Szwajcaria wzdłuż Rodanu – rowerem po Europie

Szwajcaria wzdłuż Rodanu rowerem to fragment długiej wyprawy rowerowej po Europie. Przyjeżdżamy tu z Włoch, żeby wizytować w południowo-zachodniej części kraju na szlaku Rhone Route biegnącym przez kilka pasm Alp Zachodnich, a także przez skrawek Wyżyny Szwajcarskiej w okolicach Jeziora Genewskiego. Po kilku tygodniach łącznie spędzonych w Austrii, wschodniej Szwajcarii oraz Włoszech, są to nasze ostatnie dni w Alpach. 

 

Szwajcaria wzdłuż Rodanu to przede wszystkim widoki na winnice oraz czubek Mont Blanc, a także wielkie Jezioro Genewskie z pompatycznym Montreux, głośną Lozanną i Genewą. Dzięki wytyczonej rowerowej trasie przejeżdżamy przez wszystkie te 3 duże miasta praktycznie bez żadnych trudności. W Szwajcarii spędzamy tylko 4 dni, w trakcie których przemierzamy około 290 kilometrów, śpiąc na dziko i jeden raz pod dachem u zapoznanego przez internet sakwiarza Jean’a. W momencie wyjazdu ze Szwajcarii rozpoczynamy 4. miesiąc wyprawy, a w nogach mamy już ponad 5.350 rowerowych kilometrów tej podróży. Kraj wizytujemy po tym, jak wcześniej po kolei odwiedziliśmy południową Saksonię w Niemczech, Czechy z zachodu na wschód, Słowację wraz z Fatrą, Tatrami i Spiszem, wschodnie Węgry, Rumunię z Karpatami, Serbię, centralne Węgry, ponownie Słowację w Bratysławie, naddunajską, a potem alpejską Austrię, wschodnią Szwajcarię oraz północne Włochy.

Szwajcaria. 29.08-02.09.2016: 91-95 dzień. wyprawy.

Dystans: około 290 kilometrów

Odcinek: Brig – Sion – Martigny – Lausanne – Geneve – Chancy – granica CH / FR

Kiedy pociąg z Mediolanu pokonuje 19-kilometrowej długości tunel, my właśnie tarabanimy się w korytarzu celem przypięcia wszystkich sakw z powrotem na bagażniki naszych rowerów. Wysiadamy w Brig, pięknym miasteczku nad Rodanem, u podnóża Alp Pennińskich (na południu) oraz Alp Berneńskich (na północy), które w 2008 roku zyskało tytuł alpejskiego miasta roku (Alpine Town of the Year). Gdy wytaczamy się na ulice, to nie ma wątpliwości, że jest to miejsce wyjątkowo przyjemne wizualnie, ponieważ otaczają nas bardzo ładne i zadbane budynki, skwery oraz deptaki.

Po szybkich zakupach wytaczamy się na szlak rowerowy wzdłuż Rodanu (Rhone Route), który wytyczy trasę i poprowadzi nas aż do Francji. Na razie jest jednak mało sprawnie, ponieważ mamy wyjątkowo podły „wmordewind”, który spowalnia do zawrotnych 12 km/h. Toteż szybko czujemy zmęczenie, a że jest już popołudnie, to zaczynamy rozmyślać o miejscu pod namiot i o tym, że może jutro będzie wiało w drugą stronę.

Intensywnego skanowania terenu czas start. Szlak prowadzi po uboczach wiosek, więc przejeżdżamy w pobliżu pól, czasem zagajników i to tam szukamy okazji. Tymczasem w miejscowości Raron mijamy intrygujący kościół z gotycką wieżą osadzony na skale powyżej głów. Na tutejszym cmentarzu grób swój posiada znany austriacki poeta i powieściopisarz Rainer Maria Rilke. My zaś jedziemy jeszcze kawałek i dajemy nura w krzaki, żeby pałaszować gotowane ravioli. A potem leżeć na matach w oczekiwaniu na zmrok sprzyjający biwakowaniu.

Z rana śniadaniowe kanapki smarujemy sobie w towarzystwie czarnoskórych baranów z biała wełną, które sterczą przy płocie i demonicznym wzrokiem zaglądają nam na „nasze podwórko”. Beczymy im na „auf wiedersehen” (do wiedzenia), po czym wytaczamy się na szlak i tak rozpoczynamy piękny dzień podróży w pięknej dolinie Rodanu. Od razu jest na co patrzeć, bo góry rosną wokoło, a niżej na zboczach Szwajcarzy uprawiają winorośle, a w sadach hodują grusze i jabłonie.

