Wybrzeże Morza Śródziemnego w Hiszpanii – rowerem po Europie

Wybrzeże Morza Śródziemnego w Hiszpanii odwiedzamy rowerami w trakcie długiej wyprawy po Europie. Trudny i skalisty teren zachodniej Andaluzji, dalej Murcji oraz Walencji nie sprzyja dzikiemu biwakowaniu. Nieprzychylny jest również październikowy upał, który w obliczu licznych podjazdów zniechęca nas do dalszej drogi. Robimy częste przerwy od jazdy, pokonujemy niewielkie dystanse. Jesteśmy zmęczeni, bo to już piąty miesiąc w podróży i zrealizowaliśmy wszystkie wyprawowe cele. Teraz zaś, spragnieni zieleni, marzymy o wydostaniu się bardziej na północ Półwyspu Iberyjskiego, do Katalonii, gdzie przyroda bogatsza i wieczory chłodniejsze.

 

Hiszpania jest naszym jedenastym krajem podczas tej wyprawy, chociaż w niektórych spośród nich wizytowaliśmy dwukrotnie. To tu na hiszpańskiej ziemi dosięgamy rowerowych ośmiu tysięcy kilometrów podróży. Więc mamy już za sobą południową Saksonię w Niemczech, Czechy, Słowację, wschodnie Węgry, Rumunię, Serbię, centralne Węgry, słowacką Bratysławę, Austrię, południowo-wschodnią Szwajcarię, północne Włochy, zachodnią Szwajcarię, Francję oraz hiszpański podjazd na Pico del Veleta (3.398 m n.p.m.) – najwyższą asfaltową drogę w Europie. Teraz zatem z trzytysięcznych Gór Betyckich gnamy w dół do poziomu Morza Śródziemnego, chociaż faktycznie na poziomie „zero” znajdujemy się rzadko. Niższe partie Gór Betyckich towarzyszą nam jeszcze do okolic Walencji, przez około połowę trasy wzdłuż wybrzeża. W każdym razie zmierzamy do granicy z Francją. Każdego dnia pocimy się na upalnych podjazdach, ale w naszych głowach mieszka już jesień i powoli zbliżający się kres wyprawy.

„Podróżować to odkrywać, że wszyscy się mylą co do innych krajów”. Aldous Huxley

Hiszpania. 12-15.10. 2016: 135-138. dzień wyprawy. Dystans: 115 kilometrów. Odcinek: Güéjar Sierra – Grenada – Alhendin – Motril – Calahonda – Castell de Ferro

Dzień po podjeździe na Pico del Veleta był mokry. Z namiotu ściekała nam woda, na kempingu stały kałuże. Wstaliśmy od niechcenia około 10.00 i wiedzieliśmy, że tego dnia nigdzie nie pojedziemy. Niskie, szare chmury zasłaniały góry oraz niebo, spuszczając strugi deszczu na suchą, hiszpańską ziemię.

Czekając na atmosferyczne zmiany karmiliśmy kempingowe koty i oglądaliśmy Animal Planet na zmianę z Discovery Channel oraz AXN w kempingowym salonie telewizyjnym. Kolejny dzień był podobny, tyle, że pojawiały się chwilowe przejaśnienia, więc podczas jednego z nich poszliśmy na spacer po stromych, wąskich ulicach miasteczka Güéjar Sierra. Odwiedzaliśmy sobie miejscowe sklepy i na wystawie rowerowego znaleźliśmy m.in. pompki firmy „Romet” 🙂

Następnego poranka złożyliśmy wilgotny namiot i długim zjazdem z nurtem rzeki Rio Genil wracaliśmy do Grenady. W stronę miasta spod chmur przebijało słońce. Niektóre szczyty wkoło nas ciągle spowijały siwe chmury, ale raczej były to cienkie welony. Powietrze zaś nawet w kierunku gór stało się w miarę przejrzyste, a widoczność dość dobra. Tym samym gdzieś hen, hen w oddali Kamil dostrzegł śnieg… Czyżby wysoko w górach przez ostatnie dwa dni szalały jeszcze inne burze?

To oznaczało tylko jedno – zdążyliśmy wjechać na Veletę w ostatniej chwili, w ostatni bezśnieżny dzień. Strach było więc pomyśleć, ile czasu musielibyśmy siedzieć na kempingu w Güéjar Sierra w oczekiwaniu na dobre warunki na wjazd, gdybyśmy spóźnili się tu choćby o jeden dzień!

Tak czy siak, z górskiego miasteczka wracaliśmy z powrotem do Grenady, skąd kilka dni temu rozpoczynaliśmy przygodę z Veletą. I jak to zwykle bywa po zjeździe z gór – jednocześnie wracaliśmy „na ziemię”, do zupełnie innej rzeczywistości. Na trzytysięczniku w przestrzeni hulał tylko wiatr, tutaj z kolei szalały skutery, motory, autobusy, osobówki, taksówki, rowery oraz piesi przeciskając się przez tłoczne ulice zarówno w centrum, jak i na obrzeżach przy wjeździe, wyjeździe, dojeździe. My zaś tamtego dnia całkowicie abstrahowaliśmy od zabudowy miasta i od jego zabytków, od interesujących turystycznie punktów, bo chcieliśmy jedynie zrobić podstawowe zakupy i wydostać się na południe. Więc w ściśle drogowym kontekście Grenada nie była ani przyjemna, ani pożądana.

