Hiszpania z północy na południe – rowerem po Europie

Hiszpanię z północy na południe przemierzamy podczas długiej wyprawy rowerowej po Europie. Jest to jeden z końcowych etapów tej podróży i zarazem jeden z najważniejszych, ponieważ przyświeca mu największy rowerowy cel – wjechać na szczyt Pico del Veleta (3.398 m n.p.m.) w Górach Betyckich w paśmie Sierra Nevada, na który prowadzi najwyżej w Europie położona asfaltowa droga. Tym samym ledwie muskamy północny skraj Pirenejów i hiszpańskimi kolejami gnamy na południe kraju. Po drodze odwiedzamy kilka miast: wspaniałe San Sebastian w kraju Basków, fascynującą Grenadę w Andaluzji, jak i położone wśród suchych gór Jaen. 

 

Wjazd do Hiszpanii wiązał się z podjęciem ważnej decyzji. Po przemierzeniu francusko-hiszpańskiej granicy i pirenejskim podjeździe na Przełęcz Jaizkibel w Kraju Basków postanowiliśmy udać się na południe Hiszpanii. Dokonaliśmy tu wyboru pomiędzy kontynuowaniem trasy na zachód do Portugalii, a ukierunkowaniem się na najwyżej w Europie położoną drogę w Górach Betyckich na południu kraju. Był już październik, zatem należało się spieszyć, żeby zdążyć wjechać na Pico del Veleta przed opadami śniegów.

Hiszpania jest naszym jedenastym wyprawowym krajem, a żeby się tu dostać przemierzyliśmy już południową Saksonię w NiemczechCzechySłowację, wschodnie WęgryRumunięSerbię, centralne Węgry, słowacką BratysławęAustrię, południowo-wschodnią Szwajcarię, północne Włochy, zachodnią Szwajcarię oraz Francję. Żeby zaś wjechać na Veletę, mamy za sobą solidny sakwiarski trening przez góry Środkowej oraz Zachodniej Europy. Szosa Transfogaraska, Transalpina, Passo dello Stelvio, Grossglockner Hochalpenstrasse to tylko niektóre z najwyższych dróg i przełęczy, które do tej pory zdobyliśmy. W nogach jest jeszcze kilkaset innych mniej znanych lub całkiem bezimiennych, małych albo większych podjazdów. Na tym odcinku wyprawy jesteśmy już piąty miesiąc w podróży i pokonujemy tu zaledwie 180 rowerowych kilometrów wspomaganych hiszpańską koleją.

„Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia” Jose Ortega y Gasset

Hiszpania. 06-08.10 2016: 129-131. dzień wyprawy. Dystans: 69 km rowerem, kilkaset km koleją. Odcinek: Irun – San Sebastian – Madryt – Jaen

Po ponad miesiącu spędzonym we Francji, droga D912 przy atlantyckim wybrzeżu skierowała nas na most nad rzeką Bidasoa i tym sposobem wjechaliśmy do Hiszpanii, na początek do kraju Basków. Już dnia poprzedniego linia brzegowa nabrała nieco egzotycznego charakteru, zastępując piaszczyste wydmy skalistymi pagórami. Przetransportowaliśmy się z całym majdanem do centrum miasta Irun leżącego po hiszpańskiej stronie mostu, a z jednego ze sklepów wytarmosiliśmy trochę zakupów na kolację i następne śniadanie plus zapas wody na ewentualny dziki nocleg.

Ten zaś zapowiadał się gdzieś na pirenejskich pagórach, ponieważ postanowiliśmy pojechać boczną, krętą drogą nad wybrzeżem. Żeby ominąć te wszystkie główne, hałaśliwe i zapchane trakty poupychane blisko siebie. Tym samym wjechaliśmy na drogę GI-3440 Jaizkibel Hiribidea w kierunku Przełęczy Jaizkibel (455 m n.p.m.) – z początku łagodną, potem coraz bardziej stromą (szczegółowe informacje o podjeździe na Przełęcz Jaizkibel umieściliśmy w oddzielnym wpisie: Przełęcz Jaizkibel rowerem. Między oceanem a Pirenejami). Tak, czy siak na pierwszych kilometrach podjazdu spodobał nam się widok na zostawione za plecami Irun, a później wjechaliśmy między drzewa.

9-10% nachylenia asfaltu ciągnęło w dół w ten upalny dzień. A zaraz potem przerzedzone drzewa odsłoniły widok na lazurowy Atlantyk. Jakby tego było mało, drzewa wkrótce całkowicie zniknęły z pola widzenia, a w zamian za to obok nas rozlegały się soczyste zielone łąki z pasącymi się końmi oraz owcami. Co zaś najbardziej niesamowite, byliśmy w miejscu, które kiedyś „odwiedziliśmy” wirtualnie podczas przeglądania map w internecie. I wcale nie pamiętaliśmy już nazwy ani dokładnej lokalizacji. Ale byliśmy pewni, że to jest to, bo takiego widoku się nie zapomina.

