Różne oblicza Hiszpanii. Rowerem na południe

Różne oblicza Hiszpanii. Rowerem na południe

„Podróżować to odkrywać, że wszyscy się mylą co do innych krajów”. Aldous Huxley

Hiszpania, 12-14.10. 2016 (135-137 dzień wyprawy)

Dzień po Velecie był mokry. Z namiotu ściekała woda, na kempingu stały kałuże. Wstaliśmy od niechcenia około 10.00 i wiedzieliśmy, że tego dnia nigdzie nie pojedziemy. Niskie, szare chmury zasłaniały góry oraz niebo, spuszczając strugi deszczu na suchą, hiszpańską ziemię. Czekając na atmosferyczne zmiany karmiliśmy kempingowe koty i oglądaliśmy Animal Planet na zmianę z Discovery Channel oraz AXN w salonie telewizyjnym. Kolejny dzień był podobny, tyle, że pojawiały się chwilowe przejaśnienia. Podczas jednego z nich poszliśmy na spacer po stromych, wąskich ulicach miasta, odwiedzając miejscowe sklepy. Na wystawie rowerowego znaleźliśmy m.in. pompki firmy „Romet” 🙂

Następnego poranka złożyliśmy wilgotny namiot i długim zjazdem z nurtem rzeki Rio Genil wracaliśmy do Granady. Niektóre szczyty ciągle spowijały deszczowe chmury, ale raczej były to cienkie welony. Powietrze zaś stało się w miarę przejrzyste, widoczność dość dobra. Tym samym gdzieś hen, hen w oddali Kamil dostrzegł śnieg… Czyżby wysoko w górach przez ostatnie dwa dni szalały jeszcze inne burze?

Wkrótce znów byliśmy w Granadzie, w wielkim, głośnym mieście. Skutery, motory, autobusy, osobówki, taksówki, rowery, piesi przeciskali się po tłocznych ulicach, a my chcieliśmy jedynie zrobić podstawowe zakupy i wydostać się na południe. Po opuszczeniu centrum dalsza jazda okazała się sprawna, chociaż w dalszym ciągu było hałaśliwie. Jechaliśmy wzdłuż autostrady pełnej samochodów różnej maści oraz o różnych gabarytach.

Było gorąco i wcale nie ułatwiał tego podjazd na przełęcz Suspiro del Moro (865 m n.p.m.), choć potem niemal do końca dnia jechaliśmy w dół. Zjeżdżaliśmy przecież z trzytysięcznych gór do poziomu morza. Wracaliśmy „na ziemię”.

Ale zanim stało się to całkowicie, jeszcze na moment wróciliśmy myślami na Veletę. Bo za górami przy drodze wystawały góry, z których właśnie zjeżdżaliśmy. Bo te trzytysięczne czubki były białe, a to oznaczało, że najwyższą drogę w Europie zdobyliśmy w ostatniej chwili, na dzień przed śniegiem…

To było trochę niesamowite. Na moment zawładnęło nami uczucie bycia w dobrym miejscu o dobrym czasie, może nawet pewna świadomość przeznaczenia. Ale nie trwało to długo, bo kolejne głośne samochody wyprzedzały nas pędem na zjeździe. A my czuliśmy się dziwnie, jakoś obco na tej szerokiej drodze, z tym widokiem na skaliste góry, na wysokie palmy i z przekonaniem, że właściwie największy cel wyprawy mamy już za sobą.

Dokąd my jedziemy? – pytaliśmy samych siebie, zupełnie tak, jak pierwszego dnia podróży, gdy na polskich dworcach kolejowych czekaliśmy na kolejne pociągi. Od pięciu miesięcy byliśmy w drodze, ale poczuliśmy się bardziej nieswojo niż na samym początku. Południowo-hiszpański krajobraz jeszcze podkreślał te wrażenia. Poznaliśmy go w wysokich górach i wokół Jaénu, ale sądziliśmy, że zmieni się przy wybrzeżu. Tymczasem wszędzie skały, kamienie i strome skarpy. Małe, murowane wioski przy drodze i skąpa, nikła zieleń.

