Passo dello Stelvio na rowerze. Królowa alpejskich podjazdów

Passo dello Stelvio na rowerze. Królowa alpejskich podjazdów

Passo dello Stelvio na rowerze, czyli mieszanina niedoczekania przed kolejnym zakrętem, widokowych „ochów”, zapędów rywalizacyjnych, podekscytowania ekspozycją, wysokościowego spełnienia i kondycyjnej zawziętości. Podczas tej trasy stanów oraz emocji  pojawia się mnóstwo, choć na prowadzenie wysuwa się jedna – przyjemność.

Passo dello Stelvio to wysokogórska przełęcz we włoskich Alpach (Alpy Retyckie), która osiąga 2.758 m n.p.m. i jest legendarną kolarską trasą wykorzystywaną podczas zawodów Giro d’Italia. To oznacza między innymi, że pedałowali po niej wielkiej sławy zawodnicy. Jest bardzo znana w świecie wyścigów kolarskich, ale także wśród amatorów górskich podjazdów. Wielką popularność zawdzięcza widowiskowym serpentynom, które jedna za drugą tną odkryte zbocza (takie rzędy serpentyn znajdują się zarówno po zachodniej jak i wschodniej stronie przełęczy), dzięki czemu są widoczne w całej okazałości. Z dalszej perspektywy podkreślają ukształtowanie terenu i nadają górskiemu krajobrazowi niepowtarzalnego charakteru.

Z punktu widzenia cyklisty jest to droga, która pozwala cieszyć się samą sobą. Fragmenty z gęstymi „agrafkami” dają szansę na przetestowanie lub wykorzystanie technicznych umiejętności, a jednocześnie niemal z każdym obrotem korbą zmienia się perspektywa patrzenia, więc dodatkowo głowa otrzymuje silne bodźce w postaci szerokiej panoramy okolicy.

passo dello stelvio na rowerze

Na Passo dello Stelvio utwierdza się zatem rowerowy hedonizm. Jazda tą drogą była dla nas naprawdę dużą frajdą, ponieważ znaleźliśmy na niej wszystko, co jest nam przyjemne podczas jazdy po górach.

Znaczna wysokość przełęczy oraz popularność wśród kolarzy mogą sprawiać wrażenie, że Stelvio jest bardzo trudne do podjechania. Oczywiście wszystko zależy od kondycji, ale patrząc z perspektywy kogoś, kto praktykuje długie podjazdy, Stelvio ma niewiele bardziej wymagających odcinków (z zachodniej strony są trzy takie fragmenty, z czego maksymalne nachylenie wynosi około 12%), zatem w większości można tu równomiernie rozkładać siły, licząc też na odcinki „regenerujące”, czyli te, gdzie po większym nachyleniu następuje fragment asfaltu z nachyleniem nieznacznym (profil wysokościowy umieszczamy poniżej parametrów trasy).

Znaleźliśmy się tam podczas wyprawy rowerowej po Europie Środkowej i Zachodniej, wjeżdżając na rowerach trekkingowych z tylnymi sakwami (ok. 5 kg na osobę – woda, jedzenie, aparat fotograficzny, kurtka, apteczka). Pozostałe bagaże postanowiliśmy zostawić w namiocie na kempingu i zjechać z przełęczy tą samą drogą, którą planowaliśmy podjeżdżać. Na tę decyzję głównie wpłynęły wcześniejsze ustalenia o dalszym kierunku wyprawy. Gdybyśmy przedostali się na drugą stronę Stelvio, musielibyśmy zawracać bardzo okrężną drogą przez wysokie góry, a czas nie za bardzo pozwalał na takie eskapady. Przeciwległą stronę trasy zobaczyliśmy więc wyłącznie z przełęczy, uświadamiając sobie, że w przyszłości jest tam po co wracać.

Parametry trasy

(dla trasy ze skrzyżowania drogi SS301 i drogi SS38 lub dla trasy z Bormio na przełęcz Passo dello Stelvio)

DŁUGOŚĆ TRASY: około 40-42 kilometrów w obie strony (20-21 km w jedną stronę)

CZAS: około 8 godzin (w obie strony, razem z postojami, długą przerwą)

MAKSYMALNA WYSOKOŚĆ NA TRASIE: przełęcz Stelvio mierząca 2.758 m n.p.m.

