Tarnica przez Bukowe Berdo. Bieszczady jesienią

Tarnica przez Bukowe Berdo. Bieszczady jesienią

Tarnica przez Bukowe Berdo to wędrówka po niepowtarzalnych bieszczadzkich połoninach. Oprócz samej przyjemności wejścia na szczyt królowej polskich Biesów, ogłupia rozległymi widokami na otaczające góry. Jesienią są one wiśniowe, brunatne, bordowe albo nawet fioletowe. Jak śnić o kolorach to właśnie tutaj.

Tarnica przez Bukowe Berdo to chyba najładniejsza opcja jesiennego podejścia. Sama Tarnica jest najwyższym szczytem w polskich Bieszczadach (Bieszczady Zachodnie) i mierzy 1.346 m n.p.m (najwyższy szczyt całych Bieszczad znajduje się na Ukrainie i jest to Pikuj, 1.405 m n.p.m.). Należy zatem do Korony Gór Polski, choć nie tylko wysokość czyni ją królewską. Szlak na Tarnicę posiada i inne przymioty odpowiadające za wyjątkowośćgórskie panoramy tak rozległe jak i odległe.

Bukowe Berdo (1.311 m n.p.m.) to z kolei masyw porośnięty bukami i na widok buków wystawiony. Pański to krajobraz jesienią, gdyż jak łatwo się domyślić, okolica przybrana jest w purpurowe, monarsze szaty, które zawdzięcza porastającym góry drzewom. Bieszczady, jak i Tarnica leżą w województwie podkarpackim, na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

W Bieszczadach byliśmy kilka razy, bo zakochaliśmy się od pierwszej wędrówki, a pierwsze spotkanie z tymi górami było jak solidne walnięcie obuchem w łeb 😀 I ile razy byliśmy w Bieszczadach, tyle razy właziliśmy na Tarnicę. Co więcej, ile razy znów tam pojedziemy, tyle razy ponownie będziemy chcieli gramolić się na królową polskich Bieszczad. Bo trasy, które do niej prowadzą mają w sobie niepowtarzalny urok i łączą w sobie wszystko to, w czym zakochaliśmy się podczas naszych pierwszych bieszczadzkich wędrówek (połoniny, panoramy widokowe, góry po horyzont, świst wiatru w trawie, wrażenie „końca świata”).

Na jesienny pobyt wybraliśmy wieś Muczne położoną nieopodal wschodniej granicy z Ukrainą i to stamtąd prowadzi bezpośredni szlak przez Bukowe Berdo. Zajmuje około połowy dnia i liczy około 16.5 kilometra w obie strony z przewyższeniem mniej więcej 880 metrów. Jego przebieg obejmuje dwa z trzech pięter roślinnych Bieszczad – piętro regla dolnego (lasy liściaste lub mieszane, od około 500 m n.p.m. do ok. 1.150 m n.p.m.) oraz piętro połonin (łąki alpejskie i subalpejskie, od około 1.150 m n.p.m.). Najniższe piętro pogórza (do ok. 500 m n.p.m.) nie występuje na tym szlaku, ponieważ trasa rozpoczyna się wiele powyżej (719 m n.p.m.).

„Drze­wa umierają inaczej niż ludzie. Drze­wa wyglądają tak, jak gdy­by cie­szyły się własną śmier­cią. Wpraw­dzie po­tem będzie wios­na i one od­kwitną zno­wu, ale ty wiesz, że nig­dy nie można mieć pew­ności. No i skąd o tym mają wie­dzieć drze­wa? Dla nich na pew­no każda je­sień jest ostatnia.” Halina Poświatowska

Muczne to jeden z bieszczadzkich końców świata. Gęsty las, jedna droga, kilka domów, malutki sklepik z asortymentem „jak dostawa dojedzie”. A człowiek czuje się szczęśliwy. Wolny, swobodny, nieskrępowany i odpoczywa od wszystkiego – poza tą piękną przyrodą, która panoszy się w sąsiedztwie. Przyjechaliśmy tam październikowego wieczora. Tuż przed zmierzchem, kiedy słońce zaszło już za góry, a w powietrzu unosił się jesienny chłód smagający po nosach razem z zapachem dymu z komina. Na pytanie: „Czy Pani prowadzi tutaj pokoje do wynajęcia?” usłyszeliśmy odpowiedź:

– Proszę Państwa, ja tutaj wszystko prowadzę! – wypowiedzianą z ust zadziornej starszej pani w okularach spuszczonych do połowy nosa.

