Alpy Retyckie we Włoszech – rowerem po Europie

Alpy Retyckie we Włoszech rowerem są częścią długiej wyprawy po Europie. I jak na rowerową podróż, to jest to wizyta tematyczna, a jednocześnie królewska – wjeżdżamy prosto do serca elitarnego włoskiego kolarstwa. Bo oto postanawiamy zdobyć legendarną drogową przełęcz Passo dello Stelvio (2.758 m n.p.m.) i tym samym tarabanimy się do miasta Livigno, wokół którego trenują kolarze Giro d’Italia. A po wysokogórskich przygodach zjeżdżamy nad Jezioro Como, natrafiając na przyjemny rowerowy szlak Sentiero Valtellina. Stamtąd koleją kierujemy się do granicy ze Szwajcarią.

 

Włochy są naszym dziewiątym krajem podczas tej rowerowej wyprawy i wjeżdżamy tu ze wschodniej Szwajcarii. Wizyta jest krótka, ale ambitna – za włoską granicę na teren Lombardii przywodzi nas chęć wjechania na przełęcz Passo dello Stelvio (2.758 m n.p.m.) w Alpach Retyckich, a jej zdobycie ma być dotychczasowym najwyższym punktem podróży. Przełęczy tej podporządkowujemy zatem kilka dni wyprawy, spędzając je we Włoszech zamiast za wcześniejszą szwajcarską granicą.

Aby dostać się do Stelvio dzień wcześniej pokonujemy około 1.124 m przewyższenia – około 450 m podczas porannego podjazdu na przełęcz Ova Spin (ok. 1.880 m n.p.m.) jeszcze w Szwajcarii oraz ok. 674 m popołudniu na podjeździe na przełęcz Passo del Foscagno (2.291 m n.p.m.). Z kolei po Stelvio długim zjazdem po szlaku Sentiero Valtellina kierujemy się do poziomu nieco powyżej 100 m n.p.m. nad Jeziorem Como, skąd pociągami przez Mediolan wracamy do Szwajcarii. Na tym odcinku podróży mija nam piąty tysiąc rowerowych kilometrów, a spędzamy tu 5 dni i pokonujemy około 288 kilometrów na rowerach.

Włochy. 24-25.08.2016: 86-87. dzień wyprawy.

Dystans: 97 kilometrów.

Odcinek: tunel Munt La Schera – Livigno – Passo di Eira – Passo del Foscagno – Valdidentro – Passo dello Stelvio – Valdidentro

„Gdybyśmy robili wszystkie rzeczy, które jesteśmy w stanie zrobić, wprawilibyśmy się w ogromne zdumienie”. Thomas Edison

Na drugim końcu ciasnego, alpejskiego tunelu czekało niedowierzanie. Bus przewożący nas przez szwajcarsko-włoską granicę był jak kosmiczny pojazd przelatujący przez magiczny portal prowadzący do innego świata. Chociaż terenowo nic się nie zmieniło, czuliśmy się wyjątkowo. Nadzwyczajnie. Podekscytowani.

Tunelowa ciemność i głęboki cień szwajcarskiej doliny zamieniły się w pełne, włoskie słońce. Białe refleksy kładły się po idealnym, lazurowym jeziorze Lago del Gallo. Świat po tej stronie był niebieski, bo pokolorowane były nawet góry. Do tego nieomal podskakiwaliśmy z wrażenia na swoich sakwiarskich siodełkach, gdy z zawziętością i gwiezdną prędkością mijali nas rasowi, włoscy kolarze. Pozostawało po nich jedynie echo wykrzyczanego „Ciao, ciao!” albo „Buongiorno!”. Czemu nas tak ekscytowali? W austriackich Alpach też mijało nas mnóstwo kolarzówek. Różnica polegała na tym, że ci obecni kolarze to byli prawdziwi temperamentni, narwani, włoscy Włosi. Do tego w miejscu nie z tego świata, bo w okolicach boskiego Livigno, gdzie trenują najlepszej rangi zawodnicy.

