EUROPA ŚRODKOWA I ZACHODNIA

Rowerem przez Europę

W 2016 roku udaliśmy się w długą podróż. To było 159 dni wyprawy (5 miesięcy) i 8.355 rowerowych kilometrów przez 11 europejskich krajów: Niemcy, Czechy, Słowację, Węgry, Rumunię, Serbię, Austrię, Szwajcarię, Włochy, Francję oraz Hiszpanię. Cele były proste: zmęczyć się, doświadczać, zapamiętać. Dojechać daleko o własnych siłach, być długo w podróży własnym, niedrogim kosztem bez zewnętrznego wsparcia.

Nasze bagaże ważyły po 20-25-30 kilogramów na głowę (w zależności od aktualnej zawartości sakw – zapasów wody, kartuszy z gazem i jedzenia). Ale ciężki bagaż to nie ograniczenie. Raczej potencjał. Czy bez tej turystycznej kuchenki moglibyśmy wypić herbatę z widokiem na Pireneje? Spać pod milionem gwiazd, zasypiać przy szumie górskiego strumienia, gdybyśmy co noc płacili za łóżko, prysznic i telewizję, zamiast wieźć ze sobą namiot i jutrzejsze śniadanie?

Podróż poprowadziła nas w miejsca oraz sytuacje będące odpowiedzią na pytania o siłę przekonań.

  • Czy te najsilniejsze pragnienia rzeczywiście stoją ponad przyzwyczajeniami i wygodami?
  • Gdzie mieszka poczucie bezpieczeństwa? Czy faktycznie mamy je w sobie, czy może to jednak kwestia rzeczy materialnych?
  • Jeśli tak, to na ile? Ile i co jest nam potrzebne do życia? Ile i co potrzebne nie jest?
  • Jakie sytuacje nas pokonają? Co jest silniejsze: trudności terenowe czy psychofizyczne możliwości?
  • Do którego momentu mamy wpływ na to, co nas spotyka?
  • Czy marzenia dodają skrzydeł niezależnie od okoliczności? 

Nie pytaliśmy o to, czym jest szczęście lub gdzie je znaleźć. Znając i kochając sakwiarskie życie wiedzieliśmy, że spotkamy je podczas noclegu nad rzeką, śniadania z widokiem na góry i na pustej o świcie drodze.

Cele i wyzwania

Nie mieliśmy planu. Nie było półrocznych przygotowań. Jednego dnia kupiliśmy atlas Europy, drugiego serwisowaliśmy rowery. Zrobiliśmy listę rzeczy i spakowaliśmy sakwy. Wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do niemieckiej granicy.

Byliśmy w Karpatach, Alpach, nad Atlantykiem, u podnóża Pirenejów, w górach Sierra Nevada i nad Morzem Śródziemnym.

Minęliśmy niemieckie i czeskie pagóry, potem przejechaliśmy słowacką drogą pod Tatrami (maksymalna wysokość ok. 1.260 m n.p.m.). Zdobyliśmy rumuńską Pasul Ursoaia (1.324 m n.p.m.) w górach Munţii Apuseni, Transalpinę (przełęcz Pasul Muntinu 2.105 m n.p.m. i Pasul Urdele 2.145 m n.p.m.) oraz Transfogaraskę (przełęcz Pasul Balea 2.042 m n.p.m.). Minęliśmy serbski przełom Dunaju i jako kolejny cel wyznaczyliśmy Alpy.

Wjechaliśmy na austriacki Grossglockner (przełęcz Fuscher Törl 2.431 m n.p.m. i Hochtor 2.504 m n.p.m.), Gerlospass (1.500 m n.p.m.) oraz włoskie Passo di Eira (2.208 m n.p.m.), Passo di Foscagno (2.291 m n.p.m.) i Passo dello Stelvio (2.758 m n.p.m.).

Zobaczyliśmy Mont Blanc i przemierzyliśmy Francję w kierunku Oceanu Atlantyckiego. Znad wielkiej wody na francusko-hiszpańskim pograniczu wjechaliśmy na szczyt Jaizkibel (547 m n.p.m.) w Pirenejach.

Pognaliśmy na południe Hiszpanii, żeby zdążyć w góry Sierra Nevada przed pierwszymi śniegami. 12. października wjechaliśmy na najwyżej położoną w Europie drogę – szczyt Pico del Veleta wynoszący się na 3.398 m n.p.m. Dzień później, 13. października na kilkadziesiąt kolejnych godzin gęste chmury zakryły wysokie partie gór. Gdy ponownie zostały odsłonięte, na Pico del Veleta leżała już wielka czapa śniegu…

Droga

Tysiące kilometrów wyprawy zapamiętaliśmy w tysiącach krajobrazów oraz dziesiątkach zapachów. Ale nie wszystko było łatwe, nie wszystko było piękne. Były 8-10-12-14% podjazdy mierzące po kilka, kilkanaście, czasem kilkadziesiąt kilometrów. Pot na czole, spalone nogi, bolące plecy, zakrwawione opatrunki. Twarde kamienie do spania i poranna wilgoć na śpiworze. Lodowate rzeki albo suche na wiór trawy.

