DOOKOŁA POLSKI

Rowerem dookoła Polski

Czyli 3.800 kilometrów w 72 dni przez 13 województw.

Polska, wrzesień 2014

„Wybraliśmy podróż dookoła, ponieważ chcieliśmy spróbować Polski w każdym kierunku. Mieliśmy więc warmińskie łąki, wielkopolskie pola, bałtyckie morze, kaszubskie jeziora, podkarpackie lasy, Poprad, Bug i San oraz kilkanaście pasm górskich. Na co dzień towarzyszyły nam ślimaki, kleszcze i komary. Ale przecież po to jechaliśmy – żeby zachwycać się prostotą. Nie napiszemy ody do końskich much, ale na pewno wrócimy w niejedno miejsce, gdzie je spotkaliśmy, bo przecież nie chodziło o to, żeby piękny krajobraz był idealny. On miał być prawdziwy.”

Rok 2014 był dla nas bardzo ważny. Braliśmy ślub, a zaraz potem pojechaliśmy w podróż poślubną dookoła Polski. Była to nasza pierwsza rowerowa wyprawa, więc na równi z szukaniem obrączek kompletowaliśmy ekwipunek. Kupowaliśmy sakwy, szukaliśmy namiotu, wybieraliśmy turystyczną kuchenkę. Wszystko to było nowe, zupełnie jak nasze myślenie o rowerowej podróży.

Wieczorami po pracy planowaliśmy trasę, podglądając drogi w Google Street View. A potem rysując jej przebieg w atlasie Polski i na wielkiej papierowej mapie, którą powiesiliśmy sobie w pokoju na ścianie. Czasami wodziliśmy palcami daleko od domu, po Podlasiu albo gdzieś po górach. I zupełnie nieprawdopodobne wydawało się, żeby doturlać się tam na rowerach.

W wolne popołudnia zabieraliśmy nowiutkie, jeszcze sztywne i błyszczące sakwy wypchane butelkami wody. I jeździliśmy kilkanaście kilometrów za miasto. To były jedyne fizyczne przygotowania do rowerowego wysiłku.

Cele i wyzwania

Chcieliśmy, żeby ta podróż była wyjątkowa. Chcieliśmy zobaczyć mnóstwo nowych oraz starych miejsc. Znane Bieszczady i całkiem obcy Zamość. Pełen wspomnień Bałtyk i nieodkryte dotąd Beskidy. Ciekawiło nas to, czego jeszcze nie widzieliśmy, ale równie mocno działały miejsca odwiedzone rok, dwa, trzy lata wcześniej albo wieki temu podczas szkolnych wakacji.

Wyobrażaliśmy sobie, jak rower daje swobodę i odkrywa taki wymiar podróży, który przynosi pełnowartościową satysfakcję. Nie zawiedliśmy się.

Wyjechaliśmy podekscytowani, ale niepewni. Bo pogoda, bo ciężki bagaż, bo bez prawdziwego dachu nad głową. Z zapartym tchem po raz pierwszy bunkrowaliśmy się w krzakach, ze specjalnym namaszczeniem zapamiętaliśmy smak pierwszych śniadaniowych zakupów (chociaż bułki w sklepie mieli takie same, jak wszędzie).

Mijanie granic kolejnych województw pełne było euforii i ulgi mówiącej: „dotarliście do następnego punktu, nic wam tego nie zabierze, nie pokrzyżują planu deszcze, ani terenowa trudność”. Pierwsze spełnienie przyszło, kiedy dotarliśmy do wybrzeża Bałtyku, a potem na Półwysep Helski, na jeden z krańców Polski. Odwiedziliśmy pagórkowate, wymagające Kaszuby i coraz bardziej zbliżaliśmy się do Krainy Wielkich Jezior.

Zakochaliśmy się w zielonym Podlasiu i ludziach wyglądających zza płotów swoich domów. W kobiecie w kwiecistym fartuchu i mężczyźnie w starym swetrze w brązowe romby. Bo oni tak po prostu stali, zajęci staniem i nigdzie się nie spieszyli. Patrzyli oraz uśmiechali się – wykorzystywali najprostszy sposób komunikacji.

Urzekły nas prawosławne cerkwie, nużyła rolnicza Lubelszczyzna, fascynowało Podkarpacie. Choć wjazd w ten ostatni region był dla nas testem i jednym z trudniejszych momentów wyprawy. Były tam pierwsze górskie podjazdy, a my po raz pierwszy w życiu spróbowaliśmy rowerowej jazdy po górach. Nie od razu się polubiliśmy. Początkowo określaliśmy ją całą serią nieprzyzwoitych epitetów, ale z czasem szczerze pokochaliśmy. Byliśmy m.in. w Bieszczadach, Beskidzie Niskim, Beskidzie Sądeckim, Pieninach, Tatrach, Beskidzie Żywieckim i Beskidzie Śląskim, Górach Opawskich, Górach Złotych, Masywie Śnieżnika, Górach Bystrzyckich, Górach Stołowych i Sowich, w Karkonoszach oraz Izerach.