Zaprowadziła nas tam droga wiodąca pod kilkukilometrową estakadą. Nie mogąc oderwać wzroku od lazurowego jeziora postanowiliśmy zatrzymać się na śniadanie z tym fantastycznym widokiem. Siedzieliśmy na trawie, przy wjeździe do miasta, a za naszymi plecami stał wielki wiklinowy napis „Livigno”. I dobrze – potrzebowaliśmy go, żeby co jakiś czas upewnić się, że rzeczywiście tam się znajdujemy. We włoskich Alpach, w wysoko położonym mieście, nad wysoko położonym jeziorem na 1.805 m n.p.m.

Lago del Gallo zrobiło na nas ogromne wrażenie. Było swego rodzaju obietnicą. Motywacją i silnikiem napędowym naszej ciekawości na temat tego, co jest dalej. Jakie są Włochy i co tam spotkamy?

A spotkaliśmy grupę Włochów na wakacjach, którzy poczęstowali nas czekoladą. Umilili czas pogawędką, dopieścili ego swoim zaskoczeniem i podziwem nad naszą podróżą. A potem obrazili się na nas niemal śmiertelnie, gdy dowiedzieli się, że nie jedziemy do Wenecji ani Werony. Że nie jedziemy nawet do Rzymu! „Ale jak to, dlaczego nie chcecie zobaczyć naszego pięknego kraju?!” – pytali z oburzeniem. Odpowiadaliśmy zgodnie z prawdą, że przecież chcemy, ale nie tym razem. Że południe Europy w lecie, podczas rowerowej wyprawy nie dla nas. Że zbyt gorąco, że ciężki bagaż, więc tylko Passo dello Stelvio i będziemy uciekać trochę na północ, do Szwajcarii. Dalej w góry. Z nadzieją, że tam chłodniej.

„Ale signore, u nas nie jest JUŻ gorąco. U nas gorąco było w lipcu, teraz jest JUŻ chłodno!” – nie dawali za wygraną. Popatrzyliśmy na bezchmurne niebo, porozbieranych ludzi w klapkach lub sandałach. Wyjechaliśmy na drogę i poczuliśmy południowy żar, zostawiając w tyle przyjemny chłód znad jeziora. Po pierwszym kilometrze zatrzymaliśmy się, żeby zdjąć koszulki. Wjechaliśmy na serpentyny ponad miastem i w myślach liczyliśmy każdy obrót korby brakujący do kolejnej plamy cienia padającej na asfalt.

„Ale signore, u nas nie jest JUŻ gorąco. Gorąco było w lipcu, signore. Teraz jest JUŻ chłodno” – mówiliśmy do siebie, ścierając strugi potu z czoła. I zastanawiając się nad tą lipcową temperaturą. Uff, jak gorąco!

Tym bardziej, że zmierzaliśmy w kierunku przełęczy Passo del Foscagno (2.291 m n.p.m.) należącej do tych, które zdobywa się na dwa razy. Żeby wjechać na nią od północnej strony, musieliśmy dotrzeć do pośredniej przełęczy Passo di Eira (2.208 m n.p.m.), następnie zjechać w dół i podjechać ponownie. Taką kolej rzeczy spotkaliśmy już wcześniej w rumuńskich Karpatach na Transalpinie (łącznie aż 3 przełęcze na jednej drodze) oraz w austriackich Alpach na Grossglocknerze. Na szczęście tym razem nie były to aż tak spore dystanse ani przewyższenia, więc z nadzieją na szybkie i sprawne pokonanie wypiętrzeń terenu, pedałowaliśmy z zacięciem.

Z Livigno na Passo di Eira to niby tylko 6.5 kilometra. Nachylenie około 8-10% to nie tak wiele jak na alpejskie warunki, ale upalny dzień (ponad 30 stopni Celsjusza) i 25 kilogramów bagażu na głowę to już ciężkie argumenty – dosłownie i w przenośni.

