Mount Defiance – Góry Kaskadowe w stanie Waszyngton

Mount Defiance w Górach Kaskadowych w stanie Waszyngton przypadnie do gustu każdemu, kto lubi całodzienne włóczęgi po górach. Jest tu do pokonania 16 kilometrów trasy, podczas której naprawdę szkoda się spieszyć. Około jedna trzecia szlaku to po prostu jeden wielki punkt widokowy na wielkie góry oraz wielką przestrzeń.

Mount Defiance w Górach Kaskadowych w stanie Waszyngton (1.702 m n.p.m.) jest bezwzględnie niezbyt wysoka, ale znajduje się w oddaleniu od innych górskich wierzchołków, dlatego ze szczytu sprawia wrażenie górowania nad okolicą. Rozlega się z niej widok na górskie jeziora tkwiące nawet kilkaset metrów niżej, a to prawie tak, jakby mieć świat u swoich stóp! Jednak nie tylko czubek góry zapewnia tu jęki i stęki zachwytu nad ukształtowaniem terenudługie odcinki szlaku lawirują po zboczach i wystawiają nas na nieprzerwane widoki przeciwległych masywów oraz doliny, w której biegnie autostrada.

Po drodze mija się lasy, rumowiska kamieni, potok Mason Creek, Jezioro Mason (Mason Lake) oraz łąki z bogactwem kolorowych kwiatów. Gruntowo-kamieniste podłoże zazwyczaj posiada umiarkowane nachylenie z kilkoma bardziej stromymi fragmentami oraz krótkim obniżeniem terenu w okolicy jeziora.

Jest to nasz drugi szlak w okolicy podczas urlopowej wizyty w Górach Kaskadowych w stanie Waszyngton, gdzie spędzamy zaledwie 4 dni. I jest to trasa idealna dla krótkiego pobytu, ponieważ przy ładnej pogodzie daje pewność satysfakcjonującego wykorzystania dnia – jest długa, piękna oraz ciekawa, a tutejsze krajobrazy trwale zapisują się w pamięci. Zatem podczas powrotu mamy w sobie to przekonanie, że spędziliśmy ten dzień na 100% i w równych stu procentach daliśmy wciągnąć się w kaskadowy teren 🙂

„Większość ludzi dorosłych nie odkrywa już świata. Wydaje im się, że go znają i prześlizgują się po jego powierzchni. A powierzchnię tę nietrudno jest wyczerpać. I stąd ta plaga dzisiejszych społeczeństw – nuda.” Jean Renoir

Przebieg trasy: Ira Spring Trailhead (660 m n.p.m.) – Mason Lake (1.300 m n.p.m.) – Mount Defiance  (1.702 m n.p.m.) – Mason Lake (1.300 m n.p.m.) – Ira Spring Trailhead (660 m n.p.m.)

Dystans na szlaku: około 16 kilometrów w obie strony. 

Czas: około 7-8 godzin

Przewyższenie na szlaku: około 1.050 metrów

Konieczna wejściówka w góry (recreation pass) do kupienia na Przełęczy Snoqualmie lub przy samoobsługowej skrzynce przy szlaku.

Kiedy pakujemy plecaki do wędrówki na Mount Defiance, to w poranną biwakową rutynę ładują nam się wiewiórkowate pręgowce (ang. chipmunk). Jeden z nich z prędkością światła biega po stole i przeskakuje od garnka do foliówki ze śmieciami, a drugi urządza sobie gonitwę po pniu drzewa. Jednocześnie w gałęziach szaleje pomarańczowo-szary drozd wędrowny (ang. American robin) i tym sposobem północnoamerykańska przyroda po raz kolejny uparcie prosi się o uwagę. Nam to jednak bardzo odpowiada – oglądamy to przedstawienie sznurując buty trekkingowe przy samochodzie i już wiemy, że ten dzień dobrze się zaczyna.

Wyjeżdżamy na międzystanową dziewięćdziesiątkę, skąd z kolei skręcamy w zjazd nr 45 (exit 45) na leśną drogę 9030 (Forest Road 9030) i wąskim asfaltem wspinamy się w góręDroga 9030 zakręca na ostrej serpentynie, a my kierujemy się prosto wjeżdżając na Mason Lake Road. Po kilku kilometrach zatrzymujemy się na niewielkim parkingu i oto jesteśmy u progu szlaku Ira Spring (Ira Spring Trailhead, około 660 m n.p.m.), skąd za chwilę rozpoczniemy wędrówkę na Górę Defiance (Mount Defiance).

