnie się nas nie boi i obwąchuje wszystkie Crosso, które są mu po drodze.

W tym samym czasie mniejsze koleżanki przeciągle meczą machając ogonkami, zatem start na trasie mamy tego dnia ponadprzeciętnie sympatyczny!

Po kilku kilometrach zjazdu docieramy ponownie do miast Bad Ischl, tym samym zamykając pętlę znad jezior Hallstätter See oraz Altaussee. Teraz zaś obieramy kierunek na St Gilgen  i po drodze nadziewamy się na spektakularną ulewę. Na szczęście w terenie rekreacyjnym wzdłuż rzeki Ischl, przy której pedałujemy, stoi nieczynne zadaszenie plażowej obsługi – zatem w sąsiedztwie stert leżaków, a także wózka działkowego z oponami Schwalbe spędzamy najbliższych kilkadziesiąt minut.

Wkrótce docieramy do jeziora Wolfgangsee, które szlak obiega wzdłuż linii brzegowej. W prawo patrz, w lewo patrz, wszędzie brak opcji pod namiot. Tymczasem goni nas zmierzch, goni deszcz, że góry wokół zbiornika złowieszczo zaciągają się siwym welonem. Niemniej jednak widok jest intrygujący – spokojne jezioro z osłoniętymi łodziami oznacza przestój i opustoszenie, a powód tego stanu rzeczy znajduje się zaraz na drugim planie w postaci granatowych gór i gęstej warstwy chmur.

Rozsądnie jest uciekać z centrum miasta i tak na obrzeżach rozdzielamy się w celu sprawniejszego poszukiwania terenu pod namiot. A pierwszy znajduje je Kamil – co prawda jest stromo pod górę, co prawda jest tylko trochę osłonięte od drogi i co prawda znajduje się blisko domów – ale jednocześnie jest to polana na wzgórzu nad St Gilgen z odsłoniętym widokiem na wieczorne miasto oraz cały ten chmurzysto-deszczowy spektakl!

Żeby z samych siebie nie robić przedstawienia, po cichu wrzucamy tylko śpiwory do sypialni, myjemy zęby, przebieramy się i kładziemy spać, a z rana przed świtem szybko zwijamy biwak i bez zbędnych ceregieli ruszamy w trasę. Świat dopiero się budzi, a my jesteśmy już w Fuschl am See w centrum miasteczka przy miejskiej toalecie w przyziemiu ratusza. Po chwili też chowamy się pod zadaszeniem sceny miejskiej, aby w bezdeszczowych warunkach ugotować herbatę i przygotować pierwsze śniadanie. To dopiero jest przedstawienie! : )

Zaraz po starcie spotyka nas kolejny deszcz, który okazuje się być ostatnim oberwaniem chmury, bo reszta jazdy tego dnia wychodzi całkiem sprawnie. Początkowo jest mnóstwo pagórów do pokonania, jest też miasto Hallein przy granicy z Niemcami, w którym kończymy przygodę ze szlakiem Salzkammergutweg, a wjeżdżamy na Tauernradweg. Tym samym rozpoczynamy jazdę w kierunku pasma Alp o nazwie Wysokie Taury, w których położony jest najwyższy szczyt Austrii Grossglockner (3.798 m n.p.m.). Wiadomym jest więc, że w krajobrazie nastąpi przełom i kiedy pierwsze wysokie góry pojawiają się w oddali, to dosłownie zapiera nam dech.

Austria. 12.08-16.08.2016: 74-78. dzień wyprawy.

Dystans: około 160 kilometrów.