Oczywiście ponad linią drzew o cieniu można już było jedynie pomarzyć. Teren był odkryty, a droga SS301 (tzw. strada statale) wiodąca na przełęcz zewsząd obramowana skalistym, alpejskim masywem. Po dotarciu do Passo di Eira na chwilę zatrzymaliśmy się w cieniu budynku wzbudzając ciekawość pracowników miejscowej restauracji oraz odpoczywających rowerzystów, którzy wjeżdżali „na lekko„. Napiliśmy się tam wody i pojechaliśmy dalej. I tak zdobytą wysokość 2.208 m n.p.m. (403 metry przewyższenia z Livigno) błyskawicznie straciliśmy, pędząc w dół zbocza między ciasnymi zabudowaniami. Gdzieś na wysokości 2.020 m n.p.m. asfalt ponownie zaczął stawiać opór, więc zredukowaliśmy przełożenia.

Wiatr, który wytwarzaliśmy na zjeździe zupełnie zniknął i ponownie zdejmowaliśmy koszulki, żeby oddawać ciepło bezpośrednio do otoczenia. Ponownie zaczęliśmy powolną wspinaczkę do przełęczy, ale tym razem staraliśmy się nie myśleć o upale. Liczyliśmy kolejne metry, które przybliżały nas do Passo del Foscagno i jednocześnie motywowaliśmy się przed Stelvio, przeliczając dzisiejsze przewyższenie, bo przecież ten włoski fragment podróży to nie wszystko. Od rana wspinaliśmy się w szwajcarskich górach (około 450 m przewyższenia na przełęcz Ova Spin) i łącznie tego dnia mieliśmy pokonać około 1.124 metry przewyższenia (ok. 403 m na Passo di Eira + ok. 271 m na Passo del Foscagno).

Takie liczby w połączeniu z grzejącym słońcem były nie do zignorowania, więc zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę, żeby napić się zimnej wody ze strumyka. Rozejrzeliśmy się po otoczeniu, zapamiętując na wpół surowy alpejski krajobraz pełen skał, resztek śniegu, niskiej roślinności, wiatru i lodowatej wody. A potem ostra serpentyna wyprowadziła nas na Passo del Foscagno (2.291 m n.p.m.), gdzie przygotowywaliśmy się do kilkunastokilometrowego zjazdu.

Zjedliśmy trochę ciastek i ubraliśmy koszulki, bluzy oraz okrycia na głowy. Wyprzedziliśmy sznur samochodów czekający na przejazd przez kontrolę celną i popędziliśmy w dół. Mijaliśmy piękne górskie panoramy i dwa tunele. Po lewej na północy przewijały się grubo ponad dwutysięczne przygraniczne Alpy, podczas gdy po prawej wznosił się inny wielki masyw. Północnym zboczem objeżdżaliśmy właśnie m.in. Monte Foscagno (2.892 m n.p.m.), Monte Corno (2.986 m n.p.m.) i Motta Grande (2.714 m n.p.m.), która wypiętrzała się tuż przy drodze.

Niestety co chwilę wyprzedzały nas samochody i chociaż otoczenie było wyjątkowe, to nie czuliśmy spokoju. Duży ruch na drodze sprawił, że jak najszybciej chcieliśmy dotrzeć do upatrzonego kempingu. Asfalt zawijał się jeszcze przez kilka kilometrów, aż wreszcie pojawiły się zabudowania miejscowości Valdidentro, w której postanowiliśmy zatrzymać się na noc. Tam zaś przez całe popołudnie odpoczywaliśmy, żeby następnego dnia pojechać na legendarne Passo dello Stelvio.

Zmęczenie w ogóle się nie liczyło, byliśmy na etapie łatwej regeneracji. W takim momencie podróży i w takim punkcie kondycyjnym, że sukces wszelkich podjazdowych przedsięwzięć stanowił wyłącznie kwestię „kiedy?” zamiast „czy w ogóle?”. Tak właśnie urządził nas miniony miesiąc w Alpach austriackich oraz wcześniejsze doświadczenia w Karpatach i po raz kolejny podczas wyprawy dowiadywaliśmy się, że trening czyni mistrza i że chcieć, to móc.