MINIMALNA WYSOKOŚĆ NA TRASIE: ok. 1.280 m n.p.m. ze skrzyżowania drogi SS301 oraz drogi SS38 (Strada del Passo dello Stelvio) lub ok. 1.220-1.230 z samego Bormio

MAKSYMALNE NACHYLENIE NA TRASIE: około 12%

PRZEWYŻSZENIE: około 1.458 m ze skrzyżowania drogi SS301 oraz drogi SS38 (Strada del Passo dello Stelvio) lub ok 1.520 m z samego Bormio

Podjazd na Passo dello Stelvio z Bormio (profil ze strony www.climbbybike.com)

Opis trasy

Przyjemność to taki stan, w którym czujesz się swobodnie. Nie chcesz być nigdzie indziej, a to co robisz, przychodzi Ci lekko i naturalnie. Wiesz, że jesteś w dobrym miejscu, w odpowiednim czasie. W jeździe na rowerze może to oznaczać „robienie” podjazdu adekwatnego pod kątem trudności do Twojej obecnej kondycji. 

25.08.2016 (87. dzień wyprawy rowerowej po Europie)

Na kempingu w Valdidentro świeci słońce. Niebo jest niebieskie, będzie ładna pogoda. Pod namiotową, wyprawową rutynę podszywa się podekscytowanie, lekki stres, delikatna adrenalina. W głowie przewija się profil wysokościowy Stelvio, myśli próbują kalkulować po raz kolejny dystans, przewyższenie, nachylenie asfaltu oraz porównywać je z wcześniejszymi doświadczeniami.

Zjadamy śniadanie, wskakujemy w rowerowe gatki, ciesząc się z możliwości kolejnego podjazdu w Alpach. W całej tej ekscytacji nie czujemy żadnego zmęczenia poprzednim dniem, kiedy to pokonaliśmy około 1.000 metrów w górę (m.in. poprzez podjazd na Passo di Foscagno) z pełnym wyprawowym wyposażeniem (około 22 kg bagażu na osobę), byle tylko jak najszybciej dostać się w okolice Bormio. Jesteśmy zdeterminowani i w pełni nastawieni na cel. Obrachowani i konkretni – jedziemy, żeby wjechać – zatem opuszczamy kemping i rozpoczynamy kolejny, piękny rowerowy dzień.

Pierwsze kilometry to lekki zjazd w kierunku Bormio, żeby dotrzeć do skrzyżowania drogi SS301, którą się poruszamy z drogą SS38, czyli Strada del Passo dello Stelvio. Otoczenie jest wręcz magiczne. Zabudowania włoskich osiedli leżą wkomponowane w górski krajobraz. Przykryte są siwą mgłą, która powoli ustępuje miejsca porannemu słońcu.

Docieramy do podnóża trasy. Droga SS38 biegnie tu niemal od samego Lago di Como (Jezioro Como), ale początek właściwego podjazdu zaczyna się właśnie przy naszym skrzyżowaniu. Sterczą tam kamery oraz dwie tablice dla kierowców informujące o otwarciu lub zamknięciu drogi na przełęcz Umbrail (na granicy włosko-szwajcarskiej) oraz na przełęcz Stelvio.

Kilka metrów dalej dostrzegamy tablicę „prewencyjną” dla rowerzystów. Wiszą na niej dziesiątki pozbieranych z drogi śmieci: butelek, bidonów, opakowań po batonach energetycznych, które są niestety niechlubną pozostałością po niektórych kolarzach.

Droga przed nami ewoluuje w górę, od teraz będzie tak przez kolejne około 20 kilometrów. Zdejmujemy jeszcze długi rękaw i po chwili zaczynamy rowerową wspinaczkę. Jak zwykle zaczynamy na spokojnie, żeby nie stracić wiele energii na starcie, ale w miarę proporcjonalnie rozłożyć siły. Nie jest to zbyt łatwe, ponieważ obietnica alpejskich krajobrazów z wnętrza wielkiego masywu podsyca głód estetycznych wrażeń, a nieustępliwa nuta adrenaliny pobudza potrzebę natychmiastowego działania. Poza tym na niebie coraz wyżej wisi słońce, którego promienie niedługo wedrą się między góry.

Początkowo drogę otaczają drzewa, na stokach rośnie las. Na poboczu stoją niebieskie tabliczki z kilometrażem oraz drewniane z oznaczeniami kolejnych zakrętów (TORNANTE) i wysokością. Ponad linią lasu wystają skaliste grzbiety przypominające, że jedziemy w wysokie góry, gdzie stopniowo będzie kończyć się roślinność. Wkrótce też znikają liściaste drzewa zastępowane przez zielone iglaki.