W okolicach miasta Sion (stolica kantonu Valais) w zasięgu wzroku pojawiają się sterczące znad rzeki kopce zwieńczone budynkami. Na jednym z nich górują ruiny XIII-wiecznego zamku Tourbillon, natomiast na drugim mieści się kościół warowny Bazylika Valere pochodzący z podobnego okresu, a w jego wnętrzu znajdują się i wciąż działają jedne z najstarszych organów na świecie (powstały prawdopodobnie z końcem XV wieku).

Sion to jednak miasto, którego historia sięga o wiele, wiele dalej wstecz niż średniowiecze. Uważa się bowiem, że obydwa wzgórzanieprzerwanie zasiedlone od czasów starożytności i to już ponad 6.000 lat p.n.e. czyli od ponad 8.000 lat!

Przy widoku na skały, góry, sady i winnice trasa mija bardzo szybko, ale wczesnym popołudniem znów dopada nas silny „wmordewind”. Na licznikach już dystans niemal 80. kilometrów, więc żeby zbytnio nie cierpieć za miliony – postanawiamy zrobić zakupy w Martigny i zaopatrzeni m.in. w oliwki, makaron oraz sos pomidorowy do kolacji – szukamy jakiejś przyjemnej okoliczności nad rzeką.

A owo wdzięczne położenie przytrafia się przy spacerowej dróżce wzdłuż Rodanu, która biegnie równolegle do naszego rowerowego szlaku. Mamy ten komfort, żeby ugotować i zjeść kolację na ławce, a potem zejść do szerokiej rzeki i w miarę swobodnie (za drugim brzegiem po asfalcie od czasu do czasu jeżdżą samochody) umyć się na kamieniach. Potem słońce na dobre chowa się za Alpami, a my rozstawiamy namiot i zasypiamy z szumem wielkiej rzeki w tle.

O poranku dzwoni budzik. Zaspane głowy podnoszą się z poduszek, a sztywne ręce rozpoczynają codzienną namiotową krzątaninę. Jest 6.00 rano, więc budzi się dzień, słońce powoli zaczyna przedostawać się do ciasnej alpejskiej doliny, a wkrótce oświetla już wszystkie wschodnie wierzchołki gór.

Rozpoczynamy jazdę trochę od niechcenia, leniwie pedałując szlakiem wzdłuż Rodanu. Góry powoli łagodnieją, dolina poszerza horyzont, a my czekamy na pożegnanie z wysokimi Alpami, w których (łącznie w Austrii, wschodniej Szwajcarii, północnych Włoszech i obecnie nad szwajcarskim Rodanem) spędziliśmy prawie miesiąc. Wyglądamy przed sobą progu górskiego wąwozu, ale to z innej strony ogromny masyw mówi nam „do zobaczenia”. Oglądamy się do tyłu, żeby objąć wzrokiem te zbocza, które już tamtego dnia minęliśmy, a widzimy jak zza wierzchołków wystaje monumentalna, biała bryła. Koparki w dół, bo to masyw Mont Blanc.

Poranne światło delikatnie maluje cienie na ośnieżonych czubkach, a dostojność i monumentalność wprawia nas w osłupienie. To jest niesamowity moment, taki kiedy gapisz się, a z oczu kapią ci łzy, mimo, że nie lubisz się wzruszać. Ale one same spadają na koszulkę, nawet nie zauważyłeś, w którym momencie się pojawiły. Czujesz się nawet nieco zakłopotany, bo nie dość, że ryczysz, to jeszcze właściwie stoisz na poboczu, niemal w rowie, a obok przejeżdżają głośne samochody.

Jest to też moment przepięknego spełnienia, gdy po wielu dniach i nocach o własnych siłach docierasz bardzo daleko, a ten doskonały świat, ten złożony z przyrody, pokazuje ci czyste piękno. Muzyka, taniec, rzeźba, drugi człowiek potrafią je w tobie rozbudzić, ale to zazwyczaj emocja. Natomiast w tym nie ma emocji, nie ma żadnej myśli. Widząc to czyste piękno, nie myślisz o niczym. Po prostu najgłębszym wymiarem swojego bycia odbierasz to, co jest przed tobą. Uświadamiasz sobie, że piękno nie zna emocji, nie mieszka w myślach, ani wspomnieniach. Odbija się w tobie. O pięknie nie trzeba myśleć. Piękno trzeba po prostu podziwiać.

Wkrótce po tym jakże podniosłym doświadczeniu góry coraz mniej wypełniają krajobraz, a dolina Rodanu ulega poszerzeniu oraz wypłaszczeniu. Zbliżamy się bowiem do Jeziora Genewskiego (Lac Leman) i tym samym pedałujemy gdzieś wśród jego rozlewisk oraz kanałów. Do tej pory szlak prowadził w większości po ścieżkach rowerowych lub bocznych drogach, jednak w miejscowości Villeneuve, gdzie dobijamy do brzegu wielkiego zbiornika, jesteśmy zmuszeni wytoczyć się na główną drogę.