Dlatego kolejnego dnia rano z podekscytowaniem gramoliliśmy się z namiotu do łazienki, z łazienki do namiotu, z Valdidentro na rozjazd z drogą SS38 Strada del Passo dello Stelvio (ok. 1.280 m n.p.m.) wiodącą na przełęcz Passo dello Stelvio (szczegółowy opis podjazdu znajdziesz w oddzielnym wpisie: Passo dello Stelvio na rowerze. Królowa alpejskich podjazdów). Duże niebieskie znaki ogłaszały, że trasa jest otwarta dla ruchu, zatem z szerokimi uśmiechami wtoczyliśmy się na pierwsze odcinki legendarnej szosy. Z początku dosyć łagodne i wśród drzew, później w coraz bardziej odkrytym, wysokogórskim klimacie, bo jechaliśmy przecież w kierunku trzytysięczników. Śmigający kolarze krzyczeli „ciao ciao!” („cześć!”), podkręcając nastrój i tworząc niepowtarzalną atmosferę.

W międzyczasie przed oczami otwierała się dolina Valle del Braulio, a sąsiednie góry coraz mocniej wypiętrzały swoje stoki, że łatwo było się zagapić i zapomnieć o całym świecie.

Jeszcze ciekawiej zrobiło się około 2.000 m n.p.m. na ciągu 14 serpentyn tarasowo tnących górskie zbocze. Te wywiodły nas nie tylko ponad dolinę Valle del Braulio, ale jednocześnie również ponad granicę wyższej roślinności. To, co zastaliśmy wyżej, stawało się bowiem coraz bardziej surowym, alpejskim krajobrazem, a ostre skały coraz bliżej wadziły o niebo.

Tymczasem czuliśmy się na Stelvio znakomicie. Spokojna, miarowa jazda, a nachylenie asfaltu zmuszało do optymalnego wysiłku. Niewiele tam było fragmentów ze stromizną 10-12%, więc pozbawieni codziennych tobołów niemal frunęliśmy nad ziemią. Był więc i czas na wygłupy, toteż Kamil faktycznie jednym kołem fruwał nad jezdnią.

Choć wkoło wciąż jeszcze pasły się krowy, to nieopodal wzrok napotykał kamienie pokryte porostami, zwiastujące kres przyrody ożywionej. Tymczasem po kilku kilometrach przed kołami ponownie pojawiły się serpentyny. Jazda nabrała więc jeszcze większych emocji, ponieważ zakręty nie dość, że numerowane, to jeszcze z oznaczeniami wysokości – zatem odejmowanie poszło w ruch.

No bo „ile nam jeszcze brakuje do przełęczy? Tu 2.587, to do Stelvio niecałe 200 metrów w górę” – i tak wjeżdżaliśmy na ostatnich odcinkach trasy.

I chociaż ten końcowy fragment pokonywaliśmy tylko we dwójkę, to na mecie okazało się, że na przełęczy nie ma szans na spokój ducha. Panował tam istny jarmark, na którym skumulowali się turyści i kolarze z obu stron podjazdu, a po pamiątkowe zdjęcie przy znaku trzeba było czekać w kolejce.

passo dello stelvio na rowerze

Nie podobało nam się to ani trochę, zatem popatrzyliśmy na wspaniały ośnieżony Ortler (3.905 m n.p.m.) i uciekliśmy do drugiej tablicy znajdującej się kawałek poniżej przełęczy. Było to idealne miejsce zarówno do zdjęcia (na którym widać drogę i zbocza, a nie kotłujące się samochody, motocykle oraz rowerzystów), jak i do spokojnego odpoczynku po wymagającym podjeździe.