Przepustka za szybę, plecaki na ramię i po raz drugi podczas tego wyjazdu stajemy zwarci i gotowi, żeby poznawać kolejny zakamarek Gór Kaskadowych. Tym razem padło na Górę Defiance głównie ze względu na lokalizację w pobliżu kempingów, które przez przylotem braliśmy pod uwagę jako miejsca noclegu. Poza tym chcemy, żeby nadal było wymagająco, a szczyt ten spełnia warunek, ponieważ przed nami nieco ponad 1.000 metrów w górę. Nie będzie jednak tak stromo jak wczoraj podczas trekkingu na Snoqualmie Mountain, bo przewyższenie to rozkłada się na mniej więcej 8 kilometrów trasy.

Tak czy inaczej, ruszamy przed siebieTablice przypominają o przepustkach, o noszeniu swoich śmieci oraz o występowaniu niedźwiedzi. Wchodzimy na leśną ścieżkę i z początku poruszamy się niemal po płaskim terenie, więc na dzień dobry mamy tu przyjemny spacer po lesie. Docieramy do niewielkiego wodospadu przecinającego szlak. To potok Mason Creek spływa z górskiego Jeziora Mason (Mason Lake), nad które później dotrzemy.

W sąsiedztwie znów dominują iglaki, a powyżej drzew rozpościera się pogodne niebo. Jest jeszcze ranek, a my idziemy w cieniu więc na nogach czujemy lekki chłód, ale w powietrzu wisi groźba duchotyDrewniana tablica na jednym z drzew mówi, że właśnie wchodzimy na teren Alpine Lakes Wilderness (obszar dzikiej przyrody wokół górskich jezior) rozciągający się w centralnej części Gór Kaskadowych.

W oczy rzucają nam się kwitnące na biało rośliny o dziwacznej nazwie miądrzyga tęga (Xerophyllum tenax) znane także pod potocznym hasłem „niedźwiedzia trawa” (ang. „bear grass”). Więc znów patrzymy na rodzime północnoamerykańskie kwiecie, którego dotąd nigdy wcześniej nie mieliśmy szansy zobaczyć. Ciekawostką zaś jest fakt, że miądrzygi posiadają kłącza niepodatne na działanie ognia, w związku z czym rośliny te są jednymi z pierwszych, które wyrastają na spalonym pożarem obszarze.

Zaraz potem w prześwicie między drzewami odsłania się pierwszy widok na okolicę. Mianowicie zza choinek objawiają się zbocza przeciwległego pasma położonego po drugiej stronie naszej międzystanowej dziewięćdziesiątki. Są one przezielone, a do tego intryguje tu szpiczasty McClellan Butte (1.573 m n.p.m.), który czubkiem wadzi o niebo i tym samym nieco przypomina nam tatrzański Krywań w Słowacji. Niebawem pojawia się również widok w kierunku północnym z siwą wstęgą autostrady lawirującą w terenie.

Powyżej 1.000 m n.p.m. szlak na dłuższy czas wybiega z lasu i zaplata się po stromym zboczu. Mijamy rozległe głazowiska wielkich, szarych kamieni, między którymi sterczą przerzedzone choinki.

Dalej w sąsiedztwo powraca gęstsza roślinność i wśród iglakówkrzewówtraw oraz znajomej już miądrzygi tęgiej docieramy do rozgałęzienia szlaków na ostrym zakręcie w lewo. Ze strategicznej tablicy wynika, że nasza trasa prowadzi właśnie w lewo (kierunek Mason Lake), podczas gdy strzałka w prawo wskazuje ścieżkę w kierunku szczytu Bandera (Bandera Mountain, 1.597 m n.p.m.).

Skręcamy według wskazań i z najbliższej prostej widoczny staje się szczyt naszej Góry Defiance. Kształt ma trójkątny, bliski symetrii, a na stoku dostrzegamy zarówno ciemnozielone płachty iglastego lasu, jak i jaśniejsze łąki.