Na szczęście po opuszczeniu centrum dalsza jazda wyszła nam sprawnie, chociaż w dalszym ciągu przy akompaniamencie mnogich oraz hałaśliwych użytkowników drogi. Jechaliśmy wzdłuż autostrady pełnej samochodów różnej maści oraz o różnych gabarytach. Było gorąco i wcale nie ułatwiał tego podjazd na przełęcz Puerto del Suspiro del Moro (865 m n.p.m.), chociaż należał on do tych bardziej pobłażliwych, ponieważ leżał w przebiegu sieci tranzytowych dróg (równolegle do autostrady), w związku z czym nachylenie było przeciętne, a nawierzchnia dobra.

Potem zaś niemal do końca dnia jechaliśmy w dół. Zjeżdżaliśmy przecież z trzytysięcznych gór mniej więcej do poziomu morza, więc było to spodziewane, że pod kołami przesunie się całe mnóstwo kilometrów drogi zanim zobaczymy Morze Śródziemne. Przewijały się także Góry Betyckie w połowie zasłonięte cieniem chmur, w połowie oświetlone słońcem. Niebiesko-zielono-fioletowo-granatowo-brązowe mozaiki wypełniały nam drogowy kadr i cały czas przypominały o Pico del Veleta, do którego wracaliśmy myślami. A w świetle leżącego tam właśnie śniegu, nasz o dzień wcześniejszy podjazd wydawał się czymś niesamowitym. Na moment zawładnęło nami uczucie bycia w dobrym miejscu o dobrym czasie, może nawet pewna świadomość przeznaczenia.

Euforia nie trwała jednak zbyt długo, bo kolejne głośne samochody wyprzedzały nas pędem na zjeździe. A my czuliśmy się dziwnie, jakoś obco na tej szerokiej drodze, z tym widokiem na skaliste góry, na wysokie palmy i z przekonaniem, że właściwie największy cel wyprawy mamy już za sobą.

Dokąd my jedziemy? – pytaliśmy samych siebie, zupełnie tak, jak pierwszego dnia podróży, gdy na polskich dworcach kolejowych czekaliśmy na kolejne pociągi. Od pięciu miesięcy byliśmy w drodze, ale poczuliśmy się bardziej nieswojo niż na samym początku. Południowo-hiszpański krajobraz jeszcze podkreślał te wrażenia. Widzieliśmy go już w Güéjar Sierra i z Velety, i wokół Jaénu, ale sądziliśmy, że zmieni się przy wybrzeżu. Tymczasem wszędzie skały, kamienie i strome skarpy. Małe, murowane wioski przy drodze i skąpa, nikła zieleń.

Czuliśmy się źle. Hiszpania związana była z niesamowitymi widokami, ale również ze zmęczeniem, niewyspaniem, gorącem.  No i o co chodzi? – pytaliśmy dalej. Każdy z tych czynników spotykaliśmy CODZIENNIE w tej podróży. I chyba wreszcie znaleźliśmy odpowiedź, kiedy do wymienionych dodaliśmy jeszcze jeden element – pustkę.

Wieczorem natknęliśmy się na sad oliwkowy, który tarasami opadał w dół zbocza, głęboko, głęboko poniżej jezdni. Na drodze dosięgał nas nieprzyjemny wiatr, więc bardzo korzystnie było schować się między drzewami. Znad krawędzi sadu rozlegał się niesamowity widok na wiadukt drogowy rozciągnięty pośród wzgórz, ale wkoło nie było żadnych zabudowań, a sama droga wydawała się być pusta.

Postawiliśmy namiot i umyliśmy się w wodzie z butelki, a potem ugotowaliśmy obiad. Słońce zachodziło za góry, oświetlając nasze zbunkrowane w oliwkach obozowisko. Zrobiło się zimno, więc schowaliśmy się w namiocie z mapą, a niebawem wcześnie położyliśmy do snu z nadzieją, że następnego dnia poczujemy się lepiej.

Tymczasem z rana zjazdu ciąg dalszy. Poranny chłód wyzwolił w nas potrzebę założenia skarpetek i kurtek. Droga była szeroka, gładka i nowa, ale przede wszystkim – pusta. Większość samochodów poruszała się po autostradzie, więc większość z tej przestrzeni na krajówce mieliśmy wyłącznie dla siebie.

Z niecierpliwością patrzyliśmy na krajobraz wkoło siebie, wyczekując jakiegoś przełomu w postaci bujniejszej zieleni, ale tylko gdzieniegdzie rosły zielone oazy drzew, zaś reszta terenu w dalszym ciągu pozostawała surowa. Ciągle nie mogliśmy też przyzwyczaić się do pustych, szerokich pasów jezdni (droga N-323a) i cały czas wydawało nam się, że wkrótce wjedziemy w sam środek wielkiego komunikacyjnego harmidru 🙂

Nieco soczyściej zrobiło się około 300 m n.p.m, kiedy mijaliśmy zbiornik na rzece Guadalfeo (Rio Guadalfeo) utworzony przez zaporę Rules i od tamtego momentu asfaltowi zaczęło towarzyszyć więcej wysokich drzew, trawychaszczy albo trzcin. Dalej pedałowaliśmy przez głęboki kanion Tajo Los Vados wyrzeźbiony przez rzekę Guadalfeo, aż wyjechaliśmy w odkrytym terenie niedaleko Motril.