Aby jednak lenistwa nie było zbyt wiele, to zaraz po posiłku zawinęliśmy swój spożywczy majdan i pognaliśmy w dół. Zatem najwyższe biegi i trochę przebierania nogami, żeby zbytnio nie zesztywnieć na zjeździe – ale głównie po to, żeby przyspieszyć powrót na kemping, bo przecież w namiocie czekała obietnica zimnego piwa oraz smacznej biwakowej kolacji.

Włochy. 26-29.08.2016: 88-91. dzień wyprawy.

Dystans: 191 kilometrów.

Odcinek: Valdidentro – Bormio – Sondalo – Tirano – Castello dell’Acqua – Sondrio – Caiolo – Colico – Mandello del Lario – Lecco – Milano (Mediolan) – granica IT / CH

Kolejny poranek to dość długa biwakowa grzebanina, a zaopatrzenie na dzień jazdy kupiliśmy dopiero przed samą siestą. Niby w kierunku Bormio jechaliśmy w dół, ale jednocześnie wiał silny wmordewind, więc pedałowanie wychodziło raczej ślamazarnie. Cóż – wczoraj było szczytowanie na Stelvio, teraz zaś licha codzienność, chociaż krajobrazy z lichością i z codziennością niezbyt wspólne, bo jazda cały czas w otoczeniu Alp Retyckich.

No i pomimo, że nasza dniówka sięgnęła zawrotnych… 30 kilometrów, to dzień ten ciągle należał do udanych, ponieważ oprócz ładnych widoków natrafiliśmy na oznakowany, odgrodzony od jezdni szlak rowerowy prowadzący w pożądanym przez nas kierunku. Kierunek ten to było zaś Jezioro Como (Lago di Como), a szlak – Sentiero Valtellina w dolinie rzeki Adda – czyli ponad 100 kilometrów po włoskich wioskach oraz miasteczkach zlokalizowanych u podnóża Alp Retyckich. Wszystko było więc wspaniale, oprócz właściwości terenu, które nijak nie szły w parze z rozbijaniem namiotu (wąska dolina przy rzece, odkryty teren, strome skarpy, brak osłon), dlatego zdecydowaliśmy zatrzymać się na kempingu w Sondalo.

Tam zaś całkiem miło zapowiadał się wieczór w towarzystwie Pana Włocha, któremu pomogliśmy przepchnąć jego niesprawnego Fiata Punto, a który okazał się znać kilka słów po polsku, ponieważ pracował kiedyś w Polsce. Przesłanek do fajnej pogawędki i wspólnych tematów było jeszcze kilka, jednakże przyjemnościom nadszedł kres w momencie, gdy Pan Włoch dowiedział się, że nie jedziemy do Wenecji… Skąd my to znamy? Czy to jakieś deja vu? Ach – niekoniecznie – przedwczoraj w Livigno jacyś Włosi obrazili się już na nas za to samo!

Kolejny dzień również upłynął przy oznaczeniach szlaku Sentiero Valtellina, tyle że nieco bardziej efektywnie – 68 kilometrów w nogach. Ani dużo, ani mało, ale na pewno bogato w nowe doświadczenia. Sam szlak położony jest w bardzo ładnych okolicznościach, bo i rzeka Adda niebieską wstążką wije się w sąsiedztwie, i miasteczka pełne kamiennych domów, stodół oraz wież tworzą na trasie urocze, ciasne uliczki. Jednocześnie w miejscowości Grosio odwiedziliśmy trzynastowieczny Kościół San Giorgio di Grosio i była to wizyta estetycznie bardzo przyjemna, kulturowo cenna.

Żeby zaś wzbogacić się kulinarnie – w mieście Sondrio postanowiliśmy zjeść włoską pizzę i na postanowieniu się niestety skończyło. W jednym lokalu akurat tego dnia pizzy nie serwowali (chociaż była w karcie, więc przed złożeniem zamówienia my już rozgoszczeni za stołem jak ta lala), w drugim nie serwowali, bo… nie przyrządzają jej w wakacje… Zadowoliliśmy się zatem włoskim lodem i to od razu z dokładką, ponieważ ten zimny czekoladowy aromat to był najlepszy smak deseru, jakiego chyba w życiu próbowaliśmy.