Jesteśmy około 1.500 m n.p.m. kiedy po lewej pojawia się przestrzeń otwarta na niemal dwuipółtysięczny szczyt. My sami z kolei przemieszczamy się po zboczu trzytysięcznego masywu, choć jesteśmy zbyt blisko stromej ściany, żeby zobaczyć jego wielkość.

Niemal zza każdego kolejnego zakrętu wyłania się nowy widok na dolinę, w której pedałujemy. W prześwicie na wprost pojawia się kolejna sylwetka trzytysięcznej góry, do której za jakiś czas dotrzemy. Tymczasem przejeżdżamy przez kilka krótkich tuneli lub półtuneli, gdzie z gorącym powitaniem „Ciao, ciao!!!” lub „Buongiorno!!!” drą się do nas włoscy kolarze, a echo jeszcze wzmacnia pozdrowienia 🙂

Do tej pory przez większość czasu jedziemy w cieniu, a tunele wydrążone w skałach dają dodatkowy, przyjemny chłód. Co więcej nachylenie terenu od startu jest raczej niezbyt spektakularne (maksymalnie około 8.4%). Bardziej strome odcinki pojawiają się dopiero przy słynnych serpentynach, gdzie nasi rowerowi poprzednicy kredą na asfalcie rozpisali hasła dopingujące oraz procentowe nachylenie niektórych fragmentów (według profilu wysokościowego maksymalnie pojawia się tam 9.5% na 1 kilometrze, według kolarzy – 10% na odcinku krótszym niż kilometr).

najwyższe drogi europy rowerem

Stąd przed oczami bardzo wyraźnie zarysowuje się strome zbocze trzytysięcznika, które widzieliśmy z daleka, a po którym zawijają się górne partie tych widowiskowych serpentyn tworzących swojego rodzaju tarasy. Jako, że znajdujemy się już na wysokości 2.000 m n.p.m. są one widoczne w całej okazałości, bowiem tylko gdzieniegdzie rośnie pojedyncze drzewo i świat roślin nieco zmniejsza swoje rozmiary takie jak ilość, wysokość, czy objętość.

Łącznie czeka tutaj 14 zakrętów: 4 ostre zakręty na niższej, podwójnej serpentynie (to tutaj znajduje się odcinek 10%), potem krótki prosty odcinek oraz 10 zakrętów pokonujących około 180 metrów przewyższenia. Mniej więcej w połowie robimy sobie krótką pauzę, żeby nacieszyć oko śmigającymi w dół kolarzami, którzy pięknie wchodzą w kolejne łuki 🙂 Obracamy się za siebie spoglądając na te partie drogi, które już przejechaliśmy, a tam rozlega się wyjątkowy widok na Valle del Braulio (dolinę Braulio).

Po pokonaniu serpentyn wyjeżdżamy na długi prosty odcinek dość łagodnie zagłębiający się wewnątrz masywu. Świeci pełne, ostre słońce, zdejmujemy koszulki. W tych partiach gór nie ma już mowy o jeździe w cieniu. Wysoka i średnia roślinność zniknęła bowiem całkowicie. Wokół rosną trawy zwieńczone piętrem niwalnym, czyli skalnymi turniami. Jesteśmy już głęboko w górach, chociaż ciągle nie możemy dostrzec przełęczy Stelvio, ciągle brakuje kilometrów i otwarcia przestrzeni.

Jak to zwykle bywa na podjazdach, na już dość znacznej wysokości (2.300-2.400 m n.p.m.) kierowcy aut oraz motocykliści zaczynają masowo pozdrawiać rowerzystów i wyrażać uznanie dla fizycznego wysiłku. Niektórzy pokazują nam podniesione kciuki albo uśmiechają się do nas. Tymczasem Kamil w swojej alpejskiej radości szaleje na jednym kole 🙂

Mijamy pojedyncze zabudowania (w większości nieczynne budynki kas poboru opłat) oraz rozproszone stada pasących się krów, które urozmaicają jazdę przeciągłym muczeniem. Jest jeszcze ciągle zielono dzięki rozległym, skubanym przez mućki murawom. Jednak przecież od dłuższego czasu znajdujemy się wśród ostatniego widocznego gołym okiem piętra roślinności w Alpach. Unoszące się nad pastwiskami siwe skały z perspektywy Stelvio wydają się być gołe, choć w rzeczywistości gdzieniegdzie muszą jeszcze być pokryte przez porosty.