Odcinek: Golling an der Salzach – Bischofshofen – Sankt Johann im Pongau – Bruck an der Grossglocknerstrasse – Fusch an der Grossglocknerstrasse – Fuscherl Törl – Hochtor – Fusch an der Grossglocknerstrasse

Tymczasem jesteśmy w mieście Golling an der Salzach, gdzie zarządzamy 2 dni przerwy od jazdy i zostajemy łącznie na 3 noce. W Austrii bowiem długi weekend, a nam brakuje kilkadziesiąt kilometrów do trasy wysokogórskiej Grossglocner Hochalpenstrasse i chcemy zdobyć ją w spokojniejszy dzień. Czas na kempingu mija nam głównie na gotowaniu, spacerach, planowaniu dalszej podróży, a także na ponownych zmaganiach z masztem namiotu, który pęka w drugim miejscu… Niestety Coleman odmawia pomocy (wysyłka nowego masztu), więc musimy radzić sobie sami.

Trasę po dwóch dniach przerwy rozpoczyna stromizna podjazdu na przełęcz drogową Pass Lueg (około 553 m n.p.m.), na którą wspinamy się ścieżką wzdłuż drogi. Ciasna, skalista dolina rzeki Salzach z rana pozbawiona słońca przyprawia nas o telepanie, ale w okolicach Bischofshofen okolica nabiera szerokości i tym samym odsłania się widokowa panorama. Masyw Tennengebirge (z najwyższym szczytem Raucheck 2.430 m n.p.m.) Alp Salzburskich góruje nad rzeką powodując euforyczne palpitacje serca.

Napatrzeć się trudno, ale trzytysięczny Grossglocnker czeka, dlatego wiemy, że to ciągle krajobrazowy przedbieg w stosunku do przyszłych dni. Popołudniu w okolicy St Johann bunkrujemy się w krzakach nad rzeką, a następnego ranka zaczynamy od podjazdów z grubej rury na okolicznych interwałach. Tu 12%, tam 15%, w przerwie ciastka, przed metą prawie płaska ścieżka wzdłuż rzeki Fuscherache, a na mecie godzina 13.00kemping w Fusch an der Grossglocknerstrasse, czyli nasza „baza” podjazdowa na przełęcz Hochtor.

Okoliczności przedpodjazdowe są zatem wspaniałe, ponieważ po rozbiciu obozu mamy jeszcze kilka porządnych godzin na regeneracyjny relaks zanim położymy się spać na ośmiogodzinny sen. Dlatego z rana sposobimy się żwawo, żeby o godzinie 7.15 wytoczyć się na drogę. Pierwszych 7 kilometrów to lekka rozgrzewka na niewielkim, a potem umiarkowanym podjeździe w kierunku bramek wjazdowych na kluczowe odcinki Grossglockner Hochalpenstrasse (bardziej szczegółowy opis podjazdu w oddzielnym wpisie: Grossglockner rowerem. Podjazd z Fusch dla wytrwałych).

Obieramy azymut na oddzielną bramkę dla rowerzystów i zaraz pod kołami wyrasta ściana 12%. Początkowo jedziemy przez las po zboczu, ale później wraz z każdym obrotem korbą po prawej odsłania się głęboka alpejska dolina. Podczas postoju na energetyzującego batonika zauważamy siedzącego w trawie świstaka, ale przede wszystkim – mozaikę skał, traw, potoków, śniegu oraz chmur, wypukłości, wklęsłości i cieniowanych krawędzi, które tworzą wspaniały górski pejzaż.

Jazda natomiast jest tu zacięta, serpentyny liczą do kilkunastu procent z chwilowymi wypłaszczeniami na zakrętach. Wiemy już, że nie będzie to łatwa przeprawa, ponieważ teren jest wymagający, a przecież sama trasa Grossglocnker (od północnej strony, tak jak my ją podjeżdżamy) to dwie przełęcze ze zjazdem pomiędzy nimi. A więc w opcji tam i z powrotem (Fusch – przełęcz szczytowa Hochtor – Fusch) mamy aż trzykrotny podjazd oraz dwukrotną utratę wysokości : )

najpiękniejsze drogi w europie subiektywny ranking

Ale wszystko po kolei, na ten moment ciągle gramolimy się na pierwszą przełęcz Fuscher Törl  (2.428 m n.p.m.). Z ostatnich fragmentów ją poprzedzających widzimy pokonaną już drogę, jak wije się między nierównościami terenu. Na górze zaś zatrzymujemy się na parkingu i tarasie widokowym, skąd eksponują się trzytysięczniki Wysokich Taurów, w tym ON – Grossglockner (3.798 m n.p.m; po niem. „wielki dzwonnik”), najwyższy szczyt Austrii.

