Passo di Foscagno, rowerowy trening sakwiarza

Gdybyśmy robili wszystkie rzeczy, które jesteśmy w stanie zrobić, wprawilibyśmy się w ogromne zdumienie”. Thomas Edison

Włochy, 24.08.2016 (86 dzień wyprawy) Dystans: 40 km

Na drugim końcu ciasnego, alpejskiego tunelu czekało niedowierzanie. Bus przewożący nas przez szwajcarsko-włoską granicę był jak kosmiczny pojazd przelatujący przez magiczny portal prowadzący do innego świata. Chociaż terenowo nic się nie zmieniło, czuliśmy się wyjątkowo. Nadzwyczajnie. Podekscytowani.

Tunelowa ciemność i głęboki cień szwajcarskiej doliny zamieniły się w pełne, włoskie słońce. Białe refleksy kładły się po idealnym, lazurowym jeziorze Lago del Gallo.  Świat po tej stronie był niebieski, bo pokolorowane były nawet góry.

Nieomal podskakiwaliśmy z wrażenia na swoich sakwiarskich siodełkach, gdy z zawziętością i gwiezdną prędkością mijali nas rasowi, włoscy kolarze. Pozostawało po nich jedynie echo wykrzyczanego „Ciao, ciao!” albo „Buongiorno!”. Czemu nas tak ekscytowali? W austriackich Alpach też mijało nas mnóstwo kolarzówek. Różnica polegała na tym, że ci obecni kolarze to byli prawdziwi temperamentni, narwani, włoscy Włosi. Do tego w miejscu nie z tego świata, bo w okolicach boskiego Livigno, gdzie trenują najlepszej rangi zawodnicy.

Zaprowadziła nas tam droga wiodąca pod kilkukilometrową estakadą. Nie mogąc oderwać wzroku od lazurowego jeziora postanowiliśmy zatrzymać się na śniadanie z tym fantastycznym widokiem. Siedzieliśmy na trawie, przy wjeździe do miasta, a za naszymi plecami stał wielki wiklinowy napis „Livigno”. I dobrze – potrzebowaliśmy go, żeby co jakiś czas upewnić się, że rzeczywiście tam się znajdujemy. We włoskich Alpach, w wysoko położonym mieście, nad wysoko położonym jeziorem na 1.805 m n.p.m.

Lago del Gallo zrobiło na nas ogromne wrażenie. Było swego rodzaju obietnicą. Motywacją i silnikiem napędowym naszej ciekawości na temat tego, co jest dalej. Jakie są Włochy i co tam spotkamy?

A spotkaliśmy grupę Włochów na wakacjach, którzy poczęstowali nas czekoladą. Umilili czas pogawędką, dopieścili ego swoim zaskoczeniem i podziwem nad naszą podróżą. A potem obrazili się na nas niemal śmiertelnie, gdy dowiedzieli się, że nie jedziemy do Wenecji ani Werony. Że nie jedziemy nawet do Rzymu! „Ale jak to, dlaczego nie chcecie zobaczyć naszego pięknego kraju?!” – pytali z oburzeniem. Odpowiadaliśmy zgodnie z prawdą, że przecież chcemy, ale nie tym razem. Że południe Europy w lecie, podczas rowerowej wyprawy nie dla nas. Że zbyt gorąco, że ciężki bagaż, więc tylko Passo dello Stelvio i będziemy uciekać do Szwajcarii. W góry. W górach chłodniej.

„Ale signore, u nas nie jest JUŻ gorąco. U nas gorąco było w lipcu, teraz jest JUŻ chłodno!” – nie dawali za wygraną. Popatrzyliśmy na bezchmurne niebo, porozbieranych ludzi w klapkach lub sandałach. Wyjechaliśmy na drogę i poczuliśmy południowy żar, zostawiając w tyle przyjemny chłód znad jeziora. Po pierwszym kilometrze zatrzymaliśmy się, żeby zdjąć koszulki. Wjechaliśmy na serpentyny ponad miastem i w myślach liczyliśmy każdy obrót korby brakujący do kolejnej plamy cienia padającej na asfalt.