Wkrótce droga ponownie zaczyna wić się i zaplatać w serpentyny. Zakręty nie są tak gęste jak poprzednio, ale wzrosło nachylenie terenu (10-12%). Poziom ekscytacji przed przełęczą wzmagają tabliczki z numeracją zakrętów („TORNANTE”), a co istotniejsze – oznaczenia wysokości.

Właśnie na ósmym łuku zdajemy sobie sprawę, że znaleźliśmy się wyżej niż kiedykolwiek wcześniej w życiu. I to o całe 83 metry n.p.m. 🙂 (porównanie do przełęczy Hochtor mierzącej 2.504 m n.p.m. na Grossglockner Hochalpenstrasse w Austrii).

Ta zacna wysokość, poza wizualnymi korzyściami wynikającymi z możliwości podziwiania wysokich Alp, ma i swoje minusy. Głównym oraz najbardziej doskwierającym jest ostre, włoskie słońce, na które brak cienia wcale nie pomaga 🙂 Dlatego spinamy zadki, zbieramy manatki i zabieramy się za liczenie kolejnych zakrętów.

Przełęcz Stelvio jest już blisko, co zaznacza się w krajobrazie przed naszymi oczami. Jesteśmy niewiele niżej niż otaczające drogę szczyty, a w obiektywie niebo nagle zaczyna zajmować przynajmniej połowę kadru. To oznacza, że zbliża się punkt kulminacyjny drogi.

Ostatnie dwa kilometry są najbardziej wymagające (11-12%), ale też najbardziej ekscytujące. Adrenalina nie pozwala nam zwolnić, a wzrok błądzi między zakrętami w poszukiwaniu mety. „Gdzie ta przełęcz?” – myśli się w głowie, aż na prostym odcinku widzimy dużą tablicę oklejoną mnóstwem kolorowych nalepek. „Tylko o co tu chodzi?” – myślimy dalej. Przecież to nie jest najwyższy punkt drogi, ponieważ trasa w dalszym ciągu pnie się w górę. Pokonujemy ostatni zakręt oraz ostatnią prostą i wjeżdżamy na Passo dello Stelvio, dostając się w samo epicentrum wielkiego kolarsko-motocyklowo-samochodowego rozgardiaszu 🙂

Na mecie oklaskami witają nas samozwańczy kibice czerpiący radość z dopingowania podjeżdżających rowerzystów. Ludzie wchodzą nam pod koła, samochody trąbią. Mamy wrażenie, że jest tu wszystko i wszyscy, a pamiątkowe zdjęcie przy tablicy nie podoba nam się ani trochę 🙂 Szczyt przełęczy jest przecież upchany mnóstwem maszyn, ludzi, budek z jedzeniem, stoisk z pamiątkami i ledwo daje się tam przejść, a co dopiero przejechać? 🙂

Przeciskamy się tylko na wschodnią skraj przełęczy, żeby zobaczyć Stelvio z drugiej strony i to, co pojawia się przed naszymi oczami, jest przynajmniej zdumiewające. Pomijając całą sieć serpentyn (48 zakrętów), uderza nas skala Alp Retyckich z ośnieżonym szczytem Ortler (3.905 m n.p.m.) na czele.

Nasze emocje są cały czas na wysokim poziomie, ale ekscytacja powoli ustępuje uczuciu głodu oraz zmęczenia. Postanawiamy uchwycić jeszcze tę intensywną radość chwili na zdjęciach, ale jednocześnie potrzebujemy spokojniejszego miejsca, na krótką regenerację przed zjazdem. Dlatego zjeżdżamy nieco niżej do pierwszej tablicy, gdzie miszmaszu jest o wiele, wiele mniej.

Spełnieni oraz usatysfakcjonowani robimy sobie przerwę na solidny posiłek. Nie ma już widoku na wspaniałą śnieżną czapę na Ortlerze, ale za to mamy widok na… boisko do gry w piłkę nożną. Zupełnie bez trawy, ale prawdopodobnie jest to najwyżej położone boisko do piłki nożnej we Włoszech 😉

A potem następuje czas na zjazd, czyli niewątpliwą przyjemność jakiej można zaznać na Stelvio. O ile zazwyczaj wolimy podjeżdżać w górę, niż jechać w dół, tak w przypadku Stelvio oba te kierunki kontentują nas w podobnym stopniu. Zdajemy sobie bowiem sprawę, że większość trasy zachodniej przebiega w odkrytym terenie i jedynie kilka pierwszych kilometrów prowadzi w otoczeniu lasu. To oznacza, że można śledzić wzrokiem cały tor jazdy i jednocześnie obserwować odsłonięte ukształtowanie terenu.