Tymczasem im bliżej miasta Motril się znajdowaliśmy, tym wyraźniejszy stawał się również intrygujący widok na miasto Salobreña położone w sąsiedztwie. Z daleka w zniekształconej skali wyglądało całkiem jak wielkie wysypisko, sterta śmieci zostawiona w terenie trawiastych nieużytków. Ale każdy kilometr drogi pozwalał wyostrzać ten krajobraz, z którego wyłaniała się miejska zabudowa obrastająca całe wzgórze. Zobaczyliśmy warstwy białych domów z oknami oraz wieńczący je zamek.

Jeszcze kilka wiraży na przeróżnych rondach i wkrótce sprawnie dotarliśmy do miasta Motril przy wybrzeżu Costa Tropical. Zrobiliśmy zakupy spożywcze i zjechaliśmy do drogi N-340 (droga krajowa nad Morzem Śródziemnym tzw. Carretera del Mediterráneo) biegnącej przy brzegu kontynentu, niedaleko wielkiej wody.

Asfalt prowadził między skalistymi pagórami, kiedy pedałowaliśmy w kierunku miasta Calahonda. To z tej właśnie drogi po raz pierwszy spojrzeliśmy na Morze Śródziemne, które w południowym słońcu było modre i spokojne. Natomiast jakieś 150 kilometrów dalej na południe leżała Afryka. Przez moment przez myśl przemknęło, żeby może zawrócić na zachód, na najbardziej na południe wysunięty fragment Europy (tzw. Punta de Europa) na Przylądku Marroqui, jeszcze za Gibraltarem, skąd od Afryki dzieliłoby nas zaledwie 20 kilometrów w linii prostej.

Szybko jednak porzuciliśmy ten pomysł, uświadamiając sobie, że słońce praży, do tyłka ścieka pot, nie ma cienia, a hiszpańskie wybrzeże wcale nie jest płaskie. Bo przecież właśnie tarabaniliśmy się nad miasteczko Calahonda po niezbyt stromym, ale dosyć długim podjeździe, który wywodził najpierw do punktu widokowego Mirador Punta Rijana (ok. 50 m n.p.m.), a następnie wieloma zygzakami do chłodzącego tunelu drogowego na wysokości około 140 m n.p.m – kilkadziesiąt metrów przewyższenia pod górę, kilkadziesiąt metrów zjazdu w dół i tak na przemian.

Wysokości te oczywiście same w sobie nie są wcale spektakularne, ale my już wiedzieliśmy, że takie podjazdy nie będą też sporadyczne. Z wyżej położonych partii drogi widzieliśmy bowiem dalszy bieg jezdni, dalsze ukształtowanie terenu i nie zapowiadało się na płaszczyzny. Skaliste pagóry wychodziły w morze jeszcze daleko, daleko przed nami. Czekały nas intensywne interwały.

Był już wieczór, a my nieco zdezorientowani rozglądaliśmy się po tym stromym, surowym otoczeniu. Gdzie by tu postawić namiot? Byliśmy tak blisko morza, ale jak dotąd plaże znajdowały się prawie wyłącznie w terenach zabudowanych, w turystycznych miejscowościach. Innych skrawków płaskiego też brak. Obok wspomnianego punktu widokowego Mirador Punta Rijana mijaliśmy co prawda piękną „dziką” plażę, ale ta znajdowała się pod nami, więc dotarcie do niej oznaczałoby zepchnięcie ciężkich rowerów kilkadziesiąt metrów w dół po kamieniach, a następnego dnia wpychanie ich z powrotem na drogę.

Odpuściliśmy sobie tego typu zabiegi i trochę niepocieszeni zjechaliśmy do miejscowości Castell de Ferro na kemping. Tam zaś szybko okazało się, że pole namiotowe to przyrodnicza sielanka pełna drzew ze śpiewającymi ptakami, kotów, rybek hodowanych w sadzawce oraz… kur 🙂 Więc koniec końców bardzo łatwo przyszło nam znaleźć w tym położeniu przynajmniej kilka pozytywów.

Hiszpania. 16-20.10.2016: 139-143. dzień wyprawy. Dystans: 211 kilometrów. Odcinek: Castell de Ferro – Adra – El Ejido – Almeria – Isidro – Carboneras – Mojacar – Palomares Bajo

Kolejnego dnia powtórka z rozrywki. A więc pofałdowany teren wymuszający wspinaczkę po to, żeby po kilku kilometrach pędzić w dół, zaś potem znowu wjeżdżać na następne wzniesienie. Były więc niekończące się pagóry, a z ich szczytów patrzyliśmy w dal, gdzie majaczyły kolejne skały, zapowiadając dalsze stromizny.

