Szwajcaria rowerem – alpejskie klimaty

Szwajcaria rowerem – alpejskie klimaty

Jest i Szwajcaria, a wraz z nią obłęd w oczach w obecności surowych alpejskich krajobrazów we wschodniej części kraju. Tym razem wjeżdżamy tylko na chwilę, tylko tranzytem, żeby przedostać się do Włoch jak najbliżej przełęczy Passo dello Stelvio. Ale po włoskim etapie jeszcze do Szwajcarii wrócimy!

Opisana podróż była częścią długiej wyprawy rowerowej przez kraje Środkowej i Zachodniej Europy (więcej → EUROTRIP i posty o poszczególnych krajach, do których odnośniki znajdują się poniżej, na osi wyprawy).

OŚ WYPRAWY:

POLSKA → NIEMCY I → CZECHY → SŁOWACJA → WĘGRY I → RUMUNIA → SERBIA → WĘGRY II → SŁOWACJA II → AUSTRIA → SZWAJCARIA I → WŁOCHY → SZWAJCARIA II → FRANCJA I → HISZPANIA → FRANCJA II → NIEMCY II → POLSKA

Surowe Alpy nad rzeką Inn

„W konfrontacji strumienia ze skałą, strumień zawsze wygrywa – nie przez swoją siłę, ale przez wytrwałość” Budda

Szwajcaria, 22-24.08.2016 (84-86 dzień wyprawy)

Przy austriacko-szwajcarskiej granicy w rzeźbie terenu dominowały skały. Droga biegła w wąwozie otoczonym drzewami, tuż obok płynęła górska rzeka. Samochodów było niewiele, dlatego wyraźnie dosięgał nas szum wody i wiatr pałętający się od zbocza do zbocza.

Droga zawijała się lekko pod górę i była naprawdę malownicza. Aż chciało się zatrzymać, żeby zjeść coś z widokiem na koryto niebieskiej Inn. A co zresztą zrobiliśmy – na poboczu drogi, pod skałą.

Potem minęliśmy pierwszą szwajcarską wioskę, a szlak zrównał się z poziomem rzeki. Zobaczyliśmy wielkie kamienie nad wodą. W sam raz do zasiedzenia przez rowerową pieluchę 🙂 Pomimo, że przerwa i jedzenie były już chwilę wcześniej, postanowiliśmy zrobić jeszcze jedną w ulepszonych warunkach. Zejść do tych wielkich kamieni i wyciągnąć z sakwy paczkę ciastek.

Rozpusta rozpustą, ale przejmujący wiatr tarmosił trawę i rząd drzew po drugiej stronie rzeki. Jednocześnie świeciło ostre słońce, które nagrzewało skórę i opalało nosy. Patrzyliśmy na białe albo popielate kamienie obmywane przez Inn. Kształt wielu z nich był okrągły lub owalny, wyrzeźbiony przez wiele tygodni, miesięcy, lat płynącej wody.

Aj, umyłoby się w rzece, posadziło zady tak naprawdę beztrosko na tych dziejowych kamieniach. Nacieszyło w spokoju tym miejscem, wiedząc, że za nami stoi namiot i po zachodzie słońca można uciec od zimnego wiatru do ciepłego śpiwora!

Otoczenie od dłuższego czasu przywoływało nasze myśli, więc poddaliśmy się temu i w ten sposób od patrzenia na rzekę, przez siedzenie nad rzeką, przeszliśmy (a dokładniej: przejechaliśmy) do siedzenia w rzece 🙂 A było to siedzenie dość spektakularne, ponieważ Karolina postanowiła umyć włosy na płyciźnie 😀 Potem było jeszcze golenie nóg, ale w sumie nie ma o czym mówić, bo to już nie wymagało specjalnych umiejętności.

Ostre słońce i mocny wiatr wysuszyły nas bardzo szybko. Tak jak chcieliśmy – siedzieliśmy nad wodą, w wodzie i przy wodzie. Mieliśmy święty spokój, bo szlak rowerowy oraz drogę zostawiliśmy po drugiej stronie rzeki, a oprócz niej dzieliło nas pasmo gęstej zieleni. Od dróżki, którą tu przyjechaliśmy odgradzały nas pokrzywy, powalone pnie drzew, spróchniałe kory i mrówki. Z kolei za plecami już czekał namiot, żeby nas przygarnąć, kiedy nadejdzie ten spodziewany moment wieczornego, alpejskiego telepania 🙂

Zbyt długo na to nie czekaliśmy, bo dolina była wąska, ciasno otoczona górami. Toteż słońce wcześnie schowało się za wierzchołki, a te rzucały coraz szersze cienie. Wkrótce z przyrodniczych doznań pozostały jedynie powiewy zimna na całkiem gołej, bo przecież idealnie ogolonej łydce! (na tych męskich, owłosionych było zresztą podobnie) 🙂

W namiocie makaronowe obżarstwo plus austriacki sznaps śliwkowy. Później zaś: dobranoc – śpiwory na noc. W środku było ciepło, bo przespaliśmy ją bez zakłóceń, ale rankiem po opuszczeniu ochronnych kokonów ponownie nastąpił dygot. I to taki, że zakładaliśmy ciepłe rękawiczki z pełnymi palcami. Do tego klata okutana w kilka warstw i oczywiście ciepła herbata, a śniadanie w namiocie zamkniętym na cztery spusty (czyli dwa zamki ma się rozumieć).