Ruchliwe drogi i sznury samochodów. Kilometry suchych, hiszpańskich kamieni i skał. Uprawy kukurydzy, ścierniska, plantacje papryki albo słonecznik. Spychanie z asfaltu oraz podmuchy wielkich, rozpędzonych ciężarówek. Sześciopasmówki, drogowe węzły, przeprawy przez wielkie miasta i resztki asfaltu na stromych, górskich podjazdach. Komary, węże, owce i krowy, niedźwiedź oraz pijawki, kleszcze, deszcze, wiatry i upały. Te ostatnie były najbardziej upierdliwe – męczyły, usypiały, zabierały apetyt, podgrzewały wodę, kazały wstawać o 4.00 rano, parzyły w skórę, zniechęcały do wysiłku.

Były też zachody słońca nad Dunajem. Poranki z ćwierkającymi ptakami i ciepło śpiwora po długim, męczącym dniu. Widok na zamglone Karpaty i alpejskie jeziora tonące w wielkich kłębach chmur. Kosmiczna panorama z trzytysięcznika oraz kąpiel w lazurowym Rodanie. Owsianka na wodzie z potoku, soczysty i słodki arbuz w samo południe albo całe niebo błyszczących kropek podczas mycia zębów.

Byli i ludzie. W większości nie znający barier komunikacyjnych. Otwarci i serdeczni. Zapraszający nas na nocleg do swoich domów, udostępniający pralkę, kuchnię, częstujący kawą, pytający czego nam potrzeba.

Wyprawa była również podróżą przez europejskie kultury. Spotkaliśmy się między innymi z kulturą pasterską w Rumunii, monumentalną romańską i gotycką sztuką we Francji, austriackim folklorem, słowackimi Romami, szwajcarską wielojęzycznością, francuską kulturą jedzenia posiłków, serbskim panslawizmem i śladami starorzymskiej ekspansji na rumuńsko-serbskim pograniczu.

Czechy, 06.06.2016 (7 dzień wyprawy)

Leżeliśmy w cieniu drzewa, praliśmy rowerowe pieluchy, jedliśmy jajecznicę ze szczypiorkiem na obiad, piliśmy piwo. (…) Niby nic takiego: kawałek trawy i woda z rzeki, jakieś zwierzęta i trochę cienia. Zwykłe zaspokajanie potrzeb. Sama prostota, ale ile w niej radości i poczucia sakwiarskiego spełnienia. Proste sprawy, prosta radość. A więc wszystko dla każdego. Aż dziwne, jak łatwo zapomnieć o tym w codzienności.

Słowacja, 16.06.2016 (17 dzień wyprawy)

Wjechaliśmy pod Gerlach, najwyższy szczyt Tatr i jednocześnie króla całych Karpat (2.655 m n.p.m.), czyli najwyższy wierzchołek tego fascynującego łuku. (…) Czekaliśmy, żeby zobaczyć szczytową grań, ale nadaremno. Tatry pozostały nieodgadnione w swoim majestacie.

To nic, lub może właśnie o to chodziło. W każdym razie tamtego dnia droga dawała nam to, o czym marzyliśmy. Tamtego dnia wyprawa była z naszych snów. Tyle, że do czasu. Przecież nic nie trwa wiecznie. W Tatrzańskiej Łomnicy (Tatranská Lomnica) zjeżdżaliśmy na południe, zostawiając Wysokie Tatry w tyle. Rozpędzeni już mieliśmy minąć przejazd kolejowy, gdy Karolina z całym sakwiarskim impetem łupnęła o asfalt. Trochę krwi oraz szczypania, a potem poczucie ściągniętej skóry pod łopoczącym na wietrze opatrunkiem.Tak właśnie żegnaliśmy Wysokie Tatry, gdy wjeżdżaliśmy na Spisz.

Czechy, 05.06.2016 (6 dzień wyprawy)

Ludzi było jak mrówek. Mnóstwo Azjatów z kijami do selfie. Dorożki, stare samochody, nagabywacze, grajkowie, magicy, Czesi, Amerykanie, Niemcy i nie wiadomo jakiej jeszcze maści osobniki. Języki mieszały się ze sobą, gdy przeróżni przewodnicy opowiadali swoim światowym grupom o zegarach na ratuszu, o bramach na Moście Karola, o kamienicach, o katedrze. Zdawało się, że to turystyczny raj, miasto atrakcji i miasto-skarbonka. Zupełnie nie na naszą sakwiarską kieszeń, która miała opłacić podróż przez przynajmniej kilka kolejnych krajów. A że na niskobudżetowej wyprawie człowiek cieszy się z najmniejszych rzeczy, nie ma mowy o marudzeniu. Wyciąga z dna sakwy czekoladę, banana, owsiankę, czy coś innego, na co ma akurat ochotę i się delektuje.

