Trasa Laugavegur i Fimmvorduhals z Landmannalaugar do Skogar

Trasa Laugavegur i Fimmvorduhals z Landmannalaugar do Skogar znajduje się w Islandii i można tam w niecałe 4 dni zaliczyć 4 pory roku. Można też, a nawet trzeba, umoczyć kolano w rwącej rzece oraz w odruchu orientacyjnym patrzeć się jak wół na góry tęczowe albo lodowiec. 

Trasa Laugavegur i Fimmvorduhals w Islandii była dla nas pierwszą kilkudniową wędrówką po górach. To znaczy, że po raz pierwszy tarmosiliśmy ze sobą duże, ciężkie plecaki z biwakowo-spożywczymi tobołami. Debiuty sprawnościowe nie zawsze są łatwe, ale na szczęście wędrowaliśmy w takiej części świata, gdzie tundra, wulkany i lodowce odciągały uwagę od wrzynających się pod pachy szelek plecaka.

Szlak Laugavegur to niezbyt pokaźnej długości średniodystansowiec. Biegnie w południowej Islandii przez interior (wnętrze wyspy) pomiędzy dolinami Landmannalaugar oraz Thorsmork (Þórsmörk). Cała heca liczy 54 kilometry i można ją wydłużyć o przyklejony do Thorsmork szlak Fimmvorduhals prowadzący jeszcze dalej na południe, w kierunku wybrzeża Atlantyku do osady Skógar. Fimmvorduhals to tylko 27 kilosów, ale całość liczy wtedy 81 kilometrów – więc oczywiście, że tam byliśmy, oczywiście, że jak się gramolić w te góry, to raz a dobrze!

Szlaki te wymagają odpowiedniego ekwipunku oraz gotowości do stawiania czoła terenowym i pogodowym trudnościom. Region to przecież na północy, całkiem niedaleko koła podbiegunowego, do tego na Oceanie Atlantyckim i jeszcze wyspa wulkaniczna – jest więc tundra oraz lodowce, zimno, wieje, pada, bo fronty atmosferyczne w natarciu. A pod nogami kamory i popiół wyrzucony spod ziemi. Jakby to kogoś ciągle nie przekonywało, to są jeszcze lodowate rzeki do przejścia w bród gołą łydką, których uniknąć się nie da.

Tradycyjnie szlak Laugavegur dzielony jest na 4 odcinki z czterema noclegami z kolei szlak Fimmvorduhals dzielony jest na 2 fragmenty z dwoma noclegami. Według tego rozkładu przejście obu szlaków jednocześnie powinno zająć 6 dni, ale skróciliśmy sobie ten czas, organizując przebieg trasy po swojemu. I całość zajęła nam 3.5 dnia. Jak to przebiegało? Zapraszamy do relacji i fotorelacji poniżej.

Parametry trasy

DYSTANS: 54 km na szlaku Laugavegur + 27 km na szlaku Fimmvorduhals = 81 kilometrów.

CZAS: rekomendowane 6 dni, w naszej przyspieszonej wersji zajęło 3.5 dnia

NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: okolica chaty Hrafntinnusker na Laugavegur (ok. 1.100 m n.p.m.), kratery Magni (1.100 m n.p.m.) i Móði (1.060 m n.p.m.) na Fimmvorduhals

„Pesymista widzi trudność w każdej okazji, optymista – okazję w każdej trudności” Winston Churchill

Dzień 1. Keflavik Reykjavik Landamannalaugar (autobusami), Landmannalaugar Hrafntinnusker Alftavatn (pieszo). Dystans na szlaku Laugavegur: 24 kilometry

„Ky…”, „Py…”, „Sy…” – mniej więcej od tego rozpoczyna się dzień podróży w islandzki interior, kiedy stoimy na przystanku autobusowym w Keflaviku, a linia nr 55 z lotniska do stolicy nie przyjeżdża na czas. I nie chodzi tu o 5 minut, ale o około 20-minutowe spóźnienie. A przecież trzeba nam w te pędy do Reykjaviku. Bo w Reykjaviku czeka kolejny autobus i też, panie, bilety kupione, i wszystko zaplanowane. Na miejscu zaś okazuje się, że pomimo naszego spóźnienia i tak jeszcze sporo czekamy na kolejnego przewoźnika. „Islandzki film” – chciałoby się rzec, parafrazując określenie na czeską rzeczywistość.

Tak, czy siak – grunt, że jakieś ustrojstwo po nas przyjeżdża. Półterenowy autokar najpierw wiezie po utwardzonych drogach południowo-zachodniej Islandii, a potem telepie nami na szutrówkach oraz przejazdach przez płytkie rzeki. Na szczęście specjalnie długo to nie trwa, bo dalsze plany mamy całkiem szumne – 2 odcinki szlaku Laugavegur pokonać w przeciągu połowy dnia. Niby nic hucznego, ale razem wyjdzie tego jakieś 24 kilometry z tobołem na 4 dni, który to tobół jeszcze w ogóle dobrze nie współpracuje z naszą cielesnością.

Ale tym będziemy martwić się za chwilę. Teraz, około godziny 13.00, jest moment, żeby usiąść na drewnianej palecie na kempingu w dolinie Landmannalaugar i zjeść makaron ze słoika. Dla jednych jest to początek szlaku Laugavegur, dla innych koniec. W powietrzu więc gwarno, językowa wieża Babel z całego świata. Ponadto szeleszczą namiotowe tropiki, kamienie brzęczą pod terenowymi buciorami, warczą silniki terenówek, ludzie popiskują „ach” i „och” jak tylko wysiadają z autobusów.

I nie ma się czemu dziwić, ponieważ od początku zawiewa przygodą. Jest surowo, księżycowo. Dla nieprzyzwyczajonego oka jest też nieprzewidywalnie, bo z jednej strony wielkie kloce lawy, dalej śnieg, gdzieś tam z ziemi bucha para, a te wszystkie kolorowe namioty, softshelle i plandeki na plecakach kojarzą się ze specjalistyczną ekspedycją naukową albo… wioską olimpijską 🙂 – w każdym razie sugerują, że emocji będzie sporo.