Jednocześnie sami jesteśmy akurat w strefie górskich łąk, o czym wyraźnie świadczą kolorowe kwiaty kwitnące na wyciągnięcie ręki. Oprócz „niedźwiedziej trawy” mijamy również czerwone kielichy rośliny o nazwie castilleja (ang. Indian paintbrush) oraz fioletowe dzwonki penstemonów (potocznie po ang. również „beardtongue”). Kiedy jednak wychylamy się, żeby spojrzeć w dół na zbocze, to wśród krzaków wyraźnie dominuje biały kolor miądrzygi tęgiej.

Wkrótce jednak ponownie wchodzimy do lasu, a teren chwilowo opada w dół. Idziemy w cieniu dość gęstych drzew rosnących na pochyłych zboczach i rozpoczynamy trochę na siłę wymyślać tematy do rozmowy, żeby dać znać potencjalnemu niedźwiedziowi, że właśnie się zbliżamy.

Mijamy drewnianą tablicę z informacją o zakazie rozpalania ognia nad jeziorem, a korony drzew ulegają rozrzedzeniu, bowiem docieramy do Jeziora Mason (Mason Lake) na wysokości około 1.300 m n.p.m. Jest to jasne lustro czystej wody, które natrętnie razi nas w oczy w południowym letnim słońcu. Po dużych kamieniach przekraczamy potok Mason Creek, na który trafiliśmy wcześniej rano przy początku szlaku, a który bierze początek w zbiorniku.

Uzupełniamy zapas wody i pozostając jeszcze na chwilę wzdłuż brzegu jeziora, ponownie wchodzimy w leśny cień. Myślimy sobie o przyjemnym odpoczynku przy wodzie, więc planujemy go na drogę powrotną. Tymczasem szlak ponownie zaczyna wspinać się pod górę, kiedy oddalamy się od linii brzegowej jeziora.

Uwagę naszą przyciągają długie, zielone narośla na pniach mijanych iglaków przypominające kępy włosów. To grzyb o nazwie brodaczka (łac. Usnea, ang. Beard lichen), który właściwie zaliczany jest bardziej do porostów. I świadczy on raczej o niezbyt dobrej kondycji zarośniętych nim drzew, ale z drugiej strony świadczy też o bardzo czystym powietrzu, ponieważ natura jego taka, że jest bardzo czuły na zanieczyszczenia, a tu nad naszymi nosami zwisają przecież liczne wiechcie jegomościa.

Wkoło zaś żadnego człowieka. Na wietrze szumią tylko gałęzie, pod butami szeleści stare igliwie. Każdy inny odgłos wytęża naszą uwagę, czy to przypadkiem zwierz jakiś nie łazi w pobliżu – przy czym pod hasłem „jakiś” oczywiście kryje się duży ssak z rodziny niedźwiedziowatych 🙂 Idziemy tak więc przez las pokrzykując melodyjnie: „to myyy!” lub „idziemyyy!”, albo „może lepiej wybierz inną drogę!”. Na szczęście nie spotykamy baribala, za to nadziewamy się na rozłożystą płachtę stwardniałego śniegu, która na chwilę wprawia w konsternację, ponieważ gubimy przebieg szlaku. Po kilku minutach odnajdujemy ludzki ślad oraz ścieżkę, a ta wyprowadza na krawędź zbocza.

Mijamy się jeszcze z dwójką mężczyzn schodzących z góry – jedynymi ludźmi spotkanymi od Mason Lake. Witamy się wesoło, a oni rzucają swoje amerykańskiezwyczajowe „hi, how are you?” (cześć, jak się macie?). Zaś my zwyczajowo zanim zdążymy odpowiedzieć grzecznościowe: „we-are-fine-thanks-how-are-you?” (u nas dobrze, dzięki, jak Wy się macie?), jesteśmy już pięć kroków od siebie i ichnia odpowiedź na naszą odpowiedź ginie gdzieś w drzewach.

Niebawem docieramy do skraju lasu i ponownie wychodzimy w strefie górskich łąk. Jesteśmy już na wysokości około 1.500 m n.p.m. na stoku Góry Defiance, a szczyt znajduje się gdzieś nad nami po prawej stronie. Po lewej natomiast ponownie odsłania się rozległa przestrzeń z widokiem na autostradę i przeciwległe pasmo gór. Natomiast gdy obracamy się za siebie, to z tyłu pojawia się całkiem nowa perspektywa. Jesteśmy mniej więcej o 200 metrów wyżej niż Mason Lake, a nie oddziela go od nas żaden szczyt ani grań, zatem przed oczami w całej krasie staje niebieskie lustro otoczone lasem. Co więcej, ujawnia się tu także drugi zbiornik, mianowicie Little Mason Lake (Małe Jezioro Mason) oraz szczyt Little Bandera Mountain (Mała Bandera, 1.573 m n.p.m.) wystający znad większego jeziora.