Przy okazji mieliśmy gratisową możliwość wykonania wzrokowego skanu sklepowych półek i dowiedzieliśmy się, że „jak coś – to mamy mówić”! Chwilę później wkoło nóg zaplątał się mały i niemal ślepy, ale całkiem wyrywny piesek o zabójczym imieniu Kilerek 😀 W tym groteskowym towarzystwie rozpoczęliśmy swój bieszczadzki weekend.

Z samego rana przez otwarte okno do pokoju wpadał zapach dymu z komina. Za firanką widać było posiwiałe korony drzew porastające grzbiet Jeleniowaty (907 m n.p.m.) naprzeciwko naszego okna. Na ten widok szybko przywdzialiśmy ciuchy. Para z czajnika, owsianka, brzdęk kubków w zlewie, tupot butów na schodach. Wyszliśmy na asfaltową drogę w kierunku szlaku. Na południowy-wschód, w stronę jasnego, żółtego słońca.

Już chwilę później znajdowaliśmy się przy wejściu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Drewniana budka była jednak pusta, więc nie było komu zapłacić za wejście na teren parku. Tymczasem zaintrygował nas napis umieszczony na krawędzi spadzistego dachu 🙂 :

Weszliśmy na gruntową ścieżkę, która poprowadziła wgłąb lasu. Pod nogami rozkładały się dywany pomarańczowych liści, przez ogołocone korony przeświecało pełne słońce. Od pierwszych kroków postawionych na szlaku byliśmy na zboczu Bukowego Berda, nic więc dziwnego, że zewsząd otaczały nas buki (buk zwyczajny). Jako, że buk to w Polsce drzewo pospolite, sama jego obecność nie jest niczym wyjątkowym. Z perspektywy niziny, równiny albo zarośniętego stoku nie wyróżnia się niczym szczególnym.

Ale że w górach można świat zobaczyć znad poziomu lasu, to w październiku w wyższych partiach szlaków łatwo spodziewać się bordowej płachty rzuconej wprost u Twoich stóp. Na taki widok właśnie czekaliśmy, od rana niecierpliwie przebierając nogami 🙂

Tymczasem po drodze zatrzymała nas jeszcze tablica informacyjna z opisem przyrody Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Przy ścieżce mijaliśmy wiele zawalonych bukowych pni, które zwyczajowo nie są usuwane ze ściółki ze względu na ich istotną rolę w ekosystemie (np. siedlisko bezkręgowców, innych roślin, grzybów).

Po około godzinie wędrówki w koronach zaczął fruwać wiatr. Oznaczało to, że docieraliśmy do górnej granicy lasu, za którą podmuchy mogły hulać bez przeszkód. Przed oczami zaczął zarysowywać się odkryty grzbiet, po którym wiła się nasza ścieżka wychodząca z lasu. Oddaliliśmy się nieco od ostatnich drzew i obróciliśmy za siebie. Za naszymi plecami rozlegało się właśnie to, na co czekaliśmy od rana: rozległa wiśniowo-fioletowa połać buków na przeciwległych pasmach gór.

Równocześnie znaleźliśmy się na połoninie, wśród najwyższego piętra roślinności w Bieszczadach. Tuż na wyciągnięcie ręki na wietrze tańczyło całe morze łąkowych, wyschniętych traw. A w tle ledwo widocznie kołysały się fale bukowych koron. Miejsce było wyjątkowe i ze względu na kolory, i ze względu na ogrom przestrzeni, jaki uświadamiało małemu człowieczkowi przesuwającemu się po obszernym grzbiecie.