Czuliśmy się źle. Hiszpania kojarzyła nam się z niesamowitymi widokami, ale również ze zmęczeniem, niewyspaniem, gorącem.  No i o co chodzi? – pytaliśmy dalej. Każdy z tych czynników spotykaliśmy CODZIENNIE. I chyba wreszcie znaleźliśmy odpowiedź, kiedy dodaliśmy jeszcze jeden element – pustkę.

Wieczorem natknęliśmy się na sad oliwkowy, który tarasami opadał w dół zbocza, głęboko, głęboko poniżej jezdni. Na drodze dosięgał nas nieprzyjemny wiatr, więc bardzo korzystnie było schować się między drzewami. Znad krawędzi sadu rozlegał się niesamowity widok na wiadukt drogowy rozciągnięty pośród wzgórz.

Postawiliśmy namiot i umyliśmy się w wodzie z butelki, a potem ugotowaliśmy obiad. Słońce zachodziło za góry, oświetlając nasze zbunkrowane w oliwkach obozowisko. Zrobiło się zimno. Schowaliśmy się w namiocie z mapą, a niebawem wcześnie położyliśmy się spać z nadzieją, że następnego dnia poczujemy się lepiej.

Hiszpania, 15-18.10.2016 (138-141 dzień wyprawy)

Zjazdu ciąg dalszy. Poranny chłód wyzwolił w nas potrzebę założenia skarpetek i kurtek. Droga była szeroka, gładka i nowa. Ale przede wszystkim – pusta. Większość samochodów poruszała się po autostradzie, więc większość z tej przestrzeni na krajówce mieliśmy wyłącznie dla siebie. Ze zdziwieniem patrzyliśmy na głęboką dolinę, w której poprowadzono drogę. Wyrastające wokół nas skały były wydrążone przez wodę, ale rzeka (Rio Genil) ledwo płynęła w swoim korycie. Tylko gdzieniegdzie rosły zielone oazy drzew, reszta terenu była surowa.

Sprawnie dotarliśmy do miasta Motril przy wybrzeżu. Zrobiliśmy zakupy spożywcze i zjechaliśmy do drogi biegnącej przy samym brzegu kontynentu. Morze Śródziemne w południowym słońcu było modre i spokojne. Jakieś 150 kilometrów dalej na południe leżała Afryka. Przez moment przez myśl przemknęło, żeby może zawrócić na zachód, na Gibraltar. Szybko porzuciliśmy ten pomysł, uświadamiając sobie, że słońce praży, do tyłka ścieka pot, nie ma cienia, a hiszpańskie wybrzeże wcale nie jest płaskie.

Teren wymuszał wspinaczkę po to, żeby po kilku kilometrach pędzić w dół, a potem znowu wjeżdżać na następne wzniesienie. To były niekończące się pagóry. Z ich szczytów patrzyliśmy w dal, gdzie majaczyły kolejne skały, zapowiadając dalsze stromizny. Tym samym mieliśmy poważny problem ze znalezieniem dzikich noclegów. Byliśmy tak blisko morza, ale plaże znajdowały się prawie wyłącznie w terenach zabudowanych, w turystycznych miejscowościach. Jeśli zaś widzieliśmy jakąś rzadko spotykaną „dziką” plażę, to dotarcie do niej oznaczałoby zepchnięcie ciężkich rowerów 150 metrów w dół po kamieniach, a następnego dnia wpychanie ich z powrotem na drogę.

Dlatego z ciężkim sercem płaciliśmy za jeden, czy drugi kemping. Staraliśmy się patrzeć na to pozytywnie i takie pozytywne kwestie niekiedy znajdowaliśmy. Bo był cień, internet, koty. Odwiedzone przez nas pola namiotowe zasiedlały różnej maści kicie, niekiedy występujące w gęstych populacjach 🙂

Podczas jednej ze wspinaczek usłyszeliśmy dziwny gwizd, a sekundę później zobaczyliśmy brązową kozicę, która zlewała się z kolorem skał przy drodze. Była na wyciągnięcie ręki i przez krótką chwilę patrzyła nam w oczy. Zagwizdała jeszcze raz i spomiędzy kamieni wyskoczyło stado młodych, pędząc wgłąb wąwozu. Jeszcze tego samego dnia przy kempingu, gdzie spaliśmy, pierwszy raz w życiu zobaczyliśmy zielone papugi.