Podczas jednej z drogowych wspinaczek usłyszeliśmy dziwny gwizd, a sekundę później zobaczyliśmy brązowego koziorożca hiszpańskiego (Capra pyrenaica hispanica), który zlewał się z kolorem skał przy drodze. Był na wyciągnięcie ręki i przez krótką chwilę patrzył nam w oczy. Zagwizdał jeszcze raz i spomiędzy kamieni wyskoczyło stado młodych, pędząc wgłąb wąwozu. To było jedno z tych wyjątkowych spotkań, kiedy wiesz, że zajrzałeś / -aś dzikiej przyrodzie prosto w serce.

A niedługo potem zobaczyliśmy Hiszpanię w trochę innej odsłonie. Gdy tylko opuszczaliśmy turystyczne miejscowości, wokół zmieniało się zagospodarowanie przestrzeni. Wyjeżdżaliśmy z miast i miasteczek ozdobionych palmami, równymi chodnikami, promenadami i plażami. Wjeżdżaliśmy zaś do świata wielkich stert śmieci, gruzu, nieużytków oraz siwych plantacji papryki.

Ludzie często nie dbali o swoje otoczenie, ani o warunki życia. Niektórzy z nich mieszkali w ledwo trzymających się kupy barakach lub lepiankach przykrytych azbestem, sklejonych z kilku przypadkowo dobranych materiałów. Choć trzeba przyznać, że każde z tych miejsc miało wspólny mianownik: antenę satelitarną wycelowaną prosto w kosmos 🙂

Tamtego dnia w dalszym ciągu mieliśmy poważny problem ze znalezieniem dzikiego noclegu. Dlatego z ciężkim sercem zapłaciliśmy za następny kemping, chociaż potem staraliśmy się spojrzeć na to pozytywnie i takie pozytywne kwestie znaleźliśmy. Bo był cień, internet, koty. Odwiedzone przez nas pole namiotowe zasiedlały różnej maści kicie, należące do gęstej populacji 🙂

Obok w drzewach były również zielone papugi żyjące na wolności. Okazało się, że są to ptaki z gatunku aleksandretta obrożna (Psittacula krameri) charakterystyczne głównie dla Afryki oraz Indii, które jednak adaptuje się także w Europie albo Ameryce Północnej.

W każdym razie w takim towarzystwie spędziliśmy tu jeszcze 2 dni – trochę ze względu na upał, a trochę bardziej ze względu na bolesną niedyspozycję Karoliny. Jak dotąd nie udało nam się spać na śródziemnomorskiej plaży, dlatego z przyjemnością jedno popołudnie spędziliśmy spacerując po gruboziarnistym piachu w sąsiedztwie palm.

Kolejny dzień jazdy zaczął się pochmurnie. Niestety potem jak zwykle – ostre słońce. Granatowe i brązowe góry wciąż sterczały na północ od wybrzeża, a my kręciliśmy się gdzieś w plątaninie dróg powciskanych między skały, a morze. W dalszym ciągu z grubsza brak zieleni, poza palmami w kurortach wczasowych. Byliśmy dopiero w okolicach Almerii, więc ciągle nieznacznie zmieniliśmy szerokość geograficzną. A tymczasem w myślach marzyliśmy już o wydostaniu się bardziej na północny-wschód, tam, gdzie jest chociaż trochę chłodniej.

Tamtego przedpołudnia znaleźliśmy sobie kawałek cienia pod murem miejskiego stadionu, na skraju zabudowań. Widok mieliśmy przedni, bo oto przed oczami walał się gruz. Beton i cegły, piach i pokrzywy. Do tego jakiś hiszpański Zenek na rowerze. Ewidentnie pod prąd… Reakcja na klakson samochodu: zerowa 🙂

Nie było długo czekać na kolejnego mistrza drogi. Tym razem było to auto najwyraźniej jadące z jakiegoś sklepu zaopatrującego w materiały budowalno-wykończeniowe. Mała osobówka z wypchanym, niedomkniętym bagażnikiem. A to, co nie zmieściło się w środku… No cóż, przez otwarte okno od strony pasażera wystawała damska ręka trzymająca poziomo drewnianą listwę. Aby nią zbytnio nie bujało (a może, żeby nie rysowała lakieru?) podczas jazdy postanowiono… przykleić jej koniec do tylnych drzwi za pomocą taśmy klejącej. Przezorny zawsze ubezpieczony 😀

Popołudniu zaś zostaliśmy wykiwani przez nawigację w telefonie, ponieważ dotarliśmy do… zjazdu na autostradę. W tej okolicy żadna inna asfaltowa możliwość nie występowała, dlatego poszliśmy w kamienie (szutrówką wzdłuż płotu przy autostradzie). Na początku dało się jechać! Potem z każdym metrem skrzydełka coraz bardziej opadały, kurczyło się samozadowolenie, wyraz twarzy stawał się zacięty i coraz mniej przyjazny 🙂 W myślach pojawiały się całe wiązanki brzydkich słów, bo oto szło się pod górę po śliskich kamieniach, po dziurach i w ostrym słońcu, w hałasie tirów i w towarzystwie upierdliwych much. A obładowany rower ujawniał zapędy do samozwańczej, niekontrolowanej egzystencji.