Co też jest prawdą od samego startu, bowiem wkrótce nadchodzi moment zakładania na ramiona naszych przerośniętych bałabuchów. Jakieś przekleństwo przewija się zatem w myślach, ale głowa do góry, cyc do przodu i ruszamy przed siebie. A tam na początku są owce. Po skraju kempingu spacerują białe kulki. Zatem od pierwszego spojrzenia jest „tutejszo” – bo i nazwa „Landmannalaugar” typowo islandzka (długie słowo trudne do wymówienia), i widok owiec spacerujących gdzie popadnie charakterystyczny. Ale nie ma się co dziwić w kraju, w którym mieszka zaledwie 350 000 ludzi – o czystość językową trzeba wyjątkowo dbać, a owce są wszędzie, bo jest ich ponad dwa razy więcej niż Islandczyków.

Owcze bobki zostawiamy jednak w dole i wchodzimy na ścieżkę, która od razu pnie się pod górę na pole lawowe. Powulkaniczny krajobraz pokrywają szorstkie kamory przez lata porośnięte porostami. Może to być widok nieco ambiwalentny, bo z jednej strony z pewnością oryginalny i może nawet fascynujący, zaś z drugiej pusty oraz smutnymorze kanciastych kamieni w kolorze ciemnej kupy.

Na szczęście tutejsza lawa spoczywa w szerszym kontekście. Nie sięga po horyzont, ponieważ jest obramowana górami i trzeba przyznać, że trudno oderwać od nich oczy. A wszystko przez to, że nie jesteśmy pewni co do ich koloru. Brązowe, pomarańczowe, miodowe, czy żółte? W gruncie rzeczy jest tam jeszcze coś szarego, zielonego i miejscami różowego, więc z pewnością nie jest to zwykła gra światła, która po prostu stopniowałaby odcienie.

Bogactwo kolorów na stokach to zasługa minerałów o nazwie ryolit, z których zbudowane są otaczające góry. Potocznie mówi się o nich „góry tęczowe”, a w określeniu tym rzeczywiście nie ma żadnej przesady, bo faktycznie przenikają się tam maści przeróżne, które to maści widać gołym okiem. Na dodatek wszystkie wypukłości i żłobienia wyglądają tak nierealnie, że bardziej przypominają malunek farbą olejną niż prawdziwy krajobraz. W takich miejscach jak to uboga islandzka roślinność oraz brak drzew porastających góry stają się wielkim pozytywem, ponieważ nic nie zasłania ukształtowania terenu. Dzięki temu w całej okazałości widzimy tę mozaikę, jak występuje.

Tymczasem: para buch! Drugą okoliczną ciekawostkąkłęby białych wyziewów wypuszczane przez szczeliny w ziemi. To właśnie tym gorącym źródłom nazwę zawdzięcza okolica oraz szlak. „Laugavegur” to inaczej „droga gorących źródeł”, a „Landmannalaugar” to „gorące źródła regionu Landmanna”. Chociaż lokalna lawa zastygła wieki temu, to te geotermalne oczka przypominają, że pod ziemią cały czas wytwarzana jest energia cieplna i zachodzą w niej przeróżne procesy. To trochę wynagradza Islandczykom trudne warunki naturalne na wyspie (m.in. uboga flora i fauna, surowy klimat, ryzyko erupcji wulkanu), bowiem aktywność wulkaniczna z jednej strony utrudnia okoliczności do życia, ale z drugiej zapewnia niskie koszty ogrzewania domów oraz wody.

My tu gadu gadu między jednym a drugim zdjęciem, a tymczasem inny jeszcze kaliber islandzkich osobliwości wytacza się zza gór. Granatowe chmury i wiatr z grubej rury sugerują, żeby przywdziać plandekę na plecak, kaptur na głowę. Po chwili „tęczowe góry” znikają przydymione mleczną zasłoną. I my zaczynamy bujać w obłokach, tyle że smagani po gębach zimną mżawką. Ale jaka to jest mżawka? Sik taki gęsty, że zbiera się w zagłębieniach kurtek, siwo, że świata nie widać, a zad byłby mokry gdyby nie wielki bałabuch przyklejony do pleców. A po pięciu minutach marszu znów wszystko cacy – można zdjąć sztormiaka, można zdjąć pokrowiec. Można usiąść na kamieniu, spokojnie zjeść czekoladę.

I tylko na tyle starcza aury, bo za chwilę rytuał przeciwdeszczowy rekomenduje się do powtórkiciemno wszędzie, szaro wszędzie, mokro będzie w każdym względzie. Taki deszczowy stan utrzymuje się dopóki nie docieramy do pierwszej górskiej chaty Hrafntinnusker. Leży ona na 12. kilometrze szlaku powyżej 1.000 m n.p.m. i często jest miejscem pierwszego noclegu. Równocześnie potrafi być także najbardziej newralgicznym noclegowym punktem ze względu na panujące tu warunki.

Zrozumieć to nietrudno, gdy wędrujemy w połowie lipca, a teren wokół Hrafntinnusker przykrywa gruba warstwa zlodowaciałego śnieguChmury wiszą tuż przed naszymi nosami, słońce jakby zapomniało o tym miejscu, a my suniemy w dół po wyślizganej ścieżce. Lewa noga ucieka na lewo, prawa na prawo, do szpagatu niedaleko. Ręce w pogotowiu, jakby było przypadkiem trzeba lądować telemarkiem. Zimno jak diabli, ociekamy wodą jak zmoknięte kurczaki. Toteż stajemy przy drewnianym stole na kilka łyków herbaty z termosu.