Zawsze gdy opuszczaliśmy turystyczne miejscowości, wokół zmieniało się zagospodarowanie przestrzeni. Wyjeżdżaliśmy z miast i miasteczek ozdobionych palmami, równymi chodnikami, promenadami i plażami. Wjeżdżaliśmy zaś do świata wielkich stert śmieci, gruzu, nieużytków oraz siwych plantacji papryki. Ludzie często nie dbali o swoje otoczenie, ani o warunki życia. Niektórzy z nich mieszkali w ledwo trzymających się kupy barakach lub lepiankach przykrytych azbestem, sklejonych z kilku przypadkowo dobranych materiałów. Choć trzeba przyznać, że każde z tych miejsc miało wspólny mianownik: antenę satelitarną wycelowaną prosto w kosmos 😀

Hiszpania, 19.10.2016 (142 dzień wyprawy)

O dziwo dzień zaczął się pochmurnie. Niestety potem jak zwykle – ostre słońce. Granatowe i brązowe góry wciąż sterczały na północy, a my kręciliśmy się gdzieś w plątaninie dróg powciskanych między skały, a morze. W dalszym ciągu z grubsza brak zieleni, poza palmami w kurortach wczasowych. Byliśmy dopiero w okolicach Almerii, więc ciągle nieznacznie zmieniliśmy szerokość geograficzną. A tymczasem w myślach marzyliśmy już o wydostaniu się bardziej na północ, tam, gdzie jest chociaż trochę chłodniej.

Tamtego przedpołudnia znaleźliśmy sobie kawałek cienia pod murem miejskiego stadionu, na skraju zabudowań. Widok mieliśmy przedni, bo oto przed oczami walał się gruz. Beton i cegły, piach i pokrzywy. Do tego jakiś hiszpański Zenek na rowerze. Ewidentnie pod prąd… Reakcja na klakson samochodu: zerowa 🙂

Nie było długo czekać na kolejnego mistrza drogi. Tym razem było to auto najwyraźniej jadące z jakiegoś sklepu zaopatrującego w materiały budowalno-wykończeniowe. Mała osobówka z wypchanym, niedomkniętym bagażnikiem. A to, co nie zmieściło się w środku… No cóż, przez otwarte okno od strony pasażera wystawała damska ręka trzymająca drewnianą listwę. Aby nią zbytnio nie bujało (a może, żeby nie rysowała lakieru?) podczas jazdy postanowiono… przykleić jej koniec do tylnych drzwi za pomocą taśmy klejącej. Przezorny zawsze ubezpieczony 😀

Wkrótce dotarliśmy do… zjazdu na autostradę. W tej okolicy żadna inna asfaltowa możliwość nie występowała, dlatego poszliśmy w kamienie (szutrówką wzdłuż płotu przy autostradzie). Na początku dało się jechać! Potem z każdym metrem skrzydełka coraz bardziej opadały, kurczyło się samozadowolenie, wyraz twarzy stawał się zacięty i coraz mniej przyjazny 🙂 W myślach pojawiały się całe wiązanki brzydkich słów, bo oto szło się pod górę po śliskich kamieniach, po dziurach i w ostrym słońcu, w hałasie tirów i w towarzystwie upierdliwych much. A obładowany rower ujawniał zapędy do samozwańczej, niekontrolowanej egzystencji.

I tak przez 4 kilometry. Potem asfaltem, potem znów szutrem przez suche, hiszpańskie pustkowie. Mieliśmy dość upałów oraz kamieni, a raczej nie zapowiadało się na łatwy nocleg, więc jechaliśmy od niechcenia. Co prawda dokulaliśmy się do jakiejś krajówki, więc przynajmniej wyrównało się podłoże. można było wsiąść i jechać. Tyle, że znowu pod górę. Po kilku kilometrach nadzieja – zjazd do morza. Pomyśleliśmy o plaży, ale to była kolejna bardzo turystyczna i bardzo ciasna miejscowość. I tak wizja plażowania zastąpiona została kolejnym stromym podjazdem, bo przecież, jak już wiedzieliśmy, hiszpańskie wybrzeże płaskie nie jest.