Chociaż Karolina marzyła o randkowym spacerze na czeski smażony ser, to finalnie wyprawowy groszek z puszki na ławce w parku (z widokiem na Most Karola) okazał się bezkonkurencyjny.

Hiszpania, 06.10.2016 (129 dzień wyprawy)

Oniemieliśmy (…). Bo widok był niesamowity i niepowtarzalny. Gdy zmrużyć oczy, lazur Atlantyku zlewał się z niebem, zacierał horyzont. I podkreślał tę soczystą zieleń, która pomimo jesieni była wciąż żywa i intensywna. A ogrom przestrzeni solidnie nam przydzwonił i wręcz huczał w głowach. Oszołomieni przyglądaliśmy się owcom oraz koniom, które obojętnie skubiąc trawę uświadamiały, że świat nam się nie śni. Wszystko wkoło było jednak prawdziwe.

Odpowiedzi na pytania

  • Pragnienia mogą być silniejsze od wygód i przyzwyczajeń. Gotowość do wyjścia poza strefę komfortu zależy od przeznaczenia i siły naszych marzeń. Spanie w namiocie pozwoliło spędzić w podróży kilka miesięcy, a było to pragnienie bardzo silne. Buszowaliśmy więc po krzakach albo w kukurydzy, bo wizja dotarcia do Hiszpanii bardzo silnie determinowała nasze decyzje i motywowała do rezygnacji z wygód.
  • Prawdziwe poczucie bezpieczeństwa wypływa z nas samych. Jest silnie związane z zaspokajaniem podstawowych potrzeb oraz ich świadomością. Jeśli wyśpimy się, najemy, napijemy, wydalimy i nie będzie nam zimno, to znaczy, że znajdziemy się w komfortowej sytuacji. Czasem wystarczy zdać sobie z tego sprawę. Wtedy śpiwór, miska ryżu trzeci dzień z rzędu oraz ustronne miejsce za krzakiem stają się naszymi przyjaciółmi.    
  • A więc poczucie bezpieczeństwa nie jest posiadaniem ani gromadzeniem. Byliśmy z dala od polityki, telewizji, reklam, trendów, nowości, manipulacji społecznych, konsumpcjonizmu i sztucznego kreowania potrzeb. Wolni od potrzeby posiadania. Nasz ekwipunek składał się ze sprzętu do spania, apteczki, sprzętu do gotowania, podstawowych środków higienicznych, ubrań, zapasu jedzenia na następny poranek i butów na zmianę oraz mapy, dokumentów i aparatu fotograficznego. I to było wystarczające, a nawet bardzo dobre.
  • Podczas całej wyprawy było wiele trudnych sytuacji, ale nie było takiej, w której nie moglibyśmy sobie poradzić. Nasza psychika w zestawieniu ze sprawnością fizyczną były w stanie pokonywać terenowe trudności.
  • Uważamy, że mamy wpływ na to, co nas spotyka. Wiele zależy od intencji podejmowanych działań. Ale również ważne jest to, czego nie robimy, czego unikamy, czemu zapobiegamy, od czego trzymamy się z daleka.
  • Marzenia determinowały nasze działania. Obietnica satysfakcji po osiągnięciu celu była na tyle silna, że potrafiła zagłuszyć chwilową trudność. Uważamy, że marzenia są motorem napędzającym do przezwyciężania trudności, rozwijania siebie i wychodzenia poza siebie. A po stopniu determinacji można poznać ich siłę.

Wyprawa w liczbach

Spędziliśmy w podróży 159 dni (z czego 25 dni bez jazdy rowerami), przemierzając 8.355 kilometrów na rowerach. Kilka razy korzystaliśmy z pociągu lub promu rzecznego. Odwiedziliśmy 11 krajów i 7 stolic (Praga, Belgrad, Budapeszt, Bratysława, Wiedeń, Madryt, Berlin). 17 razy przekraczaliśmy międzypaństwowe granice. Przez 139 nocy spaliśmy w namiocie, 1 noc pod gołym niebem, raz w pociągu, raz na stacji kolejowej, kilka razy u ludzi, którzy zapraszali nas do swoich domów i zaledwie kilka nocy w wynajętym pokoju.