Podczas powrotu do Valdidentro niemal fruniemy, ponieważ na miejscu czeka na nas obietnica przyjemnego wieczoru na kempingu. Przede wszystkim nie musimy rozbijać namiotu, bo ten już stoi od poprzedniego wieczoru, a poza tym będzie też orzeźwiający prysznic, spacer do sklepu i smaczna kolacja z piwem na trawie. Tak świętujemy podjazd na królową alpejskich przełęczy drogowych. W sposób prosty, ale przecież nie potrzebujemy specjalnej nagrody, bo cały ten miniony dzień sam w sobie był już dla nas wyjątkowy.

Informacje praktyczne

Lokalizacja i charakterystyka miejsca

Passo dello Stelvio znajduje się w północnych Włoszech tuż przy granicy ze Szwajcarią w paśmie Alp Retyckich, we włoskim Tyrolu. Prowadząca do przełęczy droga (Strada del Passo dello Stelvio) jest oznaczana symbolem SS38 (Strada Statale 38). Wiedzie ona z miejscowości Trivio Fuentes przy Lago di Como (Jezioro Como), ale właściwy podjazd rozpoczyna się na skrzyżowaniu SS38 z drogą SS301 (Strada Statale 301), kawałek na północ od miasta Bormio.

Droga znajduje się na terenie Parku Narodowego Stelvio (Parco nazionale dello Stelvio), największego parku narodowego we Włoszech. Znajduje się tam najwyższy szczyt Tyrolu, góra Ortler mierząca 3.905 m n.p.m. (widoczna z podjazdu od strony wschodniej oraz z przełęczy Stelvio w kierunku wschodnim). Droga SS38 wiedzie również w sąsiedztwie innych trzytysięcznych grzbietów.

Znaczna część trasy prowadzi powyżej linii lasu. Są to tereny z niską roślinnością (niżej krzewy, niskie drzewa, wyżej tylko trawy, porosty), wystawione na bezpośrednie działanie słońca. Latem jest ono ostre, odczuwalny może być również silniejszy wiatrzimie na drodze leży śnieg, przejazd jest praktycznie niemożliwy.

Lokalizacja Passo dello Stelvio na mapie Włoch

Opcje podjazdu

Można podjeżdżać od strony zachodniej z okolicy miejscowości Bormio (skrzyżowanie dróg SS301 oraz drogi SS38) lub ze strony wschodniej z miejscowości Prato allo Stelvio / Prad am Stilfser Joch. My podjeżdżaliśmy na Stelvio z kierunku zachodniego (Bormio). Działo się to podczas długotrwałej wyprawy rowerowej i wybór trasy zachodniej uwarunkowany był przebiegiem szlaków w Szwajcarii.

Opcja z Prato allo Stelvio (ze wschodu) jest uznawana za bardziej widowiskową, ponieważ po drodze znajduje się o wiele więcej serpentyn i wiedzie u podnóża potężnego masywu szczytu Ortler. Mierzy około 25 kilometrów długości i jest tym samym nieco dłuższa od trasy zachodniej (ta mierzy około 20 kilometrów do przełęczy). Poziom trudności dla obu kierunków wydaje się być zbliżony. Na trasie zachodniej maksymalne nachylenie sięga około 12%, z kolei nachylenie w najbardziej stromym fragmencie po stronie wschodniej sięga 9.5%, ale średnie nachylenie na kilometrze dla obu opcji podjazdu jest podobne (7-8%).

Kiedy jechać?

Passo dello Stelvio jest przejezdne tylko w niektórych miesiącach w ciągu roku. Ze względu na zalegający wysoko w górach śnieg oraz niebezpieczeństwo osypywania się śniegu na drogę jest ona zamknięta przez całą zimę. Nadzoruje tym gmina Bormio i na ich stronie internetowej można czytać aktualne komunikaty dotyczące sytuacji drogowej: → https://www.bormio.eu/category/about-2/status-of-passes/?lang=en.