Ze szczytu podjazdu droga pognała w dół, zakręcając wzdłuż linii brzegowej zaledwie kilkadziesiąt metrów od wody. I to kilkadziesiąt płaskich metrów! Byliśmy w hiszpańskiej Ameryce 🙂 Wreszcie bezpośredni dostęp do morza, wreszcie dzika plaża poza terenem zabudowanym. Bez wahania zadebiutowaliśmy w myciu się w Morzu Śródziemnym. Oczywiście po drodze jeździły samochody, nieopodal kręciło się kilkoro ludzi, ale do samego brzegu prowadziły wielkie kamienie, za którymi można było ukryć obnażoną, zacną część ciała 🙂

Otrzymaliśmy błogosławieństwo od miejscowego policjanta w cywilu, który dopytywał, czy u nas na pewno wszystko w porządku i czy na pewno czegoś nie potrzebujemy. Ciemne i gęste chmury zebrały się nad pobliskimi górami, kiedy gotowaliśmy sobie kolację. Morze miało ciemnobłękitny kolor, ale było spokojne. Jedynie przy brzegu piętrzyły się spienione fale, gdzie woda uderzała o kamienie.

Poczekaliśmy do zmroku, żeby postawić namiot. Piasek był szorstki i gruby, ale nie utrzymywał śledzi. Co robić, panie premierze? Spanie pod gołym niebem odpadało w obliczu tych niepewnych, granatowych chmur nad górami. Poza tym nie chcieliśmy narażać się na nocną, morską wilgoć, która zaraz obsiadłaby śpiwory. Można by pomyśleć, że w takim razie lipa, kiła, gzyms, mogiła, ale przecież takiego śledzia zawsze można zastąpić skałą. Tak więc namiotowe odciągi przywiązywaliśmy do dużych, ciężkich kamieni. A potem śródziemnomorski szum ukołysał nas do wyprawowego snu.

Upał panie, na obiad, kolację i śniadanie

„Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem.” Cesare Pavese

Hiszpania, 20-27.10.2016 (143-150 dzień podróży)

O poranku świat był spokojny. Granatowe kłębowiska rozeszły się gdzieś po nocy, a morze było niemal nieruchome. Na drodze jedynie pojedyncze samochody, w oddali statek łowiący ryby. Zjedliśmy śniadanie na kamieniach, a potem w promieniach wschodzącego słońca łataliśmy kolejną dziurę w dętce.

Po naprawie i rozmonotowaniu obozowiska wróciliśmy do drogi. Dotarliśmy do białego olbrzyma (sterczącego na zboczu nieużytku, który miał być wypasionym hotelem), przy którym bieg asfaltu zaczął ewoluować w górę. Nic więc na to nie poradzisz – przełożenia 1-1, a z początku wymuszony uśmiech powoli zamieniał się w grymas satysfakcji. Na około 3 kilometrach wjeżdżaliśmy na wzgórze. Droga oplatała brązowe zbocza, między skałami znów śmignęło gwizdające stadko kozic. Ze szczytu podjazdu patrzyliśmy na ziemię, która nas otaczała. Rozpaczliwie suche góry kontrastowały z ogromnym morzem rozlegającym się u ich stóp.

Pomyśleliśmy jakie to nieprzyjazne miejsce do życia i zastanawialiśmy się co robią tu tłumy turystów każdego lata. W 40 stopniach Celsjusza, w ostrym słońcu, w suchym terenie bez drzew. W tamtej chwili południowa Hiszpania była dla nas wyjątkowo smutna, choć jednocześnie cieszyliśmy się z kolejnego pokonanego podjazdu.