Przy okazji obserwujemy sobie tutejsze pole biwakowe: odciągi znikają w śniegu, deszcz spływa po tropikach, ludzie w popłochu chowają i tak mokre już buty, każdy kto wychodzi z namiotu, gramoli się przez zaspę. My po chwili uciekamy dalej, bo przecież planujemy do wieczora przejść kolejny fragment szlaku. I jednak cieszymy się, że nie musimy wystawiać głów z namiotu na smaganie wiatrem ani deszczem 😀

Człapiemy w dół, potem pod górę przez wielką płachtę śniegu. Dwa kroki do przodu, pół kroku do tyłu – tym razem byłby szpagat podłużny. Na wzniesieniu przeciwległym do schroniska Hrafntinnusker zimy coraz mniej. Ciap, ciap, ciapiemy w roztopowym błocie, wychodzi ciepłe słońce, zatem suszenie w toku. Glajda trochę wciąga, ale zawzięcie brniemy przez tę islandzką ziemię.

Dalej interwały po kamieniach, po kolejnym błocie, po kolejnych śniegach. W lodowatym wietrze i wśród chmur wdrapujemy się na zbocze góry Jökultungur. I to jest, proszę państwa, miejsce spektakularne. Wiśnia na torcie, kumulacja w totolotka. A mówiąc całkiem poważnie – miejsce kumulacji trekkingowych doświadczeń. Widokowych i terenowych. Ale po kolei.

Najpierw przekraczamy pierwszy na trasie potok, który można pokonać w butach przeskakując z kamienia na kamień. Potem w towarzystwie „wmordewind” wspinamy się po stoku, żeby rozpocząć długie zejście z jednym z najbardziej niesamowitych widoków całej trasy. Żwir i kamory obsypują się pod butami, plecy sztywno, żeby przypadkiem plecak targany siłą grawitacji nie przeważył nas zębami w piach.

Ale patrzeć pod nogi opornie, bo oto w oddali spowity chmurami majaczy lodowiec Mýrdalsjökull, a nieco bliżej rozlewa się niebieskie oko Jeziora Alftavatn, do którego chcemy dotrzeć na nocleg. Ze stromej ścieżki mamy tę wyjątkową możliwość, żeby oglądać islandzką ziemię z góry: tj. patrzeć na ukształtowanie terenu i rejestrować każdą wypukłość, każdą nierówność, zagłębienie oraz krawędź, których widzenie umożliwia brak drzew oraz innej wysokiej roślinności.

W międzyczasie chmury rozwidlają się na tyle, że nasz widok dosięga ciepłe słońce. W mig zarządzamy postój, a z plecaków wyjmujemy termos i kanapki na kolację. Siadamy na trawie „łapiąc chwilę”, kiedy te wszystkie linie krajobrazu płynnie lawirują u naszych stóp w plastycznym świetle wieczoru.

Z jedzeniem nie ma co szaleć, bo kilka kromek chleba ma wystarczyć na kolejne dni. Zapychamy się wodą z butelki i chwilę później jesteśmy z powrotem na nogach. Kontynuując zejście docieramy do koryta rzeki Grashagakvísl spływającej z niewielkiego lodowca Kaldaklofsjökull i jest to chwila przełomowa w naszej wędrówce szlakiem Laugvegur, ponieważ musimy przekroczyć rzekę w bród. W tej materii ma to być nasze pierwsze doświadczenie, zatem szum wody zwiastuje pewne podekscytowanie.

Nie ma tu możliwości przeskakiwania z kamienia na kamień, jak powyżej, więc zakładamy obuwie do wody, a buty trekkingowe przywiązujemy do plecaków. Koryto nie jest szerokie, zatem przeprawa wymaga postawienia kilkunastu niezdarnych kroków na nierównych kamieniach w lodowatej wodzie i wartkim nurcie sięgającym nie wyżej niż do kolan. Bardzo zimna rzeka błyskawicznie wzmaga wydzielenie endorfin, tym samym dalszą trasę pokonujemy w doskonałych humorach. Niemal płaska szutrówka doprowadza nas nad brzeg Jeziora Alftavatn, gdzie na brązowej ziemi rozbijamy namiot.

W ostatnich promieniach słońca wiatr nie jest jeszcze mocno dokuczliwy, ale gdy światło słoneczne chowa się najpierw za górami, a późnym wieczorem również pod horyzontem, przejmujące zimno przeszywa powietrze. Zwłaszcza, gdy niecierpliwie drepczemy w kolejce pod prysznic oraz kiedy ów prysznic bierzemy, a całe ciepło ucieka przez szerokie szpary w nieszczelnym pomieszczeniu. Gdy wracamy do namiotu, niebo jest już blade, zawieszone między szarością a błękitem, z przebłyskami równie bladego różu pozostałego po zachodzie słońca.

To nic innego jak początek subarktycznej letniej nocy, kiedy nie zapada całkowita ciemność, bo słońce jest wciąż blisko, schowane ledwie kawałek za horyzontem. W związku z czym jego światło ciągle oświetla ziemię, tak jak dzieje się to na pół godziny przed świtem. Nie ma co marudzić, nos w śpiwór i dobranoc!

Dzień 2. Alftavatn HvannagilEmstrur / Botnar. Dystans na szlaku Laugavegur: 16 kilometrów

Biała noc po niemal całym dniu na świeżym powietrzu mija szybko. Poranek jest pogodny, pełne słońce. Wokół słychać szczęk namiotowych śledzi oraz trzepotanie zwijanych tropików i powiewającej islandzkiej flagi. Mieszanina języków islandzkiego, hiszpańskiego, niemieckiego, angielskiego japońskiego i polskiego sprawiają, że w porze śniadania schronisko Alftavatn to miejsce pełne życia, ale już na szlaku wszystkie te grupki, samotnicy lub duety piechurów rozpraszają się wśród kolejnych zakamarków terenu.

Dzień wędrówki przypada rozpocząć od przemierzenia w bród dość płytkiego i spokojnego strumienia. Dopiero, co ubieraliśmy się okrakiem w namiocie, a to znowu trzeba zdjąć lewą skarpetę, prawą w sumie też by się przydało. Woda powyżej kostki, więc w opakowaniu zbyt dobrze by się to nie potoczyło.