„Ale signore, u nas nie jest JUŻ gorąco. Gorąco było w lipcu, signore. Teraz jest JUŻ chłodno” – mówiliśmy do siebie, ścierając strugi potu z czoła. I zastanawiając się nad tą lipcową temperaturą. Uff, jak gorąco!

Passo di Foscagno, do której zmierzaliśmy, to jedna z tych przełęczy, którą zdobywa się na dwa razy. Żeby wjechać na nią od północnej strony, musieliśmy dotrzeć do pośredniej przełęczy (Passo di Eira), zjechać w dół i podjechać ponownie. Z Livigno na Eira to niby tylko 6,5 kilometra. Nachylenie około 8-10% to nie tak wiele jak na alpejskie warunki, ale upalny dzień (ponad 30 stopni Celsjusza) i 25 kilogramów bagażu na głowę to już ciężkie argumenty – dosłownie i w przenośni.

Oczywiście ponad linią drzew o cieniu można już było jedynie pomarzyć. Teren był odkryty, zewsząd obramowany skalistym, alpejskim masywem. Na przełęczy na chwilę zatrzymaliśmy się w cieniu budynku wzbudzając ciekawość pracowników miejscowej restauracji oraz odpoczywających rowerzystów, którzy wjeżdżali „na lekko”.

Napiliśmy się wody i pojechaliśmy dalej. I tak zdobytą wysokość 2.208 m n.p.m. (403 metry przewyższenia z Livigno) błyskawicznie straciliśmy, pędząc w dół zbocza między ciasnymi zabudowaniami. Gdzieś na wysokości 2.020 m n.p.m. asfalt ponownie zaczął stawiać opór, zredukowaliśmy przełożenia.

Wiatr, który wytwarzaliśmy na zjeździe zupełnie zniknął i ponownie zdejmowaliśmy koszulki, żeby oddawać ciepło bezpośrednio do otoczenia. Ponownie zaczęliśmy powolną wspinaczkę do przełęczy. Tym razem staraliśmy się nie myśleć o upale. Liczyliśmy kolejne metry, które przybliżały nas do Passo di Foscagno. Motywowaliśmy się przed Stelvio przeliczając dzisiejsze przewyższenie, bo przecież ten włoski fragment podróży to nie wszystko. Od rana wspinaliśmy się w szwajcarskich górach i łącznie tego dnia mieliśmy pokonać około 1.000 metrów przewyższenia.

Co też wkrótce nastąpiło. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę, żeby napić się zimnej wody ze strumyka. Rozejrzeliśmy się po otoczeniu, zapamiętując na wpół surowy alpejski krajobraz pełen skał, resztek śniegu, niskiej roślinności, wiatru i lodowatej wody. A potem ostra serpentyna wyprowadziła nas na Passo di Foscagno (2.291 m n.p.m.), gdzie przygotowywaliśmy się do kilkunastokilometrowego zjazdu.

Zjedliśmy trochę ciastek i ubraliśmy koszulki, bluzy oraz okrycia na głowy. Wyprzedziliśmy sznur samochodów czekający na przejazd przez kontrolę celną i popędziliśmy w dół. Minęliśmy piękną górską panoramę i dwa tunele. Co chwilę wyprzedzały nas samochody. Chociaż otoczenie było wyjątkowe, nie czuliśmy spokoju. Duży ruch na drodze sprawił, że jak najszybciej chcieliśmy dotrzeć do upatrzonego kempingu.

Droga zawijała się coraz bardziej i bardziej. Wreszcie pojawiły się zabudowania Valdidentro, w którym postanowiliśmy się zatrzymać. Przez całe popołudnie odpoczywaliśmy, żeby następnego dnia pojechać na legendarne Passo dello Stelvio. Tylko dlatego wjechaliśmy do Włoch. Tylko po to, żeby solidnie i zdrowo zmęczyć się na wysokogórskich podjazdach 🙂

W Duecie po Świecie

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s