Zapchani lodami zrobiliśmy szybkie zakupy i z powrotem na szlak. Tam zaś – most z podjazdem 12% – po obżarstwie niezbyt nam na rękę. W każdym razie już po mniej więcej 10 kilometrach kolejna siesta, bo oto wtoczyliśmy się na rowerowe miejsce odpoczynku, które podczas długodystansowej wyprawy rowerowej zignorować było trudno. A wszystko dlatego, że zarówno na pierwszy rzut oka, potem na drugi i na trzeci też (analizowaliśmy kilka razy, bo godzina wczesna, pojechałoby się dalej) – były tam tzw. biwakowe „okazje”, czyli: kran z bieżącą wodą, stół, ławki, kosz na śmieci, ładnie utrzymana trawa oraz dobre podłoże do wbijania śledzi, czyli aż kilka udogodnień w kupie, co przy spaniu na dziko zdarza się niezwykle rzadko.

Jak tu nie skorzystać? Zatem zostaliśmy, a że do zmierzchu sporo czasu, to odświeżyliśmy się, ugotowaliśmy i zjedliśmy ryż z pesto popijając winem. „Buongiorno principessa” i inne takie układaliśmy sobie z włoskich rozmówek, aż nadeszła ciemność – dobre okoliczności do czmychnięcia w bok za kukurydzę.

Odciągi w ruch, śledzie w ziemię, śpiwory do sypialni, czyli pierwsze i jak się później okazało, również jedyne dzikie biwakowanie po włosku, bo resztę nocy spędzaliśmy we Włoszech na kempingach (bo podjazd na Stelvio, bo teren spadzisty przy drodze). Wyszło zaś bardzo ładnie, bo z rana delikatna mgła unosiła się nad naszym polem, a pierwsze promienie słońca odbijały się od wielkiego masywu na zachodzie.

Światło plastycznie podkreślało krawędzie gór, podczas gdy my zwinnie zwijaliśmy klamoty, żeby nie rzucać się w oczy ze sposobem spędzania minionej nocy. Niemniej jednak przy spakowanych sakwach urządziliśmy sobie jeszcze śniadanie na stole, a poranną toaletę zrealizowaliśmy pod kranem zamiast zwyczajowo przy wodzie z butelki. Mówiąc krótko: dziki luksus.

Tego dnia na trasie między Sondrio a Colico spotkała nas kolejna frajda, a mianowicie na licznikach rowerowych pojawił się równy, okrąglutki 5. tysiąc wyprawowych kilometrów (na zdjęciu licznik Kamila z dystansem całkowitym 19.000 km – na starcie w Skwierzynie było to równiutkie 14.000 km) – czyli kolejne przygody mogliśmy zacząć liczyć w kolejnym tysiącu.

Te zaś zaczęły się całkiem hucznie, ponieważ szlak Sentiero Valtellina na kilka kilometrów wywiódł nas na głośną i ruchliwą krajówkę. Na szczęście zaraz potem wszystko wróciło do spokojnej normy, a gdzieś koło 40. kilometra pojawiło się słynne Jezioro Como (Lago di Como). Niebieska woda obramowana niebiesko-zielonymi górami, białe chmury, białe łódki oraz jasne zabudowania na brzegach – tak zaprezentowało nam się jedno z najbardziej znanych włoskich jezior. Niestety było też bardzo głośno i tłoczno i w nadziei na znalezienie spokojniejszej okolicy pognaliśmy dalej.