grossglockner rowerem alpejski podjazd dla wytrwałych

Zanim nasze mięśnie zbytnio się schłodzą, wsiadamy na kozy i stawiamy czoła tej psychicznej niedogodności, jaką jest zjazd z Fuscher Törl. Tracimy na nim około 160 metrów wysokości, więc nie jest to wiele, ale świadomość konieczności podjazdu w drodze powrotnej zostaje z tyłu głowy. Tymczasem ponowna zmiana przełożeń na te najniższe, bo pod kołami znów stromizna w górę – tym razem pedałujemy bezpośrednio na przełęcz Hochtor.

grossglockner rowerem podjazd z fusch

Krajobraz nieco się zmienia, otwartą dolinę mamy teraz po lewej stronie. Mijamy kilka tuneli wydrążonych w skałach, aż docieramy do ostatniego, za którym następuje przypływ euforii, ponieważ granatowa tablica z napisem „Hochtor” (2.504 m n.p.m.) oznajmia nam osiągnięcie celu.

Grossglockner rowerem podjazd z fusch

Mamy też widok na drugą stronę drogi, więc przed oczami rozkłada się wstążka asfaltu z południowej strony podjazdu.

Na przełęczy Hochtor spędzamy niedługą chwilę obserwując krajobraz oraz przeliczając parametry naszej pozostałej trasy. Kiedy ponownie przejeżdżamy przez tunel, asfalt pędzi w dół na odcinku kilku kilometrów. Jesteśmy już zmęczeni i nie możemy doczekać się postoju na Fuscher Törl, gdzie będziemy uzupełniać kalorie. Ale najpierw ostatni podjazd tego dnia, czyli odzyskiwanie utraconej wysokości pomiędzy obydwoma przełęczami.

Gdy asfalt znowu zaczyna stawiać opór, czujemy już lekkie zniecierpliwienie, bo energia z nóg zdaje się ulatniać gdzieś w przestrzeni. Ale to raczej nic dziwnego, ponieważ wartość całkowitego przewyższenia w tym dniu wynosi 2.005 metrów! Zatem jemy, co mamy do zjedzenia, a potem suniemy w dół z powrotem do Fusch an der Grossglocknerstrasse na kemping. Świętujemy piwem oraz biwakową kolacją, a z rana trzeba ruszać w dalszą drogę.

Austria. 17.08-22.08.2016: 79-84. dzień wyprawy.

Dystans: około 344 kilometry.

Odcinek: Fusch an der Grossglocknerstrasse – Zell am See – Stuhlfelden – Krimml – Gerlosspass – Zell am Ziller – Schwaz – Innsbruck – Zirl – Imst – Rief – Pfunds

Cofamy się do miasta Zell am See i wracamy na szlak Tauernradweg, który tego dnia prowadzi głównie wśród pastwisk. Są tu interwały na równi z płaskimi odcinkami w szerszych dolinach. Natomiast wieczorem znajdujemy niewielki lasek przy pieszym szlaku w okolicy Stuhlfelden.

Na przydrożnych ławkach gotujemy sobie kolację, na uboczu odświeżamy się butelkowaną wodą. Jest tam również miejsce, które można by potraktować jako podłoże pod namiot, ale obok na polu znajduje się o wiele lepsza, o wiele śmielsza opcja! W kręgu naszego żywego zainteresowania staje bowiem drewniana szopa z sianem, do której nieśmiało zaglądamy. Wieczór jest pochmurny i zapowiada się na opady, dlatego pomysł nocowania wewnątrz jest o tyle kuszący (ze względu na miękkie posłanie), co praktyczny (nie zmoczymy namiotu, nie obejdą nas ślimaki).

