Spanie przy Oceanie

„Kładziesz się na piasku i patrzysz w miliony gwiazd. Oceaniczne powietrze wchodzi Ci głęboko w płuca. Nawet nie chcesz ogarniać tego rozumem, nie chcesz spać, po prostu patrzysz wkoło i jesteś najszczęśliwszy na świecie :)”

Francja, 28-29.09. 2016 (121-122 dzień podróży) Dystans: 48 km i 300 metrów

Marketowe ravioli z fasolką z puszki i piwo najbardziej smakowały nam na atlantyckiej wydmie. Tamtej nocy chcieliśmy spać na plaży pod gołym niebem, bo szlak R1 (La Vélodyssée) wywiódł nas do linii brzegowej oceanu, a głód bytności nad morzem kazał wepchnąć rowery po piachu na wysoką skarpę. I rozgościć się na niej.

Ludzi było niewielu. Ktoś spacerował z psem, ktoś wracał z surfingu. Plaża była obszerna, piasek na niej mokry i ubity. Wielkie fale w ciągu całej doby naprzemiennie oddawały i zabierały połacie plaży nie pozwalając jej wyschnąć. Pomimo kalendarzowej jesieni powietrze było bardzo ciepłe, a słońce ciągle ostre.

Od kilku dni myliśmy się wyłącznie wodą z butelki, więc w tej wielkiej wodzie widzieliśmy wielką okazję, żeby całościowo się wyszorować. Ale Atlantyk nie był zbyt chętny do pomocy, gdy zostawiał na nas ślady soli i nie pozwalał mydłu mydlić się. Finalnie poradziliśmy sobie z namydlaniem skóry i włosów „na sucho”, a potem z wypraniem gatek, choć poniekąd była to zażarta walka z dużymi, słonymi falami. A potem zrobiliśmy pierwsze wyprawowe ognisko (serio pierwsze?) 🙂

Ze szczytu wydmy obserwowaliśmy zachód słońca – podniebną grę granatów, różów i pomarańczy. A kiedy zachód ustał, była już tylko czarna niezmierzona przestrzeń, urozmaicona milionem gwiazd nad głową i przeszyta szumem fal, których nie dało się dostrzec. Większość nocy zeszła na leżeniu w śpiworach i gapieniu się w świecące punkty. W myślach o tym pięknym zjawisku szybko pojawili się wyjątkowi, dobrzy ludzie, których mamy w swoim życiu. I o tym, jak to dobrze, że ich mamy.

Wybudzani co chwilę ze snu śledziliśmy kierunek przemieszczania się poszczególnych konstelacji po niebie. Do tego staraliśmy się kontrolować położenie swoich nosów względem krawędzi śpiworów, które stawały się coraz bardziej wilgotne od oceanicznego powietrza. Nad ranem trudno było zasnąć, bo świat stał się siwy. Kiedy wstało słońce, pokolorowało całe otoczenie.

Atlantyk i niebo były lazurowe, śpiwory wyschły, huk fal zamieszkał w uszach, huczne fale zabierały kolejne metry plaży. Słońce nieznośnie nagrzewało skórę, woda ją chłodziła. Brak cienia z początku doskwierał, potem było wszystko jedno – choć tylko do wieczora, gdy okazało się, że musimy grubo nasmarować się kremem. Świński róż zaatakował nasze plecy 🙂

Wtedy też słońce zaszło za rozległe chmury, które wypędziły z plaży pojedynczych golasów i jeszcze rzadszych tekstylnych. Z obawy przed deszczem woleliśmy tej nocy spać pod namiotem. I tak oto podczas wyprawy pokonaliśmy najbardziej zawrotną dniówkę: AŻ 300 METRÓW do pobliskiego lasu, prosto w igliwie 🙂

W Duecie po Świecie

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s