Przedostajemy się do zielonej doliny, gdzie surowa tundra bardziej przypomina alpejską łąkę. Miękka trawa i mech, nitka niebieskiej wody, gdzieniegdzie białe kwiaty przypominają góry Środkowej Europy, za którą często w islandzkiej codzienności tęsknimy. Wkrótce jednak ścieżka trafia nad brzeg rzeki Bratthálskvísl i przywraca nas do pionu.

Dłuższą chwilę zajmuje oszacowanie najbardziej rozsądnej strategii przejścia na drugą stronę. Ostatecznie wybieramy opcję przeprawienia się w najszerszym miejscu, gdzie nurt rzeki jest nieco słabszy i tym samym bezpieczniejszy. Ponownie zmieniamy obuwie i po kolei wchodzimy do lodowatej wody wydłużając nieco drogę poprzez przemierzanie rzeki z prądem, lekko po skosie. Schłodzeni i jednocześnie ożywieni wspinamy się na wzgórze, skąd ścieżka zbiega w dół do schroniska Hvannagil (alternatywa dla noclegu nad Alftavatn).

Robimy tam krótką przerwę na przekąskę, a w schroniskowym sklepiku kupujemy najdroższego w życiu Twixa oraz równie nieprzyzwoicie wycenioną paczuszkę owsianki z żurawiną. Kwota w przeliczeniu na polski pieniądz jest na tyle zawrotna, że wydaną sumę bardzo szybko spychamy w głęboką czeluść podświadomości – tylko hipnoza pomoże 😀

Tymczasem docieramy do następnej przeprawy przez rzekę. Tym razem wygodnie, bez gimnastyki, po drewnianym mostku. A zaraz za nim kolejne zjawisko cywilizacji – skrzyżowanie szutrowych dróg dla pojazdów terenowych poruszających się w interiorze. Ruch tam znikomy, przejście dla pieszych zbędne. Ale głowa w lewo, potem w prawo, potem jeszcze raz w lewo – jak pani uczyła w szkole i idziemy przed siebie.

Nieco dalej na wprost nas znowu kotłują się ludziska. To kolejna tego dnia rzeka (tym razem o nazwie Blafjallakvisl) powoduje spowolnienie ruchu na szlaku. Jedni właśnie gramolą się na drugi brzeg, inni obmyślają trasę przejścia, ktoś zdejmuje skarpety, gdy obok kolejni ze wzdrygnięciem ciała dokonują premierowego zanurzenia stopy w lodowatej wodzie. Już po chwili sami dołączamy do tej zabawnej scenki, w której każdy „walczy” o „przetrwanie” w środku nurtu balansując gdzieś pomiędzy utrzymaniem równowagi, a minimalizowaniem nieprzyjemnych odczuć jakich dostarczają kłujące kamienie, lodowata woda, ciężar plecaka oraz prędkość rzeki.

Zaraz potem krajobraz islandzkiego interioru znów nabiera nowej jakości. Jeśli do tej pory w okolicach roślinności było niewiele – to teraz jest ona na wyginięciu. Kępy traw sukcesywnie znikają. Odkrywają szarą albo brązową ziemię, aż zostają tylko pojedyncze wysepki ledwo widoczne na pierwszy rzut oka. O dziwo, rosną tam tundrowe kwiaty, co wyraźnie dziwi w tym jałowym terenie.

Piach i gołe góry w kolorze kupy ciągną się przez kilka żmudnych kilometrów. A jest żmudnie, bo „wmordewind” przy okazji porywa trochę kurzu i równocześnie okazuje się być „wmordepiach„. Chowamy oczy pod głębokimi kapturami kurtek, ale niewygodnie, bo gorąco. No i nie mamy gdzie  się ukryć przed tą piaskową burzą. Chyba, że za kamieniem? Szukamy więc kamienia, choć niełatwo i o niego, ponieważ chodzi przecież o taki pokaźny, który zasłoni nasze obie sztuki. Ale gdy już znajdujemy, to jest naprawdę cacy, bo mieszczą się dwie sztuki, dwa plecaki oraz kuchenka turystyczna gotująca wodę na liofilizowany obiad. Puree z wołowiną i dodatkiem burzy piaskowej wychodzi całkiem nieźle.

Wleczemy się w tym monotonnym krajobrazie, a za każdym zakrętem, za każdym wzniesieniem wypatrujemy schroniska Emstrur / Botnar, gdzie mamy zamiar spać. Przy czym położenie tego delikwenta jest dla nas wielką niewiadomą – mamy nadzieję na zmianę krajobrazu, żeby nie musieć nocować w takim jałowym terenie, gdzie piasek chamsko wpycha Ci się do herbaty.

Odpowiedź ujawnia się dosyć niespodziewanie w obniżeniu terenu. Na ten widok czekała też chyba towarzysząca nam gromada Azjatów, bo nagle ruszają z kopyta. Pędzimy i my, bo kemping ciasny, wzdłuż cienkiego strumyka wyznaczony, większość miejsc pozajmowana. Na dodatek teren to niełatwy, bo z tendencją do galopu w dół, zatem każdy skrawek płaskości tyle bezcenny, co rzadki.

Cóż począć? Rozglądamy się do ostatnich metrów i właśnie na ostatnich metrach zajmujemy jeden z ostatnich wolnych skrawków terenu. Mamy jeszcze chwilę, żeby swobodnie postawić namiot, ale wkrótce robi się coraz ciaśniej i ciaśniej, że gdyby nie odciągi tropików, to ludzie spaliby ściana w ścianę z sąsiadami. Jednak grunt, że chałupa postawiona. To, że my w dole, a toaleta na wysokościach? Trudno. To, że zawiewa ziąb z lodowca Mýrdalsjökull prosto w głowę, a paluchy zgrabiałe? Trudno. To, że w kolejce pod prysznic pół godziny, a pod prysznicem lodówka? Trudno. To, że trawa i kwiaty nad strumykiem na tej czarnej ziemi? Bardzo dobrze.