Droga

Łańcut, czerwiec 2014

Tak jak parcie na słońce było nieszkodliwe np. nad morzem, tak mniej korzystnie zapowiadał się bezdeszczowy stan w południowych częściach Polski. Tam słowa autorów życzeń pogodowych nabierały zazwyczaj złowrogiego znaczenia. Przekonaliśmy się o tym, gdy oblał nas pierwszy spektakularny pot tuż za Łańcutem w stronę Dylągówki, gdzie jednocześnie ewoluował i teren, i temperatura. Ciepło awansowało do upału a bieg jezdni zaczął zapowiadać góry.  Zdawało się wtedy, że w słońcu człowiek jest cały spocony od samego siedzenia na rowerze lub na czymkolwiek innym, natomiast zgięcie kolana lub czegokolwiek innego wyciska z niego piąte, szóste i siódme poty. W dodatku była niedziela. I było leniwie. W większości nikt niczego nie zginał, bo kilkoro ludzi ledwo snuło się z kościołów na pyry z kotletem, przeważająca część chowała się po domach przed skwarem. 

Beskid Sądecki, lipiec 2014

Rowerowe przeprawy przez góry na trekkingu z około trzydziestokilowym obciążeniem nie są niemożliwe, ale do łatwych z pewnością nie należą. Asfalt to Ameryka, licznik praktycznie stoi w miejscu, muchy lecą, jeśli na początku są krowy – to się patrzą. Potem krowy się kończą, muchy zostają. W zamian są dziury i piach, wystające korzenie lub błoto. Trawa albo gałęzie wkręcają się w szprychy i spowalniają żółwią prędkość. Wtedy człowiek dochodzi do wniosku, że nie będzie dłużej cierpieć za miliony i w związku z tym lepiej jest dobrze iść, niż byle jak jechać.

Gryfów Śląski, sierpień 2014

Krajobraz się wyostrzał, ptaki głośniej skrzeczały a silniki tirów na krajówce wibrowały ze zdwojoną intensywnością, wilgoć przenikała do gaci a woda wylewała się z sandałów, pachniał asfalt i trawa, kwaśny deszcz zaś spływał po ustach, że gdy dotarliśmy pod dach gryfowskiej stacji benzynowej, to żal było wykręcać wodę z prania „suszącego się” na tylnych  bagażach. Po prostu sto procent świadomości zmysłów, że nie chce się nawet pomyśleć o słońcu.

Wyprawa w liczbach

W tej rowerowej podróży spędziliśmy 72 dni (2,5 miesiąca), z czego 51 dni na rowerach. Przejechaliśmy 3.800 km i 17 pasm górskich. Odwiedziliśmy 13 województw, 19 parków krajobrazowych. Najniżej zjechaliśmy do poziomu Bałtyku (0 m n.p.m.), najwyżej – na przełęcz Krowiarki w Beskidzie Żywieckim (1.012 m n.p.m.). Naszym dachem nad głową najczęściej był namiot, jadalnią przystanek autobusowy, a stołem – rowerowe siodełko.

Marzenia

Marzeniem była już sama wyprawa – jej zorganizowanie oraz codzienne bycie w podróży. Nie mieliśmy doświadczenia, dlatego wielu rzeczy uczyliśmy się w drodze, wiele rzeczy robiliśmy intuicyjnie, wiele działo się przypadkiem. Ale też o to chodziło, przecież mieliśmy poznawać niepoznane i dowiadywać się nowych rzeczy o sobie oraz o świecie.

I tak spełniliśmy swoje marzenie o dojechaniu rowerami nad Bałtyk. O przejechaniu wschodniej ściany Polski, zobaczeniu cerkwi oraz Puszczy Augustowskiej. O spaniu na nadmorskiej plaży i wąchaniu górskiej trawy po deszczu.

A przy okazji odkryliśmy wciągający Beskid Niski, zieloną, pełną krów Warmię, bujną Puszczę Białowieską, interesujący Białystok, bystry, kamienisty Poprad oraz urokliwą dolinę Sanu. Poza tym spotkaliśmy bardzo wielu przyjaznych, niekiedy zabawnych ludzi.

Dzięki nim jedliśmy najsmaczniejsze jajka i ciasto, bo podarowane spontanicznie, jako „prezent ślubny”. Dowiedzieliśmy się m.in. co to jest „sempiterna” i przy jakiej prędkości ursus nie daje rady. Dlaczego nie powinniśmy jeść ciastek jeżdżąc na rowerach i co zrobić, żeby dziecko nie sądziło, że jego rodzic jest „burakiem”. Dzięki gościnności pewnej Sołtyski mogliśmy obejrzeć finał mistrzostw świata w piłce nożnej, na którym nam zależało. Górscy wędrowcy podzielili się z nami swoim jedzeniem, ktoś pytał, czy potrzebujemy wody do picia, ktoś pozwolił nam spać za darmo w swoim ogrodzie.

Podróż odbyła się bez zewnętrznej pomocy finansowej, czy sprzętowej.

W styczniu 2015 roku nasza wyprawa zajęła 2. miejsce w plebiscycie Magazynu Turystyki Rowerowej Rowertour na najlepszą wyprawę rowerową w kategorii Polska w 2014 roku.

Relacja z wyprawy znalazła się w czerwcu 2015 w Rowertourze: → Etapowa włóczęga poślubna

oraz na stronie producenta sakw Crosso: → 3800 kilometrów dookoła Polski

Przebieg wyprawy

Skwierzyna – Dobiegniew – Drawsko Pomorskie – Bobolice – Sławno – Ustka – Hel – Kartuzy – Malbork – Mikołajki – Suwałki – Białystok – Białowieża – Zamość – Sanok – Wołosate – Piwniczna Zdrój – Zakopane – Żywiec – Wisła – Racibórz – Prudnik – Złoty Stok – Bystrzyca Kłodzka – Kudowa Zdrój – Srebrna Góra – Lubawka – Karpacz – Szklarska Poręba – Lwówek Śląski – Pudliszki – Łagów – Skwierzyna