Odbiera to trochę spokój, bo jest tu co prawda pas rowerowy, jednak nie niweluje on hałasu, zagęszczenia ruchu, ani też odczucia, że właśnie wjeżdżamy do większego miasta. Przed nami bowiem Montreux wciśnięte między jezioro, a zbocza ponownie wypiętrzających się gór (najbardziej na zachód wysunięte pasma Alp).

Tak, czy siak – przeciwległego krańca jeziora nie widać, a na północnym brzegu znad wody wyrastają małe białe punkty miejskiej zabudowy. Tarabanimy się tam za oznakowaniami szlaku i gdzieś w mieście zjeżdżamy na przyjemną ścieżkę rowerową wzdłuż wody. Prowadzi ona przez zadbany teren spacerowy, a jednocześnie po zapleczach tutejszych restauracji i kawiarni, toteż dosięga nas letni gwar wakacyjnej miejscowości.

W komplecie z tą atmosferą współgra również aura, bo panuje nic innego jak upalne popołudnie. Dlatego z jednej strony chciałoby się posiedzieć w cieniu drzewa, a z drugiej jest motywacja, żeby płynną jazdą przyspieszyć dotarcie do Lozanny, gdzie wieczorem w swoim mieszkaniu czekać będzie na nas Jean (u którego będziemy spać).

I tym sposobem wygrywa strategia druga w imię której podążamy dalej szlakiem. I jeśli przed chwilą była mowa o motywacji do jazdy, to z każdym kolejnym obrotem korbą jest jej coraz mniej, ponieważ wyjeżdżamy na pagóry – a tam 100% odkrytego terenu, czyli witaj poczucie bycia zgrzaną parówką. Jak okiem sięgnąć, znajdujemy się wśród winnic, zatem nic nie zapowiada, żeby sytuacja z ekspozycją na słońce uległa najmniejszej zmianie. Jednocześnie zyskujemy widok na Jezioro Genewskie z góry oraz wypiętrzenia terenu po jego południowej stronie, które sterczą już we Francji.

Jezioro Genewskie (powstałe na Rodanie) leży bowiem na granicy szwajcarsko-francuskiej, tam gdzie tworzy się obniżenie terenu pomiędzy Alpami Zachodnimi a górami Jury we Francji (w Szwajcarii jest to region nazywany Wyżyną Szwajcarską rozciągającą się od jeziora na północ). Przy okazji jest to największe jezioro alpejskie i jego długość liczy około 72 kilometry zaś szerokość to ponad 13, a linia brzegowa to kaliber 200 kilometrów. Nic więc dziwnego, że z okolicy Montreux nie jesteśmy w stanie zobaczyć jego zachodniego skraju, który znajduje się dopiero w Genewie.

Tymczasem między jednym a drugim stękiem małego niezadowolenia łapiemy wzrokiem ten nieubłaganie niebieski krajobraz, a przy którymś nieubłaganie stromym podjeździe mówimy sobie „dość”. Wtedy to zjeżdżamy w dróżkę prowadzącą w dół w celu dotarcia do drogi biegnącej u podnóża naszych wzgórz.

Tym samym natrafiamy na kamienne schody. Ale na szczęście obok znajduje się dosyć szeroki rynsztok, w który wpasowujemy koła rowerów i potem bardziej lub mniej zgrabnym krokiem tarabanimy się w dółmy po schodach, ciężki rower po jednolitym spadku – z początku skoordynować się trudno, po chwili mamy z tego niezły ubaw. Wkrótce zaś stopnie zastępuje zwyczajna brukowana droga, która w dodatku prowadzi prosto między zabudowania Saint Saphorin.

Jest wśród nich kolumnada protestanckiego Reformowanego Kościoła Saint-Symphorien (świętego Tymoteusza), w której nie wahamy się rozgościć. Owsianka z rodzynkami plus zimny jak lód mur pod tyłkami, to wielka błogość dla zgrzanych oraz głodnych sakwiarzy. Pół godziny takiego chłodzenia i na kolejne kilkanaście kilometrów jesteśmy niemal jak nowonarodzeni, ale potem rozpoczyna się słoneczny wjazd do głośnej i ruchliwej „Lazanii” (jak sobie w myślach nazywamy Lozannę).

4-5 kilometrów pod górę w słońcu i buchającym gorącem asfalcie. Dalej zgrzane budynki, ciepła woda z sakw – ble! Chłodzimy się w przejściu podziemnym na przemian przytulając plecy lub czoło do ściany : ) Kiedy docieramy w okolicę mieszkania Jean’a, celujemy w park i najbliższą godzinę spędzamy na leżeniu na trawie, a potem jest już tylko lepiej – bo wieczór, bo chłodniej, bo wrzucamy cały dobytek do windy. Rowery przypinamy w klatce schodowej, sakwy wrzucamy w mieszkaniu pod stół. Jest prysznic, kolacja, Jean częstuje nas również zimnym piwem, a potem opowiada o podróży rowerowej do Szkocji i pokazuje nam zdjęcia.