Dzień 3. Emstrur / BotnarLangidalur. Dystans na szlaku Laugavegur: 14 kilometrów. LangidalurBasar. Dystans na szlaku Fimmvorduhals: około 2 kilometry

Rankiem jedzą, piją, telepią się. Przenikliwy chłód spod czapy lodowca Mýrdalsjökull przeciska się przez każdą połę nieszczelnego ubrania. Wokół  zaś gwarno, tłoczno, ruch jak w Rzymie. Każdy zwija klamoty, prędko gramoli się pod górkę i teren szybko pustoszeje. A wszystkiemu przyglądają się dwa islandzkie barany, które legły sobie na przeciwnym brzegu strumienia na tej czarnej ziemi. Ich widok przypomina nam, że owce na tej wyspie są naprawdę niemal wszędzie, nawet w tym regionie, gdzie przez wiele kilometrów można skubnąć tylko porost. Tutaj zaś nad potokiem raj na ziemi – różnorodność w wyborze zieleniny, więc nic dziwnego, że miejsce to wybrały na pośniadaniowe leżakowanie.

Tego dnia wędrówkę rozpoczynamy od podejścia na czarne, pustynne wzgórze. Surowość krajobrazu podkreśla rażący w oczy śnieg oblepiający górne partie lodowca Mýrdalsjökull. Ten jałowy teren bardzo łatwo wywołuje wrażenie, że wokół zupełnie nic się nie dzieje, jednak to tylko wzrokowo-słuchowe złudzenie. Pod czapą lodowca znajduje się kaldera czynnego wulkanu Katla, który wybucha mniej więcej 1-2 razy na każde sto lat.

Ostatnia erupcja miała miejsce w 1918 roku, a informacyjne tablice na szlaku opowiadają o procedurze postępowania w przypadku spodziewanego wybuchu. Tym samym próbujemy wyobrazić sobie, jak pewnego dnia ten z pozoru obumarły krajobraz przeszyje świst rac oraz rozbłysk rakiet ostrzegających przed niebezpieczeństwem, a turyści zejdą ze szlaku, żeby przedostać się w jak najwyższe partie zboczy. Erupcja uwolni magmę, ale jednocześnie stopi lód oraz śnieg z lodowca, co prawdopodobnie wywoła powódź.

Póki co z dala od naturalnych kataklizmów maszerujemy w ciemnobrązowym piachu. Bardzo strome zejście doprowadza do skalistego kanionu rzeki Emstrua. Wąski mostek przerzucony nad wodą oraz wąska ścieżka ubezpieczona łańcuchami spowalniają ruch na szlaku, więc dołączamy do innych piechurów. Przez następne kilkaset metrów idziemy tak w wielojęzykowej kanonadzie, która na moment znosi odczucie pustki w krajobrazie. Kiedy jednak szyk turystów formuje się na nowo, jedynym towarzyszem drogi ponownie staje się przyroda.

Ten dzień trekkingu mija z nieprzerwanym widokiem na czapę lodowca, ale to jedyna stała w okolicy. Otoczenie bowiem znowu ulega transformacji. Jedno ze wzgórz daje pogląd na dalszą część trasy, a tam zaczyna się zielenina. Z całą pewnością możemy powiedzieć więc: „papa uboga, czarna ziemio” – przynajmniej na jakiś czas. I też zaraz po drodze dostrzegamy przyrodnicze przemiany. Pojawiają się pojedyncze stanowiska kwiatów, a reszta też idzie jak po sznurku. Były poduszki mchu – teraz są kępki trawy, były kępki trawy – dalej są całe płaty. Kwiatów też coraz więcej, a później to nawet i krzaki, panie, rosną przy szlaku.

Zanim jednak na dobre wkroczymy w ten urodzaj, robimy jeszcze przerwę na kanapkę z konserwą. A potem jest już tylko bardziej żyźnie, dla oczu przyjemniej i coraz ciekawiej. Śnieg na lodowcu już nie współgra z surową ciemną pustynią, zamiast tego jest kontrastem dla zielonych wiechci. I trzeba przyznać, że widok to całkiem przedni. A 2 dni temu na zboczu Jökultungur błądziliśmy wzrokiem gdzieś daleko, przy lodowcu Mýrdalsjökull właśnie. Miło to sobie wyobrazić, że 30 kilometrów temu patrzyliśmy tam, gdzie jesteśmy teraz, chociaż wtedy podnóże góry wyglądało bardzo odlegle.

Dalej szlak tarmosi nas na wichrowe wzgórze, gdzie warto przywdziać dodatkową płachtę. Oczywiście, że wieje przy tym prosto w twarz, zatem tempo niezbyt widowiskowe, na dodatek od kilku kilometrów Kamil skarży się na mocno obcierające buty. Człap, człap, idziemy dalej, ale wyraz twarzy mówi sam za siebie: „jakby było można, to ja bym się wypisał” 😀 Do tego plecaki niby lżejsze, bo coraz mniej prowiantu, a tutaj obciera z lewej, z prawej się wżyna, ramiona bolą, szyja sztywna – coś jest nie tak.

Człapiemy dalej. Dalej jest z górki do rzeki Thronga na kąpanie łydek. Więc znowu rytuał powodziowy w toku: buty, skarpety do plecaka, nogawki w górę, obuwie do wody przywdziej, plecak narzuć, podłoże pod stopą ostrożnie wybadaj zanim postawić krok zdecydujesz. I oczywiście, jak to już bywało, ładuj się w szersze koryto, gdzie bardziej płytko i nurt spokojniejszy.