Już po chwili znaleźliśmy się na wysokości 1.160 m n.p.m. dochodząc do skrzyżowania naszego żółtego szlaku ze szlakiem niebieskim dobiegającym z prawej, z zachodniego kierunku od strony Pszczelin. Zgodnie z drogowskazem udaliśmy się niebieskim szlakiem w lewo, żeby dotrzeć do najwyższej kulminacji Bukowego Berda na wysokości 1.311 m n.p.m.

Ale zanim tam dotarliśmy, zrobiliśmy sobie przerwę na drugie śniadanie na wyniesieniu Szołtyni (1.201 m n.p.m.) w ciepłym, jesiennym słońcu. Długo to nie trwało, ponieważ oczy cały czas błądziły po okolicy, w związku z czym cały proces jedzenia redukował się do mechanicznego przeżuwania 🙂 W tamtych okolicznościach nijak mogliśmy skupić się na odżywianiu 🙂

W oddali na północy dostrzegliśmy Muczne. Wzrok głównie skupił się na dużym budynku tamtejszego hotelu, ale po chwili udało nam się również wyodrębnić kilka dachów domów ustawionych w jednym rzędzie wzdłuż niewidocznej drogi. Wioska wydaje się mała, kiedy w niej przebywać. Ale gdy spojrzeć na nią z góry, to nawet trudno scharakteryzować ją jako wieś. Z daleka, w ścisłym otoczeniu lasów, bez ludzi oraz samochodów wygląda raczej jak kompleks budynków gospodarczych.

I w całym tym panoramicznym widoku Muczne było chyba jedynym ludzkim osiedlem, jaki dostrzegliśmy. Zdecydowanie dominowały te rdzawe góry, od których trudno było oderwać oczy.

Zawiła ścieżka po połoninie lekko wspinała się, to znów opadała o kilka kroków. Za kulminacją Bukowego Berda (1.311 m n.p.m.) teren opadł w dół o kilkadziesiąt metrów, żeby po chwili jeszcze raz wspiąć się pod szczyt Krzemień (drugi najwyższy szczyt polskich Bieszczad o wysokości 1.335 m n.p.m.). Następnie rozpoczęliśmy zejście do Przełęczy Goprowskiej (1.161 m n.p.m.) rozdzielającej masyw Krzemienia od masywu Tarnicy.

Przed nami już wypiętrzała się jej szeroka bryła. Z łatwością dostrzegliśmy dalszy przebieg szlaku, który czarną kreską odcinał się od brązowego stoku. Owa kreska ginęła w wyraźnym wgłębieniu terenu na tzw. Przełęczy pod Tarnicą (zwanej też Przełęczą Krygowskiego) formującej charakterystyczne siodło oddzielające najwyższy szczyt Bieszczad od Szerokiego Wierchu (a dokładniej od jego najwyższej kulminacji tzw. Tarniczki o wysokości 1.315 m n.p.m.).

Gdy schodziliśmy zboczem Krzemienia, również po lewej, wschodniej stronie pojawił się niedostępny dotąd widok w kierunku południowo-wschodnim na wzniesienia bieszczadzkiego worka, a kto wie czy nie również na jakiś fragment Ukrainy.

Wkrótce dotarliśmy do Przełęczy Goprowskiej (1.161 m n.p.m.) rozlegającej się u stóp Tarnicy, a równocześnie także do skrzyżowania ze szlakiem czerwonym dobiegającym od wschodu od strony Halicza (1.333 m n.p.m.) i Rozsypańca (1.280 m n.p.m.). Stamtąd rozpoczęliśmy ponowną wędrówkę w górę.