Co więcej, udostępnia nam swoje łóżko i sam nocuje na kanapie, a rano przed pracą znajduje chwilę, żeby przygotować śniadanie. Urzeka nas ta gościnność, tym bardziej, że nasz gospodarz zajmuje niewielką kawalerkę ze skromnym wyposażeniem, a i tak jest gotów podzielić się nią z innymi ludźmi. Po wszystkich śniadaniowych słodkościach (miód i konfitury domowej roboty jego mamy – witajcie francuskie zwyczaje) myjemy zęby i uciekamy w swoją stronę, żeby nie zajmować Jean’owi więcej czasu. Na klatce schodowej montujemy sakwy, a na koniec dostajemy jeszcze listę z nazwami ulubionych francuskich serów – po to żeby wiedzieć, czego szukać za szwajcarską granicą.

Tymczasem do przejechania mamy jakieś 60 kilometrów do Genewy. I mija to całkiem sprawnie, ponieważ poranny wyjazd z Lozanny to płynne przemykanie między sygnalizacjami i kolejnymi rondami po pasach rowerowych. Dalej jedziemy wzdłuż linii brzegowej Jeziora Genewskiego i są to zazwyczaj pasy rowerowe lub wydzielona asfaltowa ścieżka. Niekiedy są one po dwóch stronach jezdni i mamy wtedy wybór między jazdą w cieniu lub w słońcu. Wjazd do Genewy również przebiega bezproblemowo, a i sama orientacja w mieście wychodzi nie najgorzej. Nie zwiedzamy tego przybytku, odwiedzamy jedynie informację turystyczną oraz publiczną toaletę.

Mamy bowiem nieodparte pragnienie, żeby znaleźć się już we Francji. Patrzymy na mapę, a ona mówi, że to za dłuższą chwilę, zatem spinamy zadki i pedałujemy po obrzeżach miasta. Jedziemy przez tzw. strefy 30 między jednorodzinnymi domami, aż wreszcie ścieżka wywodzi poza zabudowania. I jest zielono – lasek, łąka. Nad głowami latają jeszcze jedynie samoloty startujące lub lądujące na pobliskim międzynarodowym lotnisku Genewa-Cointrin (GVA), ale my już rozpakowujemy swoje biwakowe klamoty na osłoniętej polance nieopodal szlaku.

Tak właśnie – na uroczym uboczu – spędzamy ostatnią noc w Szwajcarii. Następny dzień zaś rozpoczynamy od zjazdu w nieco jesiennej atmosferze ze złotym słońcem, zasychającymi polami słoneczników oraz poczuciem porannego chłodu. Ten ostatni jednak szybko zostaje zastąpiony uczuciem rozgrzanych łydek, ponieważ przed nosami wyrasta bardzo stromy podjazd rzędu około 15%. Tym samym ostatnie kilometry na szwajcarskiej ziemi mijają na pokonywaniu interwałów. W jednej z wiosek smarujemy łańcuchy i korzystamy z wodopoju, a potem tarabanimy się w las, gdzie 2-kilometrowa serpentyna wyprowadza na granicę departamentu Górnej Sabaudii (Haute-Savoie) w regionie Owernia-Rodan-Alpy… A to oznacza, że jesteśmy we Francji!

Podsumowanie trasy wzdłuż Rodanu w Szwajcarii:

  • CZAS: 4 dni
  • DYSTANS: około 290 rowerowych kilometrów
  • KIERUNEK: koleją z Włoch do miasta Brig niedaleko włosko-szwajcarskiej granicy. Stamtąd na zachód wzdłuż Rodanu przez Lozannę i Genewę do granicy szwajcarsko-francuskiej  w pobliżu miejscowości Chancy.
  • TEREN: pagórkowaty
  • NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: prawdopodobnie Chancy przy granicy szwajcarsko-francuskiej (około 350 m n.p.m.)
  • NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: prawdopodobnie miasto Brig (około 690 m n.p.m.)
  • SZLAKI ROWEROWE: szlak wzdłuż Rodanu (tzw. Rhone Route) na odcinku około 275 kilometrów
  • DYSTANS CAŁEJ WYPRAWY NA KOŃCU TRASY PRZEZ SZWAJCARIĘ: około 5.367 kilometrów
  • PRZEBIEG TRASY: Brig – Raron – Sierre – Sion – Martigny – Montreaux – Lausanne – Morges – Rolle – Geneve – Chancy – granica CH / FR

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s