Toteż ładujemy się na drugi brzeg. Widać trafiamy o popularnej dla przepraw nienormatywnych porze, bo ludzi tam pełno, wielkie bałabuchy leżą przetransportowane po obu stronach rzeki. Tuż przed nami maszeruje duża zorganizowana grupa, którą nijak możemy wyprzedzić na wąskiej ścieżce. Objazdem zaś się nie da, bo wkoło szlaku rosną gęste krzaki, a nawet drzewa. Po chwili orientujemy się, że zagłębiamy się w najprawdziwszy las. Może niezbyt wysoki, ale soczyście zielony oraz gęsty. A to w tym kraju zdarza się bardzo rzadko, zatem mamy spory powód do uciechy. Już nawet ślamazarna grupa turystów mało co przeszkadza, bo sami chcemy być w tym lesie jak najdłużej.

Jesteśmy już w dolinie Thorsmork (dolinie Thora, nordyckiego boga), a to oznacza, że po przemierzeniu tego zielonego wzgórza nad rzeką Thronga, schodzimy w dół do ostatniego schroniska na szlaku Laugavegur. Kemping Langidalur jest tu pięknie położony w trawie i drzewach, ale że godzina ciągle przyzwoita, to nie zamierzamy tam spać. Przed nami cały szlak Fimmvorduhals do przejścia, więc te 27 kilometrów planowane na jutro chcemy sobie skrócić, docierając na nocleg do schroniska Basar położonego 2 kilometry dalej.

I tak też czynimy. W miejscowym sklepiku otwieranym 2 razy dziennie po pół godziny kupujemy sobie przekąskę w nagrodę za przejście Laugavegur. Opuszczając teren kempingu opuszczamy ten szlak i podążamy kamienistym korytem rzeki Krossá w dalszą drogę. Ale to jest już szlak Fimmvorduhals, czyli ostatni etap bieżącej trekkingowej włóczęgi.

Dwa kilometry w monotonnych kamieniach ciągną się w nieskończoność, a do tego trudno ocenić w danej chwili ile już przeszliśmy oraz ile jeszcze zostało – wszystko wkoło wygląda tak samo, a koryto rzeki wydaje się być proste jak strzała. Punktem orientacyjnym okazuje się mobilny most, przez który przechodzimy na drugi brzeg. Stamtąd jest już niedaleko do naszego schroniska, które wita informacją, że znajdujemy się w Goðalandkrainie bogów.

Kemping Basar okazuje się być zielony i rozległy. Pełno tam drzew, a w gałęziach fruwają ptaki – czy my na pewno jesteśmy w Islandii? Szybko znajdujemy dla siebie ładnie położoną parcelę. A właściwie to każda tutaj jest ładna – odgrodzona od innych krzakami, a namiot można postawić na trawie. Dom nasz staje zatem błyskawicznie. Wrzucamy klamoty do sypialni, maty nadmuchane, śpiwory rozłożone, odzież noclegowa czeka w pogotowiu. Łapiemy ręczniki i pędzimy pod prysznic, żeby jak najszybciej gotować kolację na naszej turystycznej kuchence w naszym przytulnym namiocie. Tutaj naprawdę chce się być.

Dzień 4. BasarBaldvinsskaliSkógar. Dystans na szlaku Fimmvorduhals: 25 kilometrów

Rankiem budzik wyrywa nas ze snu. Pięknie tu jest, ale nie czas na wzdychanie do drzewa – trzeba sprawnie zwijać klamoty, sprawnie spakować bałabuchy. Przed nami długi dzień i szybko wyprawiamy się na spotkanie z zakamarkami Goðaland.

Już po wspinaczce do pierwszego punktu widokowego nie dziwi fakt, że teren został nazwany krainą bogów. Stoimy i patrzymy, bo jest bogato, jest zielono, urodzajnie. Góry porośnięte drzewami to w islandzkiej skali ogromna rzadkość, więc zdaje się, że ta okolica została honorowo wyróżniona przez klimat, podłoże itd. Tym samym tworzy się tu widokowy eden, który też nie jest podobny do żadnego innego z widzianych na wyspie typów krajobrazu.

Przed oczami spotyka się tu zieleń z niewyrobionymi skałami oraz rzeki na kamienistym dnie. Cieni, odcieni i składowych tego widoku jest bez liku, że dokładna analiza danych mogłaby zająć czas do popołudnia – jeśli ktoś tak jak my lubi siedzieć i się gapić. Tyle czasu jednak nie mamy, więc zadowalamy się odczuciem przestrzeni podczas gramolenia się na kolejne przewyższenia terenu.

A tam wyżej pełno trawy i porostów, ale zieleń ciągle bije po oczach, w dalszym ciągu solidnie pokrywa te wszystkie skomplikowane konfiguracje skalne. Przechodzimy po wąskim grzbiecie z ekspozycją i następnie praktykując niewielki scrambling (prymitywna wspinaczka) tarabanimy się na bardziej regularne wzniesienie.

Prawa, lewa, prawa, lewa, docieramy do nieprzyzwoicie islandzkiego punktu widokowego. Oto skały czarne wulkaniczne zwieńczone śniegiem Mýrdalsjökull. Niżej rzeki lodowcowe w swoich siwych korytach spływają w tundrę. Walczy więc życie z nieżyciem, robimy sesję zdjęciową, przyłącza się zorganizowana grupa turystów z przewodnikiem.

Jesteśmy już około 600 m n.p.m, czyli jakieś 300 metrów powyżej kempingu Basar. Tym samym za plecami osiągamy widok na dolinę rzeki Krossá, która wczoraj towarzyszyła nam w drodze na nocleg i przeciwległe wzgórza Thorsmork. Ale nas rwie już do przodu, bo widzimy jak szlak bardzo stromo wspina się dalej. Ów stromizna okazuje się podejściem na płaskowyż Morinsheiði, na którym zatrzymujemy się na ciastka, czekoladę i herbatę. „Hello! Hello!” – rozlega się w międzyczasie w powietrzu, kiedy doganiają nas oraz wyprzedzająznajomiz sesji zdjęciowej. Przy okazji dopytują, czy nie chcemy kolejnych zdjęć, bo jakby co, to oni mogą nam pstryknąć 🙂

Z powrotem zakładamy plecaki, na powrót ciąży dziadostwo w dół, kamilowe buty ciągle obcierają, ale idziemy. Leziemy po kamieniach na płaskowyżu, na lewo znowu jeden z jęzorów Mýrdalsjökull. My tu szuru-buru buciorami po gruncie, a stamtąd nagle słychać huk. To pod warstwą śniegu pęka lód, a przez to my stajemy się świadkami powstawania szczeliny w lodowcu. Na chwilę zamieramy, bo echo tego dźwięku jest niezwyczajne, a świadomość bycia słuchaczem takich przyrodniczych zdarzeń robi nam gęsią skórę na rękach.