Pokłóciliśmy się trochę, przybiliśmy piątkę i pojechaliśmy dalej w trasę. Szlak Innradweg (na który wjechaliśmy w Austrii) zaprowadził nas w szuter i kamienie. Obłe, śliskie bestie, które mocno utrudniały jazdę w górzystym terenie ochrzciliśmy całą masą nieprzyzwoitych epitetów. Po dwóch godzinach drogi przejechaliśmy zaledwie 19 kilometrów. Byliśmy rozczarowani tą szwajcarską nie-solidnością, ale z drugiej strony otoczenie było przepiękne… Zielony las, pagóry i cisza (zakłócana przekleństwami). Decyzja była jednak jednogłośna i bezdyskusyjna – wkrótce zjeżdżamy ze szlaku.

Dotarliśmy do miejscowości Scuol, gdzie zjedliśmy drugie śniadanie. Siedzieliśmy na ławce w cieniu, w otoczeniu wiekowych zdobionych domów z malutkimi szybami wciśniętymi w białe mury. Znad dachów wyrastały Alpy, a naprzeciwko nas zgraja młodzieży z domu dziecka darła się wniebogłosy, wygłupiając się przy otwartych oknach swoich pokojów. Gdyby nie oni, pomyślelibyśmy, że miasto wymarło z wszelkiej żywotności.

Zadaliśmy się do sklepu, ale niestety – odbiliśmy się od drzwi 🙂 Było jakoś po 12.00, więc człowiek zza lady postanowił pójść na sjestę. Południowe, ostre słońce odbijało się od jasnego bruku oraz bielonych ścian, rażąc w oczy. Do tego raziła pustka uśpionych ulic (poza budynkiem domu dziecka). Czuliśmy się samotni, ale nie był to smutny stan osamotnienia. Raczej intrygujący posmak sennego końca świata.

Pomiędzy jednym a drugim westchnieniem upewniliśmy się na 200%, że jednak na pewno nie będziemy trzymać się szlaku. Wykres wysokościowy na mapie pokazywał dupne przewyższenia (góra, dół) na plączącej się gdzieś po grzbietach bocznej drodze. Wybraliśmy mniej stromą i bardziej stabilną krajówkę biegnącą przy korycie rzeki.

Najpierw zjazd, potem podjazd w pełnym słońcu, bez koszulek. Ruch niewielki, urozmaicony szalonym traktorem, który śmignął przed przednim kołem Kamila na skrzyżowaniu z nakazem ustąpienia pierwszeństwa przejazdu 🙂

Uświadomiliśmy sobie, że nie tylko Scuol był senny i opustoszały. Cała ta przygraniczna okolica zdawała się odosobniona, zupełnie jakby te wielkie góry przygniatały cywilizację albo wpuszczały ją jedynie na pół gwizdka. Owszem, były zabudowania poukładane w niewielkie miejscowości, była szeroka, główna droga i rozjazdy. Słupy, druty i latarnie, drogowe znaki, rowerowy szlak i tablice. Sterczało sobie to wszystko, ale nie było ludzi! Nie wchodziliśmy w żadne interakcje, nikt nas nie zaczepiał, nie było wzajemnych uśmiechów, powitań, pozdrowień, zapytań, kontaktów wzrokowych. Jeździły pojedyncze auta, ale zaraz znikały za zakrętem, zaraz ginęły w głębokiej alpejskiej dolinie.

Człowiek czuł się zdominowany przez przyrodę, zafascynowany i cały zapocony od ostrego słońca oraz pokonywania krzywizn terenu. A gdy tylko przystanął w cieniu na chwil kilka – dosięgał go przejmujący wiatr. Dlatego w podskokach przywdziewaliśmy bluzy, skarpetki i softshelle, kiedy wieczorem zatrzymaliśmy się po zakupy przed sklepem. A potem w podskokach zmykaliśmy z tej drogiej okolicy, gdy tylko zobaczyliśmy paragonową kwotę. Za podstawowe produkty spożywcze na około 2 dni (takie jak chleb, ser, wędlina, gotowe ravioli, soczewica w puszce, jabłka, woda, ciastka) zapłaciliśmy 40 €!

Oczywiście wiedzieliśmy, że Szwajcaria tania nie jest, ale mimo to nie uniknęliśmy szoku 🙂 Na szczęście później przyjdzie nam dowiedzieć się, że tak bardzo kosmiczna kwota była wynikiem występowania znikomej ilości sklepów w tej górskiej, rzadko zaludnionej okolicy.

Jakiś kilometr dalej zapomnieliśmy o wydatkach, ponieważ pojawił się strategiczny problem – gdzie spać? Staliśmy u podnóża podjazdu wspinającego się głęboko w góry, w kierunku włoskiej granicy. Parkingowa mapa terenu pokazywała gęsto usiane poziomice, co dawało niewielką nadzieję na znalezienie odpowiedniego miejsca. Stromym drogom zazwyczaj towarzyszą strome zbocza, a walka z grawitacją nie jest najwygodniejszym scenariuszem na noc (o ile w ogóle da się rozbić namiot).