Na tym odcinku trasy natknęliśmy się na większą ilość turystów niż na Bukowym Berdzie. Wcześniej minęliśmy nie więcej niż pięć osób, z kolei za Przełęczą Goprowską spotkaliśmy pewnie trzy razy tyle. Zaś na Przełęczy pod Tarnicą oraz na samej Tarnicy – kolejne grupy i grupki.

Ostatni fragment szlaku poddawany był renowacji, przy której pracowali młodzi mężczyźni pod nadzorem – byli to prawdopodobnie mieszkańcy jakiegoś zakładu karnego albo po prostu skazani na wykonywanie prac publicznych. W każdym razie, jeżeli to była część procesu resocjalizacji, to chyba w jednej z najpożyteczniejszych form (zarówno wobec społeczeństwa, jak i jednostki).

Tymczasem wgramoliliśmy się na szczyt Tarnicy (1.346 m n.p.m.). Ostatnie kroki po kamienistych stopniach i już byliśmy na dość sporym wypłaszczeniu zwieńczonym metalowym krzyżem. Ze względu na wiatr drewniane ławy do siedzenia były niemal puste. Zdecydowana większość turystów w przyspieszonym tempie oglądała panoramę okolicy, pstrykała zdjęcia, po czym schodziła w dół do przełęczy, gdzie jesienne podmuchy nie były tak mocno odczuwalne.

Kaptury i spodnie nadmuchiwały się jak balony na tym bieszczadzkim wywiejewie🙂 Sami myśleliśmy o posiłku na szczycie, ale chwilowe przycupnięcie na ławce uświadomiło, że to nie był najlepszy pomysł. Obeszliśmy tylko wierzchołek dookoła, ciesząc oczy jesiennymi krajobrazami. Na południowy-zachód zbiegał niebieski szlak w kierunku Wołosatego. Gdzieś na wschodzie prowadził przepiękny szlak czerwony przez Halicz oraz Rozsypaniec, których czubki rysowały się w tym morzu gór. A na północy sterczał Krzemień z towarzyszącym mu masywem Bukowego Berda.

Zaczęliśmy schodzić do Przełęczy pod Tarnicą w nadziei znalezienia jeszcze jakiegoś wolnego miejsca osłoniętego od wiatru. Finalnie rozgościliśmy się na trawie, tuż pod przełęczą. Z widokiem na Kopę Bukowską (1.320 m n.p.m.) oraz Halicz (1.333 m n.p.m.). Mieliśmy nie tylko osłonę od wiatru, ale również ekspozycję na słońce. Po kanapkach i herbacie wcale nie chciało się stamtąd ruszać, woleliśmy wygrzewać się w cieple jak koty 🙂

W drodze powrotnej wracaliśmy tą samą trasą, którą wędrowaliśmy w pierwszą stronę. A więc najpierw zejście do Przełęczy Goprowskiej (1.161 m n.p.m.), potem podejście na zbocze Krzemienia. Następnie kilkudziesięciometrowe zejście oraz takie samo podejście na najwyższą kulminację Bukowego Berda (1.311 m n.p.m.). Z połoniny rzuciliśmy jeszcze okiem na ostatni widok pozostawionej za plecami Tarnicy.

Obietnica przyjemnego wieczoru z mapą i planowaniem kolejnego dnia sprawiła, że pomknęliśmy żwawo przed siebie. Ścieżka Bukowego Berda szybko rozwijała się pod nogami, aż dotarliśmy do skrzyżowania z żółtym szlakiem, na którym byliśmy rano. Stamtąd tylko kawałek dzielił nas od zejścia do lasu, w piętro regla dolnego. Ostatnie spojrzenie na rude buki z góry, a potem zapach leśnych liści, aż z powrotem znaleźliśmy się w Mucznem.