Zatem świadomość bycia tam w chwili obecnej i wspomnienie tamtego „chcenia„, żeby miejsce to kiedyś zobaczyć na żywo zadziałało na nas jak paliwo rakietowe. Jechaliśmy z rozdziawionymi gębami, nogi już dalej pedałowały same, bo byliśmy zbyt zajęci upijaniem się rozległą przestrzenią 🙂 Tym bardziej, że dotarliśmy do punktu widokowego położonego nieco powyżej drogi. Stamtąd zaś mogliśmy zobaczyć panoramę 360 stopni całej okolicy.

Pojawił się więc widok na miasto Irun wraz z dalszą linią brzegową kontynentu w kierunku Francji oraz grzbiety Pirenejów. Było oczywiste, że spędzimy tam noc, więc zabraliśmy się do gotowania kolacji w ostatnich promieniach słońca i jednocześnie w oczekiwaniu na wyludnienie parkingu. Gdy słońce, schowało się za górami, opanował nas wieczorny dygot. Przejmujący chłód wciskał się pod ubranie, ale w tym samym czasie kiedy zgrzytaliśmy zębami, oglądaliśmy też powoli kryjące się w mroku Pireneje, a zabudowania u ich podnóży zaczynały rozświetlać żółte sztuczne światła żarówek.

Gdy wszyscy ludzie odjechali, my w te pędy zabraliśmy się do ekspresowego rozbijania namiotu. Noc była zimna i do tego po części nieprzespana, bo w połowie obudził nas pisk opon, kiedy grupa młodzieży postanowiła urządzić sobie nocne zawody w paleniu gumy kilkanaście metrów od naszego dobytku. Wstaliśmy więc trochę poturbowani, ale szybko zapomnieliśmy o wszelkich niedogodnościach, ponieważ przed oczami rozlegał się najpiękniejszy wschód słońca, jaki w swoim dotychczasowym życiu widzieliśmy.

Wkrótce pierwsze promienie wypełzły zza gór, a po świecie rozlało się intensywne światło poranka. Zanim na parkingu zjawili się pierwsi amatorzy widokowej panoramy, my zdążyliśmy już zwinąć do kupy większość tobołów. Równolegle z przygotowywaniem śniadania, trzeba było załatać dziurę w dętce jednego z rowerów. Potem wytoczyliśmy się z powrotem na drogę GI-3440 i trochę ślamazarnie zaczęliśmy dalszą wspinaczkę do Przełęczy Jaizkibel.

Nie trwało to już długo, niebawem na poboczu dostrzegliśmy brązową tablicę z oznaczeniem wysokości. Nie było tu spektakularnego widoku, ponieważ obok rosły drzewa, ale wielką przestrzeń zobaczyliśmy ponownie na zjeździe do miasta San Sebastian, dokąd pędziliśmy na pociąg, ponieważ podjęliśmy decyzję o przyspieszonym kontynuowaniu trasy na południe w kierunku szczytu Pico del Veleta (3.398 m n.p.m.) w paśmie Sierra Nevada w Górach Betyckich w Andaluzji, żeby zdobyć najwyżej położoną w Europie drogę przed opadami śniegu. Tym samym zrezygnowaliśmy z podróży do Portugalii.

W każdym razie San Sebastian (Donostia w języku baskijskim) zaczynało się tam, gdzie kończył się zjazd z przełęczy Jaizkibel, a z drogi GI-3440 Jaizkibel Hiribidea można było wjechać w płaską ulicę w kierunku rzeki Oiartzun uchodzącej do Atlantyku. Niestety nawigacja w telefonie nie przewidywała mostu, zatem szukaliśmy promu.

Mijane hiszpańskie małżeństwo łamaną angielszczyzną wytłumaczyło nam w jaki mniej więcej sposób dotrzeć do barki i ile za taką przeprawę zapłacimy. 0,70 € za osobę, 0,70 € za rower. O bagażu nikt nic nie wspomniał. Spodziewaliśmy się stabilnej łodzi, tymczasem zastaliśmy chybotliwą łódeczkę, która ledwo zmieściła parę osób z trzema rowerami i naszymi zdjętymi sakwami. Cóż, przewoźnik nie miał nic przeciwko naszym tobołom, a ludzie w pośpiechu pomagali nam najpierw wrzucać sakwy na pokład a potem wyrzucać na drugi brzeg 🙂

Od dworca głównego dzieliło nas kilka kilometrów. Jechaliśmy główną, szeroką ulicą wyprzedzani przez poranne autobusy i samochody. Chodniki pełne były rozgadanych Hiszpanów i świeżego, porannego słońca, a miasto prezentowało się pięknie. Ciągi zadbanych budynków, zdobionych gmachów i kamienic, mosty, pieszo-rowerowe ciągi i niebieska rzeka uchodząca do Atlantyku stwarzały przyjemne wrażenie, że w tym mieście po prostu chciało się być.