I tak przez 4 kilometry. Potem asfaltem, potem znów szutrem przez suche, hiszpańskie pustkowie. Mieliśmy dość upałów oraz kamieni, a raczej nie zapowiadało się na łatwy nocleg, więc jechaliśmy od niechcenia. Co prawda dokulaliśmy się do jakiejś krajówki, więc przynajmniej wyrównało się podłoże. można było wsiąść i jechać. Tyle, że znowu pod górę. Po kilku kilometrach nadzieja – zjazd do morza. Pomyśleliśmy o plaży, ale to była kolejna bardzo turystyczna i bardzo ciasna miejscowość. I tak wizja plażowania zastąpiona została kolejnym stromym podjazdem, bo przecież, jak już wiedzieliśmy, hiszpańskie wybrzeże płaskie nie jest.

Ze szczytu podjazdu droga pognała w dół, zakręcając wzdłuż linii brzegowej zaledwie kilkadziesiąt metrów od wody. I to kilkadziesiąt płaskich metrów! Byliśmy w hiszpańskiej Ameryce 🙂 Wreszcie bezpośredni dostęp do morza, wreszcie dzika plaża poza terenem zabudowanym. Bez wahania zadebiutowaliśmy w myciu się w Morzu Śródziemnym. Oczywiście po drodze jeździły samochody, nieopodal kręciło się kilkoro ludzi, ale do samego brzegu prowadziły wielkie kamienie, za którymi można było ukryć obnażoną, zacną część ciała 🙂

Otrzymaliśmy „błogosławieństwo” na dziki nocleg od miejscowego policjanta w cywilu, który dopytywał, czy u nas na pewno wszystko w porządku i czy na pewno czegoś nie potrzebujemy. Ciemne i gęste chmury zebrały się nad pobliskimi górami, kiedy gotowaliśmy sobie kolację. Morze miało ciemnobłękitny kolor, ale było spokojne. Jedynie przy brzegu piętrzyły się spienione fale, gdzie woda uderzała o kamienie.

Poczekaliśmy do zmroku, żeby postawić namiot. Piasek był szorstki i gruby, ale nie utrzymywał śledzi. Co robić, panie premierze? Spanie pod gołym niebem odpadało w obliczu tych niepewnych, granatowych chmur nad górami. Poza tym nie chcieliśmy narażać się na nocną, morską wilgoć, która zaraz obsiadłaby śpiwory. Można by pomyśleć, że w takim razie lipa, kiła, gzyms, mogiła, ale przecież takiego śledzia zawsze można zastąpić skałą. Tak więc namiotowe odciągi przywiązywaliśmy do dużych, ciężkich kamieni. A potem śródziemnomorski szum ukołysał nas do wyprawowego snu.

O poranku świat był spokojny. Granatowe kłębowiska rozeszły się gdzieś po nocy, a morze było niemal nieruchome. Na drodze jedynie pojedyncze samochody, w oddali statek łowiący ryby. Zjedliśmy śniadanie na kamieniach, a potem w promieniach wschodzącego słońca łataliśmy kolejną dziurę w dętce złapaną pewnie wieczorem podczas tarabanienia się przez szorstkie kamienie w kierunku wody.

Po naprawie i rozmontowaniu obozowiska wróciliśmy na drogę. Dotarliśmy do białego olbrzyma, czyli sterczącego na zboczu nieużytku, na który mieliśmy widok od wczoraj. Miał on być hotelem o nazwie El Algarrobico Hotel, ale zabroniono dalszej budowy ze względu na ochronę środowiska na tym terenie. Gdy podjechaliśmy do budynku, bieg asfaltu zaczął ewoluować w górę, a przed oczami wyrósł podjazd na wzgórze.

Nic więc na to nie poradzisz – przełożenia 1-1, a z początku wymuszony uśmiech powoli zamieniał się w grymas satysfakcji. Na długości około 3 kilometrów wjeżdżaliśmy na punkt widokowy Mirador de la Granatilla (ok. 180 m n.p.m.). Droga oplatała brązowe zbocza, między skałami znów śmignęło gwiżdżące stadko koziorożców. Ze szczytu podjazdu patrzyliśmy na ziemię, która nas otaczała. Rozpaczliwie suche góry kontrastowały z ogromnym morzem rozlegającym się u ich stóp.

Pomyśleliśmy jakie to nieprzyjazne miejsce do życia i zastanawialiśmy się co robią tu tłumy turystów każdego lata. W 40 stopniach Celsjusza, w ostrym słońcu, w suchym terenie bez drzew. W tamtej chwili południowa Hiszpania była dla nas wyjątkowo smutna, choć jednocześnie cieszyliśmy się z kolejnego pokonanego podjazdu.

Niebawem wjechaliśmy w gęsto zabudowany teren. Jechało się mało sprawnie, więc zatrzymaliśmy się na zakupy w jednym z miasteczek. Dokonaliśmy zaopatrzenia na obiad, kolację i wszystkie trzy albo nawet cztery śniadania spodziewane kolejnego dnia 🙂 Zapakowani jak słowaccy Romowie w spiskim markecie (tudzież jak rumuńscy Rumuni po wyjściu z ichniejszego Magazin Mixt) turlaliśmy się w poszukiwaniu podłoża do spania. W obliczu wielu zabudowań oraz piachu i kamieni pomiędzy nimi, łatwo było zgadnąć, że wylądujemy na następnym kempingu.