Niebawem docieramy do skraju płaskowyżu, a ścieżka zbiega w dół i szlak prowadzi po siodle Heljarkambur do kolejnego wzniesienia. To następny widokowy punkt na trasie Fimmvorduhals, bowiem z prawej strony wzrok przyciąga strome obniżenie terenu. Luka w przestrzeni odsłania kształt gór, które znowu tylko gdzieniegdzie pokrytemchem albo porostami. I znowu wyglądają przy tym nierealnie – bardziej jak ciapy farbą olejną niż namacalna rzeczywistość.

Tak czy inaczej wdrapujemy się na wzniesienie. Jest stromo, grząsko, są łańcuchy, jest zabawa. Tym bardziej, że doganiamy anglojęzyczną wycieczkę, i ponownie pstrykamy im zdjęcia. Do tego przewodnik pyta, czy jesteśmy Rosjanami 😀 Rozmawiamy potem o języku i tłumaczymy, że rosyjski i polski to ta sama słowiańska rodzina językowa, więc brzmieniowo mogą być podobne. Z opowieści snutych swoim turystom wyodrębniamy informację, że punkt kulminacyjny szlaku Fimmvorduhals, czyli Przełęcz Fimmvorduhals (przełęcz pięciu kopców) znajduje się niedaleko, gdzieś za wzniesieniem. Strzyżemy uszami z zadowolenia, bo to będzie oznaczało, że większość podejść tej wędrówki za nami.

Na razie idziemy w górę obchodząc po stoku jakiś bezimienny szczyt. Wchodzimy w chmury i następuje błyskawiczna zmiana otoczenia. Biało, mglisto, zimno. Rozgrzani podejściem szybko ulegamy chłodzeniu. Paluchy znowu zgrabiałe. Śnieg leży płatami, gdzieniegdzie wystają gołe płachty czarnego gruntu.

Zaczynamy iść w tym czarno-białym kadrze po wydeptanych śladach, chcąc nie chcąc człapiąc za naszą „przyszywanąwycieczką. Przewodnik ma na tyle swobodne podejście, że jeszcze za jeden uśmiech wskazuje nam dalszą trasę, po czym turyści oddalają się w nieco innym kierunku. My tymczasem przyglądamy się czarnej ziemi i kamieniom, które wyglądają jak tolkienowski Mordor.

I nic w tym dziwnego, ponieważ znajdujemy się gdzieś pomiędzy dwoma lodowcami i zarazem dwoma aktywnymi wulkanamiKatlą pod lodowcem Mýrdalsjökull oraz Eyjafjallajökull pod lodowcem o tej samie nazwie. Śnieg i czarna ziemia doskonale obrazują te wyjątkowe duety i przy okazji są efektami ich aktywnościchłodzenia oraz wyrzucania na zewnątrz tego i owego. Przy czym wulkan Eyjafjallajökull miał okazję wybuchnąć w 2010 roku, więc materiał piroklastyczny jest tu świeżej daty. Zatem bardzo wyrazisty, a zarazem bardzo wyraziście sugeruje ciemną stronę mocy – toż to ciągle martwa strefa, na której nic nie zdążyło wyrosnąć.

A z ciekawostek, to Eyjafjallajökull okazał się strasznym zadymiarzem, ponieważ zakopcił część kontynentalnej Europy wstrzymując ruch lotniczy. Poza tym, mało kto z reszty świata potrafi przeczytać jego nazwę – z wyjątkiem Chucka Norrisa – który według głupkowatych dowcipów ponoć umie zrobić to również od tyłu 😀

Ale wracając do naszego trekkingu – teoretycznie więc w okolicy nic nie ma oprócz ziemi oraz śniegu. Praktycznie natomiast jest to miejsce fascynujące, ponieważ dreptamy po nowej, młodej ziemi. Co więcej, po raz pierwszy w życiu na własne oczy widzimy zastygłą magmę, która jest nie tylko szara, brązowa, czy czarna – bo jest  też różowa i czerwona.

To daje kopniaka ciekawości, więc żwawo szuramy buciorami po kamieniach, aż wdrapujemy się na najmłodsze góry Islandii – zaledwie ośmioletnie (w momencie trekkingu) kopce, które uformowały się podczas erupcji w 2010 roku jako mniejsze kratery wypluwające lawę. Magni (ok. 1.100 m n.p.m.) oraz Móði (ok. 1.060 m n.p.m.), bo takie odziedziczyły imiona po synach boga Thora z mitologii nordyckiej, to zatem różowo-szare usypiska, na których stajesz i kompletnie nie wiesz, co powiedzieć. Nawet coś tak niewzruszonego jak góry podlega zmianom.

W całym tym zaabsorbowaniu na chwilę zapominamy o własnym z zimna dygocie. Grubiej ubrać się nie możemy, bo wszystkie możliwe warstwy już na nas leżą. W tym czapka, kaptur, rękawiczki. Nie pozostaje zatem nic innego, jak rozgrzać się od środka herbatą i dostarczyć energię z pożywienia. Tylko gdzie tego dokonać? Z lewej śnieg, z prawej śnieg, od zadniej wieje. Dawaj więc tu i teraz przy ścieżce, a plecaki niech naszą osłoną przeciwwiatrową będą! 🙂

I są. Pomoc to niewielka, bo zawiewani z tej oraz z tamtej i tak telepiemy się z zimna, ale przynajmniej jest podpórka pod plecy 🙂 No i jako takie warunki poziome na kolanach, żeby zrobić sobie kanapkę. Wybór to zatem niewygodny, ale całkiem do rzeczy, kiedy tak wodzimy wzrokiem po okolicy. Póki co, nie zapowiada się na redukcję ilości śniegu, a dalej wleczemy się po nim interwałowo – więc spowolnienie w ruchu gotowe.