Zatem rozpoznanie terenu i operacja załadunkowa w toku – najpierw sakwy z ręki do ręki, potem wciąganie rowerów. Zaś noc na sianie mija nam wyśmienicie, ponieważ jest ciepło, sucho, wygodnie i przecież jeszcze pachnie przyjemnie. W taki właśnie sposób spędzamy jedną z najoryginalniejszych nocy podczas tej wyprawy : )

Po śniadaniu kontynuujemy trasę po Tauernradweg i jest to ostatni odcinek tego szlaku. Najpierw po niemal płaskim terenie wśród pastwisk – nic więc dziwnego, że zapoznajemy pewne nowe koleżanki jak zwykle zaintrygowane kolorowymi sakwami Crosso : ) Jakiś czas potem szlak całkowicie odbiega od głównej drogi, zmierzając w kierunku miejscowości Krimml. Zanim tam dojedziemy, pokonujemy jeszcze kilka podjazdów, a na koniec szutrową drogą w granicach Parku Narodowego Wysokich Taurów (Nationalpark hohe Tauern) docieramy do punktu widokowego na Wodospad Krimml utworzony na rzece o tej samej nazwie.

Kaskada mierzy aż 380 metrów wysokości i tym samym jest jedną z najwyższych w Europie. Szeroka, biała struga spadająca z trzech progów zaznacza się w tym leśnym krajobrazie i stanowi jedną z głównych atrakcji regionu, dlatego w okolicy spotykamy sporo turystów. Niewielu mniej jest ich również kawałek dalej na ulicy Gerloss Strasse, u progu podjazdu na przełęcz Gerlosspass (1.628 m n.p.m.). Trzeba przyznać, że tego dnia nie za bardzo nam się chce siłować z pagórami, więc ruszamy od niechcenia, ale pogawędka z motocyklistami z Polski oraz rozgrzewka na pierwszych dwóch kilometrach przywracają nas do ochoczego stanu.

I bardzo dobrze, bo podjazd to zacny, długości 7.5 kilometra do przełęczy. Po drodze przytrafia się nawet 10% nachylenia, są też las, serpentyny, wyżej iglaki i odkryte polany, a podczas zjazdu zmiana kraju związkowego na Tyrol oraz turbo rozpęd, ponieważ po tej stronie Gerlosspass ruch niemal zerowy. Dla nas to i dobrze, bo Tauernradweg skończył się w Krimml, więc obecnie mkniemy drogą dla samochodów. A że okolica w dolinie rzeki Gerlosbach ładna, skalisto-lesista, to chętnie rozglądamy się wkoło i możemy raczej swobodnie rozglądanie owo praktykować.

Po niemal 30 kilometrach od przełęczy w dole po prawej pojawia się obszerna dolina u styku rzeki Gerlosbach oraz Ziller, a pomiędzy nimi rozkładają się tu zabudowania miejscowości Zell am Ziller, gdzie postanawiamy zanocować na kempingu. Stamtąd obieramy zaś azymut na Innsbruckbocznymi dróżkami wzdłuż głównej drogi biegnącej równolegle do rzeki Ziller. I tak w miejscowości Strass im Zillertal dobijamy do poznanej już 2 tygodnie wcześniej w okolicach Pasawy rzeki Inn oraz szlaku Innradweg. Oczywiście, że na niego wjeżdżamy, a poprowadzi nas nie tylko do Innsbrucka, ale również do samej granicy ze Szwajcarią.

Póki co pedałujemy przez Innsbrucknad kolorowymi budynkami wyrastają Alpy, co czyni położenie tego miasta naprawdę wyjątkowym. Przy wyjeździe natrafiamy na nietypowe urządzenie, które zlicza liczbę rowerzystów na szlaku rowerowym danego dnia oraz bieżącego roku. I wychodzi na to, że dzisiaj jesteśmy numerem 430 oraz 431.