Latem, w szczycie sezonu na Stelvio podjeżdża najwięcej turystów, wtedy też jest najgoręcej, a więc i słońce grzeje najmocniej. Warto pamiętać, że jest to słońce południowe, ostre i może doskwierać z powodu braku cienia. Jeśli ktoś nie przepada za takimi warunkami, może nieco zminimalizować ich wpływ i np. wybrać się na przełęcz we wrześniu.

Co zabrać?

Podczas planowania podjazdu na Passo dello Stelvio warto pomyśleć o odżywieniu i nawodnieniu organizmu, ewentualnych dodatkowych częściach ubrania oraz ochronie przed warunkami atmosferycznymi.

Jako, że trasa liczy sobie około 20 kilometrów w jedną stronę, konieczny będzie zapas jedzenia oraz picia: najlepiej posiłek białkowy do spożycia po podjeździe. Do tego węglowodany oraz białko jako przekąski do odbudowywania rezerw podczas podjazdu. Z ubrań może przydać się bluza z długim rękawem na zjazd (chłodny, górski wiatr – rzecz zależy oczywiście od pogody), ewentualnie czapka lub opaska na uszy. Dobrym pomysłem są również rękawiczki rowerowe na zjazd (lepszy chwyt kierownicy, lepsza przyczepność dłoni). Poza tym warto pamiętać o okularach przeciwsłonecznych, kremie na słońce,  ewentualnie dodatkowo o kremie do ust albo do twarzy na suche, górskie powietrze.

Pod koniec sierpnia przydały nam się wszystkie wymienione wyżej elementy odzieżowe oraz ochronne.

Dojazd

Aby dostać się na północ Włoch można skorzystać z połączeń lotniczych do miasta Cortina d’Ampezzo (VCE), które bezpośrednio realizuje PLL LOT z Warszawy (WAW, lotnisko Chopina). Następnie z miasta Cortina d’Ampezzo można przedostać się autobusem i pociągiem do miejscowości Merano i stamtąd drogą SS38 (Strada del Passo dello Stelvio) podjeżdżać na przełęcz. Prawdopodobnie nie jest to zbyt wygodna opcja podróży, ponieważ wiąże się z przesiadką i koniecznością transportowania niezbyt poręcznego bagażu (rower spakowany w karton plus dodatkowe rzeczy).

Innym sposobem jest bezpośredni lot liniami Wizzair z Warszawy (WAW, lotnisko Chopina) na lotnisko Mediolan-Bergamo (BGY) i stamtąd kontynuowanie podróży pociągiem do miasta Tirano (na południe od Bormio), skąd można albo podjechać do Bormio autobusem albo wyruszyć rowerem na Stelvio (przebiega tamtędy droga SS38).

Istnieje również opcja podróżowania autobusem (Flixbus) z Wrocławia do Bolzano lub z Wrocławia do Bergamo, choć trwa to bardzo długo (przynajmniej kilkanaście godzin) i wiąże się i tak z dalszymi przesiadkami, choć jest tańsze niż loty samolotem.

Noclegi i zaopatrzenie

Spaliśmy na kempingu w Valdidentro (camping La Pineta). Była tam możliwość rozbicia namiotu, wynajmu domku kempingowego lub pokoju. Wi-Fi, ciepła woda pod prysznicem oraz dostęp do kuchni wliczone w cenę noclegów. Na polu namiotowym duża trawiasta polana, gdzieniegdzie drzewa dające cień. Od drogi na przełęcz Stelvio dzieliło nas około 8 kilometrów niemal płaskiej trasy (nieznaczne nachylenie w dół w kierunku Bormio, podczas powrotu z przełęczy nieznaczne nachylenie w górę). W Valdidentro, po drodze z Valdidentro do Bormio oraz w samym Bormio można znaleźć również pensjonaty oraz hotele. W Prato allo Stelvio / Prad am Stilfser Joch (podjazd od wschodu) również można spać na kempingu, hotelu, pensjonacie.

Z kempingu w Valdidentro mieliśmy do pokonania około 500 m do najbliższego sklepu wielobranżowego (pieczywo, owoce, warzywa, napoje, alkohole, mięso, słodycze, chemia, przetwory itd.), a około 900 metrów do centrum miasteczka (pozostałe sklepy, pizzeria itp.). W Bormio oraz Prato allo Stelvio również znajdują się sklepy, więc nie powinno być kłopotu z zaopatrywaniem się na czas pobytu w tym regionie.

W Duecie po Świecie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s