Szukajcie, a znajdziecie – rozeznanie w terenie niebawem przyniosło rozwiązanie. Wąski szlak rowerowy odbiegający od drogi lawirował po pobliskich pagórkach. Prowadził w zupełnie innym kierunku do naszego, ale uciekł w las. A w lesie, jak to w lesie, drzewa osłaniają przed wzrokiem innych. I w lesie, jak to nie w lesie, znaleźliśmy sobie… taras. Nie widokowy, bo było to pole tarasowe stworzone na zarośniętym zboczu, ale grunt, że grunt pod nogami był całkiem poziomy 🙂

Zawróciliśmy jeszcze na parking, żeby wykorzystać niepowtarzalną okazję – umyć się pod dachem (!) w publicznej toalecie dla turystów. Żeby nie rzucać się w oczy i nie blokować wspólnej części masowej łazienki, po kolei bunkrowaliśmy się w pojedynczej, przeznaczonej dla niepełnosprawnych. Spokojnie – poza nami nie było chętnych, ale za to był skandal. Wysoki próg, brak podjazdu, brak klucza! I to w Szwajcarii??!

Wypiliśmy ciepłą herbatę z turystycznej kuchenki, a już na noclegowym miejscu zjedliśmy ravioli z soczewicą. Ściemniło się. Postawiliśmy namiot, pociągnęliśmy po łyku wciąż austriackiego sznapsa na ogrzanie i położyliśmy się spać. Ostatnim razem tak wysoko spaliśmy w Rumunii (tym razem było to nieco ponad 1.400 m n.p.m.)!

Z rana scenariusz był mniej więcej taki sam, tyle, że bez sznapsa i jakoś wszystko szło w drugą stronę 🙂 To znaczy spakowaliśmy obozowisko, a potem ponownie umyliśmy się w znajomej już łazience, zjedliśmy śniadanie, ugotowaliśmy wodę na herbatę. Trochę nami telepało, bo dolina pozostawała w głębokim cieniu, choć słońce powoli oświetlało zachodnie szczyty.

Na szczęście zaczęło się z grubej rury. 6,5 kilometra podjazdu, z wysokości 1.430 m n.p.m. na 1.880 m n.p.m, czyli aż 450 metrów przewyższenia. Rozgrzaliśmy się szybko, po pierwszym kilometrze rozbierając długie rękawy. Słońca było coraz więcej i coraz więcej światła padało na piękne, surowe, pograniczne Alpy. Wjechaliśmy do Szwajcarskiego Parku Narodowego, gdzie siwe, skaliste wierzchołki gór wyrastały znad zielonych lasów.

Jechaliśmy w górę rzeki Spöl, która czasem wyłaniała się zza prawej skarpy. Spotkaliśmy kilku rowerzystów na „lekko” z oczami wielkimi jak 5 złotych, kiedy zobaczyli nas z tyloma sakwami 🙂 Dotarliśmy do przełęczy i na powrót ubrani w bluzy oraz nakrycia głowy, zjechaliśmy w dół. Do tunelu.

Okazało się, że rower do tunelu wjechać nie może – przynajmniej nie na własnych kołach. Zobaczyliśmy z daleka znak zakazu obramowujący nasze biedne kózki i już zaczęliśmy trząść bródkami, ale przecież chwila! Nie może być takiej możliwości, żeby sakwiarski lub kolarski przejazd nie był możliwy. No bo jak? W TYM terenie? W TEJ okolicy? Przecież po drugiej stronie góry leży boskie miasto Livigno, potem boska przełęcz Foscagno, i jeszcze boska przełęcz Stelvio, gdzie trenują, a potem ścigają się najlepsi włoscy (i nie tylko) kolarze Giro d’Italia…

Zaraz potem zorientowaliśmy się, że przecież przed tunelem stoją jacyś ludzie z rowerami i wcale nie wyglądają na zakłopotanych, raczej na czekających na coś. No i już spokojna głowa – jest tablica, jest rozkład jazdy autobusu. Uff! Zbyt długo nie czekaliśmy. Potulnie zdjęliśmy sakwy, a pozostali pasażerowie pomogli nam wrzucać je do środka 🙂 Pan Kierownik Imprezy (czytaj: Kierowca) zapakował wszystkie rowery do przyczepy i tak czekaliśmy niecierpliwie na zielone światło. Za nami ustawił się już sznurek samochodów, a z ciasnego tunelu zaczął wyjeżdżać inny, z przeciwnej strony. Przebieraliśmy niespokojnie nogami pod autobusowym siedzeniem. Włochy czekają… Za kilka minut wysiądziemy w kolejnym kraju! Kolarskim kraju!

No i ruszyliśmy 🙂

Przebieg trasy

granica AT / CH – Martina – Ramosch – Scuol – Zernez – tunel Munt La Schera – granica CH / IT

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s