Kąpaliśmy się w rzekach, jeziorach, morzu, oceanie, 45 razy za pomocą butelkowanej wody, w publicznych toaletach, pod kranem na parkingu i na stacji kolejowej. Uratowaliśmy 3 koty przed śmiercią pod ciężarówkami. Dwa razy centrowaliśmy rowerowe koła, 4 razy łataliśmy przebite dętki, 2 razy naprawialiśmy zerwane naciągi w sakwach i 2 razy zerwane linki przerzutek. Raz odwiedziliśmy serwis samochodowy i dwa razy serwis rowerowy.

Marzenia

Podczas powrotu mieliśmy przy sobie pęknięty namiot i 2 wymęczone rowery, wytarte rowerowe gatki, porysowane biwakowe gary, trochę kuskusu, zdezelowane śpiwory, zepsute maty i wygnieciony hiszpański kapelusz. Ale to nic. Gdy po tych 5-ciu miesiącach wróciliśmy do Polski, i tak byliśmy najbogatsi na świecie. Spełniliśmy wiele ze swoich marzeń, m.in:

  • zobaczyliśmy życie na rumuńskiej prowincji
  • przejechaliśmy słowacką drogą pod Wysokimi Tatrami
  • byliśmy na wyprawowej randce w Pradze
  • zdobyliśmy Transalpinę (przełęcz Pasul Muntinu 2.105 m n.p.m. i Pasul Urdele 2.145 m n.p.m.)
  • a zaraz potem Transfogaraskę (przełęcz Pasul Balea 2.042 m n.p.m.) w rumuńskich Karpatach
  • paliliśmy ognisko nad oceanem
  • spaliśmy w namiocie z widokiem na Tatry
  • z widokiem na linię brzegową kontynentu i Zatokę Baskijską
  • wjechaliśmy na austriacki Grossglockner (przełęcz Fuscher Törl 2.431 m n.p.m. i Hochtor 2.504 m n.p.m.)  oraz włoskie Passo dello Stelvio (2.758 m n.p.m.) w Alpach
  • jedliśmy prawdziwe włoskie lody
  • jechaliśmy superszybkim pociągiem TGV
  • zdobyliśmy Pico del Veleta (3.398 m n.p.m.) w hiszpańskich górach Sierra Nevada – najwyżej położoną drogę w Europie

Ale najważniejsza jest świadomość, że marzenia nigdy nie są głupie. Są wskazówką i kierunkowskazem do tego, czego nam potrzeba. A czym jest zaspokajanie potrzeb, jeśli nie dążeniem do szczęścia i równowagi?

Cała wyprawa została zorganizowana i odbyła się bez jakiejkolwiek zewnętrznej pomocy finansowej, czy sprzętowej.

Relacja z wyprawy znalazła się na stronie producenta sakw Crosso: → 8300 kilometrów po czubek Europy

Relacje z najciekawszych momentów wyprawy znajdziesz w spisie treści bloga: → EUROTRIP (rowerem po środkowej i zachodniej Europie)

Przebieg wyprawy

(POLSKA) Skwierzyna – Zielona Góra – Żary – Przewóz – (NIEMCY) Priebus – Görlitz – Bad Schandau – (CZECHY) Děčín – Praga – Havlíčkův Brod – Uherské Hradiště (SŁOWACJA) Trenčín – Liptovský MikulášSpišská Nová Ves – Koszyce – (WĘGRY) Vizsoly – Tokaj – Nyíregyháza – (RUMUNIA) Carei – Huedin – Alba Iulia – Novaci – Curtea de ArgeșCârțișoara – Sibiu – Drobeta Turnu Severin – (SERBIA) – Tekija – Kovin – Belgrad – Nowy Sad – Subotica – (WĘGRY) Szeged – Kecskemet – Budapeszt – Komarno – Halaszi – (SŁOWACJA) Bratysława – (AUSTRIA) Hainburg an der Donau – Wiedeń – Linz – Passau – Bad Ischl – Zell am See – Innsbruck – Pfunds – (SZWAJCARIA) Martina – Scuol – Zernez – (WŁOCHY) Livigno – Bormio – Sondrio – Lecco – Milano – (SZWAJCARIA) – Brig – Martigny – Montreaux – Genewa – (FRANCJA) Seyssel – Saint-Genix – Meximieux – Belleville – Digoin – Nevers – Orlean – Tours – Saint Brevin les Pins – Soulac sur Mer – Bajonna – Hendaye – (HISZPANIA) Irun – San Sebastian – Madryt – Jaén – Granada – Guejar Sierra – Motril – Almeria – Cartagena – Alicante – Barcelona – Port Bou – (FRANCJA) Argelès-sur-Mer – Narbonne – Montpellier – Strasbourg – (NIEMCY) Offenburg – Berlin – (POLSKA) Kostrzyn nad Odrą – Skwierzyna

ORIENTACYJNY PRZEBIEG TRASY