Przy czym hamowanie następuje nawet na zejściach, bo stromo i jeszcze trakty wyślizgane. Zjazdy na zacnej części ciała, śnieg w butach, mokre zadki, obite poślady wiszą więc groźbą w powietrzu. Z lepszych wieści – wkrótce całkowicie wychodzimy z zasięgu chmur, a słońce świeci na pogodnym niebie. Tylko, żeby nie było zbyt kolorowo, to świeci na tyle mocno, że śnieg razi po oczach oraz grzeje w japy, głowy, łapy i co my tam jeszcze mamy.

Rzucamy to w niepamięć chociaż na chwilę, bo w międzyczasie lekko w oddali zauważamy chatę dla turystów Fimmvorduhals, a to oznacza, że wreszcie jesteśmy przy Przełęczy Fimmvorduhals. A tam z kolei doznajemy iluminacji, kiedy oczy nasze sięgają daleko po horyzont – widać ląd i ocean aż po widnokrąg. Oczywiście, że pojawia się myśl z serii: „nooo… teraz już będzie z górki”, ale bardzo szybko zostaje zdefraudowana, bo interwałów ciąg dalszy.

Tak naprawdę to wyglądamy końca śniegu, podejścia same w sobie ani nas ziębią, ani parzą. Wyczekiwany moment nadchodzi gdzieś w okolicy schronu Baldvinsskali i z radości niemal biegniemy w tej ślizgawce w jego stronę 🙂 Poza tym jest tam toaleta, do której również chętnie biegniemy.

Zostajemy sam na sam z kamieniami, widokiem na Atlantyk oraz rażącym, ostrym słońcem. Zdaje się, że będzie łatwo, ale nie jest. Droga dłuży się nieziemsko, bo cały czas w zasięgu wzroku tkwi wybrzeże wyspy, które wcale się nie przybliża. Buty obcierają, a słońce grzeje w jadaczki, że po kilkudziesięciu minutach gęby stają się różowe, a my co kilkanaście minut suche usta smarujemy kremem. Idziemy przecież na południe, prosto w stronę słońca

Przez sporą część trasy człapiemy wzdłuż koryta rzeki Skóga, która spływa z gór rzeźbiąc sobie wąwóz i tworząc liczne kaskady. Od czasu do czasu mamy więc ładny widok na wodospady, a do tego robi się zielono. Ale prawda jest taka, że jesteśmy tego dnia zmęczeni. Trochę wytarmoszeni podejściami po śniegu, nieco pomajtani wietrzyskiem, a teraz na koniec podgrzani słońcem jak parówki w piekarniku.

W ostatnim akcie desperacji zatrzymujemy się na liofilizowaną obiado-kolację, która miała zaczekać do momentu dotarcia na kemping. Ale mocy potrzebujemy tu i teraz, więc znajdujemy kawałek cienia na trawie i z widokiem na rzekę wyciągamy kopyta, gotujemy wodę, wciągamy makaron.

Potem na szlaku przybywa coraz więcej ludzi. Są to popołudniowi turyści, którzy przyjechali nad wodospad Skógafoss i przy słonecznej pogodzie postanowili przejść się w górę rzeki. Dla nas to dobry zwiastun, bo oznacza, że niedługo dotrzemy do celu wędrówki. Skógafoss to bowiem początek lub kraniec turystycznego szlaku, a więc dla nas koniec trasy Fimmvorduhals.

Jednak zanim to nastąpi, my jeszcze trochę postękamy na obcierające obuwie, werżniętą szelkę plecaka i piekącą mordę 🙂 Niedaleko mety Karolina zjeżdża zadkiem po błocie i tacy oto pokiereszowani, brudni i czerwoni jak buraki dostrzegamy zadymę pary unoszącą się znad Skógafoss. Pas południowego wybrzeża Islandii staje się wyraźny i wreszcie możemy powiedzieć, że nieco się przybliżył 😉

Jesteśmy skapciali i jakoś tak nie bardzo wystarcza energii na zewnętrzne podrygi radości. Schodzimy po schodach dla turystów w dół wodospadu i na kempingu w Skógar umordowani rozbijamy namiot. Ale my wiemy, że w środku jest radość najwyższa, bo przecież właśnie przeczłapaliśmy 81 kilometrów z ciężkimi plecakami wrzynającymi się pod pachy. Mamy spalone nosy, piekące mordy, bolą nas plecy i kark, i obtarcia na stopach, i na mecie nie mieliśmy siły się uśmiechnąć, ale przecież w środku cali skaczemy, a po drodze śmialiśmy się całymi sobą i szliśmy dalej.

A wesołość tym większa następnego poranka, kiedy budzi nas deszcz uderzający o tropik. Chmurami zaciągnięte całe niebo – tu w Skógar, jak i podczas całej trasy powrotnej autokarem do Reykjaviku. Gdyby być bardziej ślamazarnym i bieżący dzień również musieć spędzić na szlaku, bylibyśmy mokrzy jak kury – nasuwa się wniosek, gdy drapiemy się w autobusie po spalonych nosach… 🙂

Więcej o planowaniu wędrówki przeczytasz we wpisie: → Szlak Laugavegur i Fimmvorduhals. Informacje praktyczne

Więcej o noclegach na szlakach znajdziesz w tym poście: → Noclegi na szlaku Laugavegur i Fimmvorduhals

W Duecie po Świecie

Reklama

2 uwagi do wpisu “Trasa Laugavegur i Fimmvorduhals z Landmannalaugar do Skogar

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s