Żeby było śmieszniej, wszystkie hiszpańskie kempingi, na których do tej pory spaliśmy, również wysypywano kamieniami. Przypominały żwirek dla kota, ale i tak dość często trudno było wbić śledzie bez grymasu niezadowolenia na twarzy. Co najbardziej intrygujące, choć oczywiste dla kontekstu, razem ze żwirkiem zawsze pojawiały się koty. Czyżbyśmy więc spali w wielkiej kuwecie?! 😀 Twierdząca odpowiedź na to pytanie czaiła się tuż za rogiem naszego namiotu. Gigantyczna i bezczelna kicia ewidentnie czuła się jak u siebie, będąc jedynie gościem w naszym obozowisku.

Zanim jeszcze zdążyliśmy postawić namiot, ona już mościła sobie legowisko na naszym rozrzuconym tropiku. Zanim dobrze zdążyliśmy rozpakować sakwy, ona już pakowała dupsko do przedsionka, w miejsce, gdzie nasze bagaże zawsze stawiamy. Zanim zdążyliśmy otworzyć usta do konsumpcji obiadu, ona już mlaskała! :p Z przestrzeni między sypialnią a tropikiem zrobiła sobie salon piękności, a potem z nonszalancją legła na zamkniętym wejściu do namiotu, blokując wyjście. Od środka widzieliśmy tylko wielki wklęśnięty zad, który Kamil utrafił swoim gumowym klapkiem. Co na to kicia? Niestety – była klapkoodporna, bo jedynie MLASNĘŁA, w dalszym ciągu trzymając swoje ociężałe cielsko na tropiku. Widocznie osiadła na mieliźnie 🙂

Hiszpania. 21-27.10.2016: 144-140. dzień wyprawy. Dystans: 307 kilometrów. Odcinek: Palomares Bajo – Mazarron – Kartagena – Roda – Los Narajos – Torrevieja – Santa Pola – Alicante – Sagunt – Moncofa – Tortosa – Barcelona – Portbou – granica ES / FR

Z rana wredna kicia wyżuliła co nieco na śniadanie i poszła w swoją stronę. Bez pożegnania. Tymczasem my w Palomares Bajo minęliśmy koryto szerokiej rzeki, choć próżno było szukać w nim wody. Od brzegu do brzegu porośnięte było drzewami, a ich wysokość wskazywała, że brak wody wcale nie jest wynikiem wyłącznie tegorocznej suszy. Tymczasem gdzieś po drodze złapał nas deszcz, gdzieś na trasie opuściliśmy Andaluzję i wjechaliśmy do prowincji Murcja.

Za miejscowością Calabardina znowu minęliśmy rozległe plantacje papryki oraz pracujących ludzi, których wzrok ewidentnie śledził nasze poczynania. Teren zaś zaczął delikatnie ewoluować w górę, przez co zyskaliśmy widok na morski lazur rozciągający się zaledwie jakieś 2 kilometry od nas. Wkoło pojawiły się także uprawy kukurydzy i kiedy odwrócić się za siebie, to zza kwitnących krzaków wystawał górski grzbiet wcinający się w morze. To przylądek Cabo Cope sięgający około 230 metrów n.p.m, który rozkłada się na wodzie jak wielki legwan.

Na przylądku jak i na wschód od niego utworzono Park Przyrody Cabo Cope i Puntas de Calnegre (Parque Natural de Cabo Cope y Puntas de Calnegre), który chroni siedliska zwierząt oraz roślin na długości 17 kilometrów wybrzeża wzdłuż Zatoki Mazarron. Wybrana przez nas droga RM-D20 biegła wzdłuż granicy tego parku, a jednocześnie coraz mocniej zaczęła piąć się w górę, w związku z czym wjechaliśmy w surowy teren między skałami.

Uderzyła nas pustka. Skały porośnięte były jedynie przez niskie rośliny, a ich szarość zlewała się z kolorem kamieni, prezentując rozległe, brązowe pustkowia. Ale równocześnie kontrastowały one z intensywnym odcieniem śródziemnomorskiej wody, przez co były mniej smutne.

Około czwartego kilometra jazdy w górę w zasięgu wzroku pojawiła się wieża telekomunikacyjna, przy której znajdował się szczyt podjazdu. Dotarliśmy tu na wysokość aż 390 m n.p.m. z zamiarem spożywczej celebracji tego faktu, ale silny wiatr zmodyfikował plan. W kilka chwil schłodził mokre plecy, że rowerowy półnegliż warto było przykryć koszulką i bluzą. Tym bardziej, że dalszy bieg asfaltu pędził w dół.

Tak więc kilka wiraży na zjazdowych zakrętach, a spomiędzy skał odsłonił nam się widok w kierunku, do którego teraz zmierzaliśmy. Zatoka Mazarron tworzyła półokrągłe wcięcie w lądzie, gdzie majaczyły kolejne skupiska zabudowań, czyli następne miasta na naszej trasie. Oczywiście towarzyszyły im w dalszym ciągu góry, a na rozległym wypłaszczeniu terenu bliżej nas rozkładały się kolejne płachty paprykowych plantacji.