A tam przezabawny Kilerek już obszczekiwał nas niepewnie, żeby w następnej sekundzie przylgnąć do głaskającej dłoni 🙂 Po prysznicu i kolacji otworzyliśmy atlas gór. Jako cele kolejnych trekkingów po Bieszczadach wybraliśmy szlaki przez wysiedlone wioski (m.in. Dydiowa, Beniowa, Sianki), w tym szlak do Żródeł Sanu na „jeszcze dalszym końcu świata”, na samym skraju Polski.

Informacje praktyczne

TRASA: Muczne (719 m n.p.m.) – Bukowe Berdo grzbiet, skrzyżowanie ze szlakiem niebieskim (1.160 m n.p.m.) – wierzchołek Szołtynia (1.201 m n.p.m.) – Bukowe Berdo wierzchołek (1.311 m n.p.m.) – Przełęcz Goprowska (1.161 m n.p.m.) – Przełęcz pod Tarnicą (1.285 m n.p.m.) – Tarnica (1.346 m n.p.m.) – Przełęcz pod Tarnicą (1.285 m n.p.m.) – Przełęcz Goprowska (1.161 m n.p.m.) – Bukowe Berdo (maksymalnie 1.311 m n.p.m.) – Muczne (719 m n.p.m.)

DYSTANS: około 16.5 kilometra w obie strony

CZAS PRZEJŚCIA: około 6 godzin z dwoma przerwami na jedzenie i pauzę na szczycie

PRZEWYŻSZENIE: około 880 metrów

SZLAKI: z Mucznego do wyjścia na grzbiet Bukowego Berda szlak żółty. Potem na Bukowym Berdzie szlak niebieski aż do Przełęczy pod Tarnicą. Z Przełęczy pod Tarnicą szlak żółty na Tarnicę. Droga powrotna taką samą trasą.

Mapa z przebiegiem szlaku na Tarnicę przez Bukowe Berdo (kliknij w mapę, aby powiększyć):

Lokalizacja, noclegi

Muczne leży przy granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego, na terenie Parku Krajobrazowego Doliny Sanu. Wioska wciśnięta jest między grzbiet Jeleniowaty na północy a masyw Bukowego Berda na południu. Przepływa tędy Potok Muczny, okolica jest gęsto porośnięta przez lasy. Dojazd możliwy jest krętą, boczną drogą prowadzącą do granicy z Ukrainą (boczna trasa drogi wojewódzkiej 896, skręt między miejscowością Stuposiany oraz Pszczeliny).

Nie jest to region Bieszczadów z mocno rozwiniętą infrastrukturą turystyczną, ale noclegi można znaleźć w samej wiosce Muczne (hotel nadleśnictwa, prywatne pokoje) oraz w okolicy (np. Pszczeliny, Stuposiany, Bereżki). We wsi znajduje się również karczma oraz bardzo mały sklep wielobranżowy (większy można znaleźć w Pszczelinach). Na kilkudniowy pobyt warto przyjechać tam z uprzednio zrobionymi zapasami 🙂

Szlaki w okolicy

Bezpośrednio z Mucznego prowadzi tylko jeden szlak i jest to opisana trasa na Tarnicę przez Bukowe Berdo. Nie jest to okolica tak bardzo turystyczna jak np. region Wetliny. To ta bardziej „dzika” część Bieszczadów, gdzie na dużych obszarach ciągle jest więcej przyrody niż przejawów ludzkiego osadnictwa. Z Mucznego można udać się drogą jeszcze dalej na wschód do Tarnawy Niżnej, a stamtąd na południe do byłej wsi Bukowiec, gdzie obecnie znajduje się parking oraz wejście na szlak nad Źródła Sanu (szlak niebieski).

Z kolei kawałek na zachód od Mucznego, blisko drogi znajduje się Pokazowa Zagroda Żubrów. Nieopodal zobaczyć też można miejsce byłego wypału węgla drzewnego oraz pójść stamtąd na polanę nad Sanem, gdzie kiedyś leżała wieś Dydiowa.

W Duecie po Świecie

2 uwagi do wpisu “Tarnica przez Bukowe Berdo. Bieszczady jesienią

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s