W takiej przestrzeni naturalnym jest, że rozglądamy się wokoło, ale nie zapominamy też od czasu do czasu spojrzeć na ziemię. Tam bowiem ciąg dalszy roślinnegopółnocnoamerykańskiego bogactwa i tym razem natrafiamy na żółtą lilię lodowcową (łac. Erythronium grandiflorum, ang. glacier lily).

Dalej pojawia się rozwidlenie szlaków, na którym skręcamy w prawo, ostro pod górę w kierunku szczytu (a trasa prosto w dalszym ciągu biegnie po krawędzi stoku). Z tego pułapu nie widzimy czubka Góry Defiance, ale spodziewamy się, że staniemy na nim niebawem, ponieważ jesteśmy już wysoko i gdzieś tam wyżej kończy się linia drzew. Człapiemy więc wzdłuż gęstych zygzaków tnących strome zbocze. Wypatrujemy wypłaszczenia, a jednocześnie plam cienia, bo na bezpośrednim słońcu jest naprawdę gorąco.

Na szczęście co jakiś czas wchodzimy w zagajniki drzew, bo zbocze po części porośnięte jest łąkami, a po części fragmentami lasu. Widzieliśmy to już z daleka kilka kilometrów wcześniej, kiedy na szlaku pojawił się widok na Mount Defiance (pomiędzy głazowiskiem, a zejściem do lasu przed Mason Lake).

Tymczasem wychodzimy na niewielkądość szeroką grań. Są tam gruntkamienie, kępki trawy, niewielkie choinki – i tak właśnie wygląda szczyt Mount Defiance (1.702 m n.p.m.), a to co z niego widzimy zapiera nam dech.

Punkt widokowy jest tu usytuowany w kierunku południowo-wschodnim, a tam góry bez końca po sam horyzont. Gdzieniegdzie płaty zaległego śniegu, ale przede wszystkim wzrok uderza zielono-niebieska mieszanka lasów iglastych i jezior. Bo oto w kadrze pojawia się kolejny zbiornik – po lewej małe i duże jeziora Mason, które widzieliśmy już wcześniej, a tuż pod nami rozlewa się jeszcze największe z nich – Kulla Kulla Lake (Jezioro Kulla Kulla). Za nim sterczą szczyty Pratt Mountain (1.517 m n.p.m.), Tusk O’Granite (1.697 m n.p.m.) oraz Granite Mountain (1.717 m n.p.m.) wymieniane kolejno od strony jeziora w dal.

Chciałoby się rzucić w tę przestrzeń i objąć ją w locie rękoma 🙂 Znajdujemy się na mało spektakularnej wysokości, ale ta widokowa panorama sprawia, że czujemy się tak, jakbyśmy stali na czubku świata. Tymczasem powietrze przeszywa świst śmigła, a czarny punkt na niebie zbliża się w naszym kierunku. Helikopter szeryfa przelatuje nad głowami i ze środka machają do nas dwie pary rąk. W tej chwili zdajemy sobie sprawę, że i my jesteśmy jedynie małymi punkcikami w całym tym górskim krajobrazie i przy widoku z powietrza należymy do jego składowychKadr mamy przewspaniały, ale jaki kadr musi mieć teraz szeryf?

Od samego patrzenia na helikopter dostajemy zawrotów głowy 🙂 Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia i powoli zaczynamy myśleć o odwrocie w jakieś zacienione miejsce, bo w powietrzu jest już nieznośnie gorąco.

I tak przerwa na słodycze następuje w najbliższych krzakach 🙂 Potem gramolimy się w dół zbocza i jeszcze przez najbliższe 20 minut wędrówki upijamy otwartą przestrzenią wkoło nas. Podwyższony poziom endorfin utrzymuje się jeszcze długo, długo, a nad Jeziorem Mason zarządzamy planowany już wcześniej postój na tuńczyka z puszki i kanapkę. Popołudniu nad zbiornikiem atmosfera zaś całkiem letniskowa, bo kąpie się tam grupa młodych ludzi z psem, a na ścieżce mijamy kilka kolejnych osób.