W którejś z wiosek na zjeździe biegające dzieciaki wołały do nas „hola!” („cześć!”), a my musieliśmy ostro hamować przed domowej roboty znakiem ostrzegawczym. Tuż przed wyrwą w jezdni postawiono: 1) skrzynkę, 2) gałąź opartą o skrzynkę, 3) butelkę zatkniętą w gałąź (butelka posiadała prawdopodobnie specjalnie dobraną, jaskrawą kolorystykę, jak na oznakowania drogowe przystało. Etykieta była koloru pomarańczowego, a więc silnie przyciągającego uwagę. 😀 ).

Wieczorem znaleźliśmy się na głównej, ruchliwej drodze. Między kamieniami na poboczu kicały zające, w kamieniach rosły drzewa (!). Wielkie tiry pędziły w dół, do poziomu morza. Na mijanym parkingu właśnie jeden z kierowców zamierzał wrócić na drogę. My z kolei zamierzaliśmy zapobiec kolejnemu niebezpiecznemu manewrowi wyprzedzania. Tak więc… przywitaliśmy się przeciągłym „hola!” z wielkimi uśmiechami na twarzach. Efekt był piorunujący. Przez pierwsze pół kilometra ciężarówka jechała powoli za nami, a dopiero kiedy droga z naprzeciwka stała się całkowicie pusta, zostaliśmy wyprzedzeni obszernym, wzorowym, bezpiecznym łukiem. Pozdrawiajmy kierowców 🙂

Następnego dnia z samego rana topiliśmy się na kolejnym podjeździe, tym razem na drodze E-22 z Isla Plana do Kartageny. Zapas wody chlupotał przytroczony do tylnych sakw i mocno ciążył w dół, kiedy podjeżdżaliśmy na odcinku 10% nachylenia. Do zadów ściekał pot, a ostre słońce, duchota bez wiatru i całkowity brak cienia dokładały swoje trzy grosze do całej tej imprezy. Tak, czy inaczej dotarliśmy do punktu widokowego Mirador de Cuestas Cedacero (ok. 260 m n.p.m.), gdzie na parkingu kotłowały się samochody, a ich pasażerowie wydobywali z siebie „achy” i „ochy” na widok drogowej serpentyny zostawionej w dole. Potem dla nas nastąpił chwilowy zjazd i jeszcze jeden finalny odcinek podjazdu, gdzie dotarliśmy do bezimiennej przełęczy na wysokości ok. 330 m n.p.m. przy wejściu na pieszy turystyczny szlak.

Zmęczeni odpoczywaliśmy na poboczu. Właśnie jedliśmy sobie owsiankę, kiedy zatrzymała się przy nas przemiła Francuzka, a zaraz potem Hiszpan Leonardo. Leonardo poprowadził nas długim zjazdem do Kartageny, wiekowego miasta z historią sięgającą czasów Cesarstwa Rzymskiego. Wjechaliśmy do centrum, ale nie zostaliśmy w nim długo. Popołudniowy upał odbijający się od nagrzanego betonu szybko zniechęcił nas do zwiedzania. Zresztą z tych najdawniejszych czasów pozostało w obecnej Kartagenie naprawdę niewiele (zostało zniszczone przez Wandalów).

Był tam ładny deptak z kolorowymi kamienicami, z których wiele zdobionych było malowidłami katolickich świętych. W oczy rzucił się także XX-wieczny budynek miejskiego ratusza oraz mural „Palimpsesto” nawiązujący do historii miasta. Z kolei większość turystów kierowała się w stronę ruin rzymskiego amfiteatru, kiedy my postanowiliśmy uciekać dalej w drogę.

Przez kolejne dni upał mocno zachodził nam za skórę. Na kempingu nad Laguną Mar Menor spotkany Etiopczyk stwierdził, że obecnie w Hiszpanii jestrześko. Różnica pomiędzy nim a nami polegała na tym, że w kraju z którego pochodził, normą jest 45 stopni Celsjusza. Dlatego 10 stopni mniej robiło mu znaczącą różnicę 🙂 W każdym razie dla nas i tak było bardzo gorąco, więc w okolicy spędziliśmy aż trzy kolejne dni jeżdżąc po okolicznych plantacjach i odwiedzając urząd miasta w Los Najares w poszukiwaniu dorywczej pracy, która może mogłaby zapewnić środki choćby na kolejowy powrót do Polski. Tymczasem plantatorzy nie chcieli z nami rozmawiać, spuszczali wzrok i uciekali do samochodów, a my zastanawialiśmy się czy to dlatego, że jesteśmy biali i przez to tak różni od pracujących na polach Marokańczyków?

Po trzech dniach opuściliśmy Lagunę Mar Menor i udaliśmy się w dalszą drogę. A tam czteropasmówka, rozlewiska z Flamingami różowymi (Phoenicopterus roseus) oraz białe hałdy w miejscach wydobywania soli. Na kolejnym kempingu, tym razem w miejscowości Santa Pola, byliśmy takim fenomenem wśród kamperów, że recepcjonista obniżył nam cenę za parcelę 🙂

Kolejnego dnia postanowiliśmy ulżyć sobie w cierpieniach i skorzystać z pociągów, dlatego po ciemku wyjeżdżaliśmy z kempingu, dlatego bladym świtem byliśmy już w Alicante na dworcu. Kupiliśmy bilety do miasta Sagunt, sakwy wrzucone do rentgena, jak na lotnisku, a ochroniarze patrzyli na nas, jakbyśmy byli terrorystami 🙂 Podczas podróży koleją wyjechaliśmy z prowincji Murcja i tym samym znaleźliśmy się w Walencji. Na trasie z Saguntu do miejscowości Moncofa mijaliśmy mnóstwo cytrusowych drzew oraz kotów i wyludnione turystyczne miasteczka smętnie wskazujące plaże, na których już nikt się nie opalał.  A potem minął nam ósmy tysiąc kilometrów wyprawy!