Niebawem wjechaliśmy w gęsto zabudowany teren. Jechało się mało sprawnie, więc zatrzymaliśmy się na zakupy w jednym z miasteczek. Dokonaliśmy zaopatrzenia na obiad, kolację i wszystkie trzy albo nawet cztery śniadania spodziewane kolejnego dnia 🙂 Zapakowani jak słowaccy Romowie w spiskim markecie (tudzież jak rumuńscy Rumuni po wyjściu z ichniejszego Magazin Mixt) turlaliśmy się w poszukiwaniu podłoża do spania. W obliczu wielu zabudowań oraz piachu i kamieni pomiędzy nimi, łatwo było zgadnąć, że wylądujemy na następnym kempingu.

Żeby było śmieszniej, wszystkie hiszpańskie kempingi, na których spaliśmy, również wysypywano kamieniami. Przypominały żwirek dla kota, ale i tak dość często trudno było wbić śledzie bez grymasu niezadowolenia na twarzy. Co najbardziej intrygujące, choć oczywiste dla kontekstu, razem ze żwirkiem zawsze pojawiały się koty. Czyżbyśmy więc spali w wielkiej kuwecie?! 😀 Twierdząca odpowiedź na to pytanie czaiła się tuż za rogiem naszego namiotu. Gigantyczna, gruba, leniwa, mlaskająca, upierdliwa i bezczelna kicia ewidentnie czuła się jak u siebie, będąc jedynie gościem w naszym obozowisku.

Zanim jeszcze zdążyliśmy postawić namiot, ona już mościła sobie legowisko na naszym tropiku. Zanim dobrze zdążyliśmy rozpakować sakwy, ona już pakowała dupsko do przedsionka. Zanim zdążyliśmy otworzyć usta do konsumpcji obiadu, ona już mlaskała! :p Z przestrzeni między sypialnią a tropikiem zrobiła sobie salon piękności, a rano z nonszalancją legła na zamkniętym wejściu do namiotu. Od środka widzieliśmy tylko wielki wklęśnięty zad, który Kamil utrafił swoim gumowym klapkiem. Co na to kicia? Niestety – była klapkoodporna, bo jedynie MLASNĘŁA, w dalszym ciągu trzymając swoje ociężałe cielsko na tropiku. Widocznie osiadła na mieliźnie 🙂

Wyżuliła co nieco na śniadanie i poszła w swoją stronę. Bez pożegnania. Tymczasem minęliśmy koryto szerokiej rzeki, choć próżno było szukać w nim wody. Od brzegu do brzegu porośnięte było drzewami. Ich wysokość wskazywała, że brak wody wcale nie jest wynikiem wyłącznie tegorocznej suszy. Poza zabudowaniami znów uderzyła nas pustka. Skały porastały jedynie niskie rośliny, ale ich szarość zlewała się z kolorem kamieni, prezentując rozległe, brązowe pustkowia.

W którejś z kolejnych wiosek biegające dzieciaki wołały do nas „hola!” („cześć!”), a my musieliśmy ostro hamować przed domowej roboty znakiem ostrzegawczym. Tuż przed wyrwą w jezdni postawiono: 1) skrzynkę, 2) gałąź opartą o skrzynkę, 3) butelkę zatkniętą w gałąź*.

* butelka posiadała prawdopodobnie specjalnie dobraną, jaskrawą kolorystykę (jak na oznakowania drogowe przystało). Etykieta była koloru pomarańczowego, a więc silnie przyciągającego uwagę. 😀

Wieczorem znaleźliśmy się na głównej, ruchliwej drodze. Między kamieniami na poboczu kicały zające, w kamieniach rosły drzewa (!). Wielkie tiry pędziły w dół, do poziomu morza. Na mijanym parkingu właśnie jeden z kierowców zamierzał wrócić na drogę. My z kolei zamierzaliśmy zapobiec kolejnemu niebezpiecznemu manewrowi wyprzedzania. Tak więc… przywitaliśmy się przeciągłym „hola!” z wielkimi uśmiechami na twarzach. Efekt był piorunujący. Przez pierwsze pół kilometra ciężarówka jechała powoli za nami, a dopiero kiedy droga z naprzeciwka stała się całkowicie pusta, zostaliśmy wyprzedzeni obszernym, wzorowym, bezpiecznym łukiem. Pozdrawiajmy kierowców 🙂