Wkrótce nadciągają chmury, dlatego profilaktycznie stajemy sobie pod niewielkim zadaszeniem obok supermarketu. Tutaj zaś jeszcze bardziej intrygujące urządzenie: podwójne gniazdko w ścianie! Czyli interpretując jego znaczenie w kontekście wyprawy rowerowej – wygrana w totolotka : )

W dodatku deszcz wcale nie przychodzi, my mamy podładowane telefony, w sakwach piwo, a za jakiś czas nurkujemy między las a kukurydzę, bo oto znaleźliśmy fajne miejsce pod namiot. Niestety rano nie jest już tak różowo, bowiem przez noc spadł deszcz, a trawa stała się mokra. Z tego powodu na samo dzień dobry oglądamy armię naszych „ulubionych” ślimaków bez skorupy. W ciągu dnia zaś oglądamy spływy raftingowe na rwącej rzece Inn i sami jesteśmy obiektami obserwacji, gdy dokonujemy czynności odświeżających przy brzegu : )

Tego dnia i następnego poranka okolica jest naprawdę piękna oraz fascynująca. Inn nabiera jasnobłękitnych kolorów, a otaczają ją kamienie jak na górską rzekę przystało. Brzegiskaliste lub porośnięte lasami, szlak biegnie podnóżem ponaddwutysięcznych masywów, więc przed nami mnóstwo interwałów.

Jesteśmy już w Alpach Retyckich, bardzo blisko granicy austriacko-szwajcarskiej, a ostatni austriacki nocleg przypada nam za krzakami przy mieście, ze śniadaniem i poranną toaletą przy urzędzie miejskim w gratisie. Na trasie dolina momentami ulega rozszerzeniu, a wtedy odsłaniają się odkryte polany oraz zbocza gór w oddali. Niektóre z nich to już Szwajcaria, do której za moment wjedziemy.

Podsumowanie trasy przez Austriackie Alpy:

  • CZAS: 19 dni (16 dni na rowerach + 3 dni wolnego)
  • DYSTANS: około 859 rowerowych kilometrów
  • KIERUNEK: z miasta Pasawa w Niemczech na niemiecko-austriackiej granicy nad Dunajem w kierunku południowym do regionu Salzkammergut. Następnie na zachód w kierunku wysokogórskiej trasy Grossglockner Hochalpenstrasse i dalej w kierunku miasta Innsbruck oraz granicy austriacko-szwajcarskiej w miejscowości Martina.
  • TEREN: górzysty lub pagórkowaty
  • NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: prawdopodobnie około 310 m n.p.m. w mieście Pasawa
  • NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: około 2.504 m n.p.m. na Przełęczy Hochtor na trasie Grossglockner Hochalpenstrasse
  • SZLAKI ROWEROWE: Innradweg na odcinku Passau – Altheim (około 70 kilometrów), Römer-Radweg na odcinku Altheim – St Georgen im Attergau (około 70 kilometrów), Salzkammergutweg na odcinku Seewalchen am Attersee – Hallein (około 215 kilometrów), Tauernradweg na odcinku Hallein – Krimml (około 150 kilometrów), ponownie Innradweg na odcinku Strass im Zillertal – granica AT / CH koło Pfunds (około 170 kilometrów)
  • DYSTANS CAŁEJ WYPRAWY NA KOŃCU TRASY PRZEZ AUSTRIĘ: około 4.714 kilometrów
  • PRZEBIEG TRASY: Passau – Schärding – Obernberg am Inn – Altheim – Kirchheim im Innkreis – Waldzell – Redltal – St. Georgen im Attergau – Attersee – Gmunden – Ebensee – Bad Ischl – Obertraun – Bad Ausee – Bad Ischl – St. Gilgen – Fuschl am See – Hallein – Golling – St. Johann – Taxenbach – Fusch an der Grossglocknerstrasse – Hochtor – Fusch an der Grossglockerstrasse – Zell am See – Piesendorf – Stuhlfelden – Krimml – Gerlos – Zell am Ziller – Stumm – Schwaz – Innsbruck – Zirl – Landeck – Pfunds – granica AT / CH

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s