Na kempingu nad samym morzem zakolegowaliśmy się ze stróżem Jose, który nie przestawał poklepywać Kamila po plecach 🙂 Wieczorem wyszliśmy na skały nad wielką wodą, żeby jeszcze raz popatrzeć na hiszpańskie wybrzeże, chociaż było ono już zupełnie inne niż to andaluzyjskie albo to w okolicach Murcji. Rankiem Jose otworzył nam bramę, pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy do miasteczka Nules na dworzec kolejowy. Tam koleją Renfe dokulaliśmy się do miejscowości Tortosa w prowincji Katalonia, stamtąd do Barcelony, a z Barcelony do Portbou na hiszpańsko-francuskiej granicy.

Hiszpańskie krajobrazy przesuwały się za oknem, pokazując coraz więcej zieleni. Tym samym na duszy robiło się jakoś tak lżej, bezpieczniej. Gdy wieczorem wysiedliśmy w Portbou, zrobiło się chłodno. Miasto zatopione było w cieniu Pirenejów, wciśnięte między ich podnóże a Morze Śródziemne. Byliśmy dokładnie po drugiej stronie Półwyspu Iberyjskiego i dokładnie po drugiej stronie pirenejskiego łańcucha w stosunku do początku podróży przez Hiszpanię. Wcześniej na skrajnym północnym-wschodzie, teraz na skrajnym południowym-zachodzie kraju.

Chcąc wydostać się z miasta musieliśmy wspiąć się na pobliskie wzgórze, na Przełęcz Coll dels Belitres (165 m n.p.m.), a więc na przełęcz przeciwległą do Przełęczy Jaizkibel (455 m n.p.m.), od której rozpoczynaliśmy hiszpańską przygodę. Nogi jakoś same pedałowały, serce cieszyło się na widok zielonej trawy. Na przełęczy czekał na nas znak graniczny, ale tego dnia jeszcze go nie minęliśmy. Postanowiliśmy rozbić obozowisko na samej granicy Hiszpanii z Francją 🙂

Podsumowanie trasy przez wybrzeże Morza Śródziemnego w Hiszpanii:

  • CZAS: 16 dni (10 dni na rowerach i w pociągach + 6 dni wolnego)
  • DYSTANS: około 632 kilometry
  • KIERUNEK: z Güéjar Sierra i Grenady na południe do miasta Motril i stamtąd wzdłuż wybrzeża na północny-zachód przez zachodnią część Andaluzji, Murcję, Walencję oraz Katalonię do granicy hiszpańsko-francuskiej. 
  • TEREN: skalisty i suchy aż do okolic Barcelony w Katalonii. Do tego pagórkowaty z licznymi podjazdami oraz następującymi po nich zjazdami – konieczne pokonywanie licznych interwałów. 
  • NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: poziom morza podczas noclegu na plaży za miejscowością Carboneras, na kempingu nad laguną Mar Menor w okolicy miasta Los Narejos.
  • NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: około 865 m n.p.m. na przełęczy drogowej Puerto del Suspiro del Moro w okolicy Grenady na drodze równoległej do autostrady A-44.
  • NAJBARDZIEJ STROMY ODCINEK (wg oznaczeń): 10% nachylenia podczas podjazdu na Mirador Cuestas del Cedacero (około 225 m n.p.m.) w okolicy Isla Plana.
  • ZASTĘPCZY ŚRODEK TRANSPORTU: pociąg hiszpańskich kolei Renfe na odcinku Alicante-Sagunt oraz na odcinkach Nules – Barcelona i Barcelona – Portbou przy granicy z Francją.
  • DYSTANS CAŁEJ WYPRAWY NA KOŃCU TRASY PRZEZ HISZPANIĘ: około 8.023 kilometry
  • PRZEBIEG TRASY: Güéjar Sierra – Grenada – Armilla – Motril – Calahonda – Castell de Ferro – Adra – El Ejido – Almeria – Isidro – Carboneras – Mojacar – Palomares Bajo – Calabardina – Mazarron – Puerto de Mazarron – Kartagina – Roda – Los Narajos – Torrevieja – Santa Pola – Alicante – Sagunt – Moncofa – Tortosa – Barcelona – Portbou – granica ES / FR

4 uwagi do wpisu “Wybrzeże Morza Śródziemnego w Hiszpanii – rowerem po Europie

    • Gdzieś tak w na początku października pojawił się problem: Veleta (na południu Hiszpanii, a my byliśmy na północy) czy Portugalia? Zachód, czy południe? Kraniec Europy, czy najwyższa droga na kontynencie? Najlepiej oba rozwiązania, ale ojro coraz mniej, więc coś trzeba było wybrać 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s