W lesie za jeziorem spotykamy natomiast mężczyznę, który nie jest pewien co słyszał i czy w ogóle coś słyszał, ale woli ostrzec nas przed ewentualnym niedźwiedziem, który mógł być źródłem dźwięku, jeśli faktycznie pięć minut wcześniej jakiś dźwięk w powietrzu się roznosił. Rozpoczynamy zatem ponownie serię naszych głupkowatych przeciągłych okrzyków urozmaicanych fałszowaniem piosenek, bo endorfiny ciągle na wysokim poziomie. Po kilku godzinach od startu docieramy do gorącego samochoduZmęczeni i zgrzani. Chciałoby się powiedzieć, że trud popłaca, ale czy wejście na Mount Defiance było trudne? Przecież spocić się w takich pięknych górach to była sama przyjemność 🙂

Informacje praktyczne

Szlak na Mount Defiance leży pomiędzy Przełęczą Snoqualmie (około 17 km odległości), a miastem North Bend i jest oddalone o około 90 kilometrów na południowy-wschód od Seattle. Znajduje się w obrębie południowej części Lasów Państwowych o nazwie Mt. Baker – Snoqualmie National Forest i jednocześnie na terytorium ochrony przyrody Alpine Lakes Wilderness (obszar dzikiej przyrody wokół górskich jezior). Aby dostać się na początek trasy, należy z międzystanowej dziewięćdziesiątki wybrać zjazd o numerze 45 (exit 45) w drogę USFS Road 9030 pod górę przez las. Na dalszym skrzyżowaniu trzeba jechać prosto drogą Mason Lake Road, aż docieramy do parkingu i wejścia na szlak Ira Spring Trail, który jest też początkiem szlaku na Mount Defiance.

Konieczne jest tu posiadanie takiej samej wejściówki (tzw. receration pass), jak na odwiedzoną przez nas dnia poprzedniego Snoqualmie Mountain. I ponownie można kupićw informacji turystycznej na Przełęczy Snoqualmie lub przy samym wejściu na szlak. W tym drugim przypadku należy skorzystać z koperty i cennika czekających przy tablicy informacyjnej. Do koperty wkładamy odliczoną gotówkę, na zewnątrz umieszczamy odpowiednie dane, odrywamy zaznaczony listek i wkładamy w widocznym miejscu za przednią szybę samochodu, a pieniądze wrzucamy do metalowej skrzynki. Wejściówka kosztuje kilka dolarów od osoby i jest ważna przez cały kalendarzowy dzień.

Przy parkingu znajduje się toaleta, kontenery na śmieci oraz stół i ławki. Jest to teren występowania niedźwiedzi, dlatego zawsze należy zamykać za sobą klapę od śmietnika oraz drzwi od toalety. Na szlaku brak turystycznej infrastruktury, więc wszelkie śmieci wygenerowane po drodze, trzeba nosić ze sobą. Nad Jeziorem Mason znajduje się tabliczka z oznaczeniem toalety wskazującym ścieżkę w górę między drzewa. W rzeczywistości jest to „dzika toaleta” na odkrytym powietrzu i w przypadku chęci skorzystania należy uprzednio krzyknąć z zapytaniem, czy w danej chwili jest wolna 🙂 Po drodze można dwukrotnie uzupełnić zapas wody (dwa razy w tę i dwa razy z powrotem) – raz przy początku szlaku nad potokiem Mason Creek przy drewnianym mostku, potem ponownie z tego samego potoku przy jego ujściu z Jeziora Mason (około 2/3 trasy).

Podczas pobytu w Górach Kaskadowych koło Seattle spaliśmy na kempingu Denny Creek nieopodal opisywanego w tym poście szlaku. Był to kemping prowadzony przez Lasy Państwowe i posiadał minimalne zaplecze (m.in. brak prysznica). Więcej informacji o tym miejscu, jego wyposażeniu oraz radzeniu sobie z brakiem niektórych udogodnień (a także o bezpieczeństwie, wejściówkach, dojeździeinnych szlakach w okolicy itd.) znajdziesz tutaj: Szlaki w Górach Kaskadowych w stanie Waszyngton – informacje praktyczne.

W Duecie po Świecie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s