Następnego dnia z samego rana topiliśmy się na podjeździe. W bezpośrednim słońcu, bez wiatru, bez cienia. Zmęczeni odpoczywaliśmy po zdobyciu przełęczy. Właśnie jedliśmy sobie owsiankę, kiedy zatrzymała się przy nas przemiła Francuzka, a zaraz potem Hiszpan Leonardo. Leonardo zabrał nas do Kartaginy, historycznego miasta z bolesną przeszłością z czasów wielkiego, starożytnego Rzymu. Wjechaliśmy do centrum, ale nie zostaliśmy w nim długo. Popołudniowy upał odbijający się od nagrzanego betonu szybko zniechęcił nas od zwiedzania. Zresztą z tych najdawniejszych czasów pozostało w obecnej Kartaginie naprawdę niewiele (Rzymianie doszczętnie zniszczyli miasto w ostatniej wojnie punickiej).

Przez kolejne dni upał mocno zachodził nam za skórę. Na jednym z kempingów spotkany Etiopczyk twierdził, że obecnie w Hiszpanii jest… rześko. Różnica pomiędzy nim a nami polegała na tym, że w kraju z którego pochodził, normą jest 45 stopni Celsjusza. Dlatego 10 stopni mniej robiło Mu znaczącą różnicę 🙂

Postanowiliśmy ulżyć sobie w cierpieniach i skorzystać z pociągów. Trzygodzinna przerwa na przesiadkę w Barcelonie pozwoliła dotrzeć do Sagrada Familia. Jechaliśmy długo, przez zatłoczone ulice pełne autobusów, taksówek, skuterów, rowerów i osobówek, skrzyżowań i sygnalizacji świetlnych. Niemniej tłoczno było wokół wielkiego zabytku. Właściwie to byliśmy bardzo rozczarowani, gdy pod kościołem zobaczyliśmy mnóstwo obwoźnych sprzedawców z kolorowymi pierdołami rozłożonymi na chodniku. Największym kiczem wśród kiczów okazała się muzyka disco puszczana z magnetofonu towarzysząca sprzedaży tańczących figurek…

Niebawem znów siedzieliśmy w pociągu. Hiszpańskie krajobrazy przesuwały się za oknem, pokazując coraz więcej zieleni. Tym samym na duszy robiło się jakoś tak lżej, bezpieczniej. Gdy wieczorem wysiedliśmy w Portbou, zrobiło się chłodno. Miasto zatopione było w cieniu Pirenejów, wciśnięte między ich podnóże a Morze Śródziemne. Chcąc wydostać się z miasta musieliśmy wspiąć się na pobliskie wzgórze. Nogi jakoś same pedałowały, serce cieszyło się na widok zielonej trawy. Na przełęczy czekał na nas znak graniczny, ale tego dnia jeszcze go nie minęliśmy. Postanowiliśmy rozbić obozowisko na samej granicy 🙂

Przebieg trasy

granica FR / ES – Irún – San Sebastián – Madryt – Jaén – Granada – Güéjar Sierra – Pico del Veleta – Güéjar Sierra – Granada – Armilla – Motril – Calahonda – Castell de Ferro – Adra – El Ejido – Almeria – Isidro – Carboneras – Mojacar – Palomares Bajo – Calabardina – Mazarron – Puerto de Mazarron – Kartagina – Roda – Los Narajos – Torrevieja – Santa Pola – Alicante – Sagunt – Cio El Gran – Tortosa – Barcelona – Portbou – granica ES / FR

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Różne oblicza Hiszpanii. Rowerem na południe

    • Gdzieś tak w na początku października pojawił się problem: Veleta (na południu Hiszpanii, a my byliśmy na północy) czy Portugalia? Zachód, czy południe? Kraniec Europy, czy najwyższa droga na kontynencie? Najlepiej oba rozwiązania, ale ojro coraz mniej, więc coś trzeba było wybrać 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s