Teren wokół jeziora był pofalowany, zatem witajcie interwały w upale! Szlak Sentiero Valtellina dobiegł końca, ale na szczęście ruch drogowy tego dnia był bardzo znośny. Trochę wymemłani gorącem dotarliśmy na kolejny kemping przy samej drodze, a po rozbiciu namiotu, prysznicu i zjedzeniu kolacji poszliśmy na spacer nad jezioro, żeby zobaczyć zachód słońca. Ten zaś był naprawdę piękny, bo różne odcienie granatów i błękitów przenikały się w krajobrazie stopniując nasycenie. Przez chmury przebijało się brzoskwiniowo-różowe światło, że cały ten widok wyglądał jak zdjęty z obrazu.

Następnego ranka szybko zapomnieliśmy o sielankowym wieczorze, ponieważ czekała nas przeprawa okrutnie ruchliwą czteropasmówką w kierunku miasta Lecco. Rozpędzone samochody mijały nas z impetem, że siedzieliśmy na siodełkach jak na przysłowiowych szpilkach. Żadna tam pierwszyzna i niby nic nadzwyczajnego (w porównaniu np. do jazdy ekspresówką do Belgradu w Serbii), jednak pośpiech kierowców zawsze wzbudza naszą czujność, ponieważ nie zawsze idzie w parze z bezpieczeństwem.

Tak, czy inaczej dotarliśmy do dworca kolejowego w Lecco, gdzie kupiliśmy bilety do Mediolanu, by tam przesiąść się w transgraniczny pociąg i wrócić do Szwajcarii. Decyzję o skorzystaniu z kolei podjęliśmy dnia wcześniejszego, bo signore, jednak gorącodla nas zbyt gorąco! Tym samym wygodnym szynobusem popędziliśmy do metropolii, a stamtąd turlaliśmy się w kierunku szwajcarskiego Brig, mijając po drodze tunel wydrążony w górach. Podobnie jak na początku tej historii w okolicy Livigno – może Włochy są rzeczywiście nie z tej ziemi, bo w zasadzie żadnego przejścia granicznego nie widzieliśmy, tylko te ciemne tunele jak korytarze do innego wymiaru 🙂

Podsumowanie trasy przez Włochy:

  • CZAS: 5.5 dnia (w tym 0.5 dnia jazdy pociągiem)
  • DYSTANS: około 288 kilometrów
  • KIERUNEK: z granicy szwajcarsko-włoskiej na przełęcz Passo dello Stelvio i stamtąd na południowy-zachód nad Jezioro Como. Znad jeziora do Mediolanu, skąd pociągiem na północ przez włosko-szwajcarską granicę z powrotem do Szwajcarii.
  • TEREN: górzysty, terytorium Alp Retyckich
  • NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: prawdopodobnie miasto Mediolan – około 122 m n.p.m.
  • NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: 2.758 m n.p.m. na przełęczy Passo dello Stelvio (równocześnie najwyższy dotychczasowy punkt wyprawy)
  • NAJBARDZIEJ STROMY ODCINEK (wg oznaczeń): około 12% nachylenia na drodze na Passo dello Stelvio w ostatnich fragmentach podjazdu (strona zachodnia)
  • SZLAKI ROWEROWE: szlak Sentiero Valtellina (biegnący w dolinie Valtellina wzdłuż rzeki Adda) na odcinku Bormio-Colico – około 114 kilometrów 
  • ZASTĘPCZY ŚRODEK TRANSPORTU: pociąg na odcinku Lecco-Mediolan oraz Mediolan-Brig (CH)
  • DYSTANS CAŁEJ WYPRAWY NA KOŃCU TRASY PRZEZ WŁOCHY: około 5.077 rowerowych kilometrów
  • PRZEBIEG TRASY: granica CH / IT w tunelu drogowym Munt La Schera – Livigno – Passo di Eira – Passo del Foscagno – Valdidentro – Passo dello Stelvio – Valdidentro – Bormio – Sondalo – Tirano – Castello dell’Acqua – Sondrio – Caiolo – Colico – Mandello del Lario – Lecco – Milano (Mediolan) – granica IT / CH w tunelu kolejowym pod ziemią

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s