Spore wrażenie zrobił na nas Most Marii Krystyny (Puente de Maria Cristina) rozciągnięty nad rzeką Urumea, który znajduje się bardzo blisko dworca kolejowego, po drugiej stronie ulicy. Powstał w początkach XX wieku w ramach konkursu i został ozdobiony wielkimi rzeźbionymi obeliskami na obu końcach.

Gdyby nie pośpiech związany z Veletą, wielce prawdopodobne, że zostalibyśmy tam przynajmniej do późnego popołudnia, bo każda kolejna ulica budziła naszą ciekawość. A że był to dopiero nasz drugi dzień w Hiszpanii, to jeszcze nie obyliśmy się tutejszą architekturą, zatem wiele budynków przyciągało uwagę, a wzrok z chęcią zatrzymywałby się na nich na dłużej. Tymczasem w dworcowym okienku dogadaliśmy się po angielsku i kupiliśmy bilety do Madrytu, bagietki i ciastka na drogę w piekarni, a w upatrzonych gniazdkach elektrycznych w poczekalni naładowaliśmy telefony oraz aparat.

O 14.08. na peron podjechał niskopodłogowy pociąg, więc z wniesieniem rowerów nie było trudności, a po chwili znaleźliśmy wygodne miejsca zaraz przy swoim dobytku. Według wszelkich dotychczasowych okoliczności dzień zapowiadał się pomyślnie. Migające za oknami wagonu obrazy przedstawiały coraz bardziej suchy i skalisty widok. Potem zrobiło się ciemno, a około 22.00 wjechaliśmy na stację Madrid Chamartin, gdzie opuściliśmy pociąg.

Znużeni długą jazdą męczyliśmy wzrok w sztucznym świetle dworca, zawieszeni nad darmowym Wi-Fi. Próbowaliśmy znaleźć szczegółowe informacje na temat kolejnych połączeń kolejowych, ale czas upływał, noc była tuż, tuż, a my musieliśmy teleportować się do centrum. Wiedzieliśmy, że następny pociąg złapiemy rano, ale z innego dworca o nazwie Madrid Atocha. Dlatego postanowiliśmy dostać się do niego i spędzić w nim noc, a z rana zająć się biletami i pognać dalej na południe, zanim śnieg zasypie nam Veletę.

Początkowo nocny rajd po Madrycie był ożywiający. Nocne, rześkie powietrze, dobra orientacja w terenie, gotowość do jazdy przy licznych sygnalizacjach świetlnych, zasuwające obok taksówki i autobusy… Ale pod koniec drogi na każdym skrzyżowaniu przecieraliśmy zmęczone oczy. Światła raziły coraz bardziej, więc nawet nie rozglądaliśmy się wokół po budynkach. Marzyliśmy tylko o tym, żeby odświeżyć twarz w zimnej wodzie i zdrzemnąć się w poczekalni.

Madrid Atocha był olbrzymi. Przez kilkanaście minut szukaliśmy windy, która mogłaby przewieźć nas o poziom niżej, z szerokich korytarzy między sklepami i lokalami usługowymi, do hali z kasami biletowymi. Nie znaleźliśmy. Poproszony o pomoc dworcowy ochroniarz nie dość, że w żaden sposób nie chciał nam wytłumaczyć, jak możemy dostać się niżej, to jeszcze oświadczył, że musimy opuścić budynek dworca, bo… za 20 minut zostanie zamknięty. W sensie, że przez noc nikt nie może w nim przebywać. Informacja szybko się potwierdziła, więc zaczęliśmy poszukiwania automatu z kawą, którego również nie znaleźliśmy.

Tymczasem im bliżej było godziny 1.00, tym bardziej odczuwaliśmy sugestię, żeby wyjść na zewnątrz. Zatem ani kawy, ani kibla, ani windy. Ani dachu nad głową.

Po drugiej stronie ulicy zobaczyliśmy stację paliw. „Kawa!” – zaraz pomyślało się w zmęczonych, śpiących głowach. Kamil podszedł do okienka mówiąc „Hola!” (Cześć), a w odpowiedzi usłyszał zupełnie niehiszpańskie, całkowicie polskie „Cześć”! „To co wam podać?” – kontynuował mężczyzna. To nie był przypadek. Z opadniętymi koparkami zamówiliśmy dwa espresso z cukrem, żeby nieco się ożywić. Nasz nowy kolega Michał pozwolił nam zostać przy stacji, żebyśmy czuli się bezpieczniej. Udostępnił nam toaletę i zaproponował schronieniew myjni samochodowej. Czekały nas 4 długie godziny nicnierobienia i zmęczenia. A w tej myjni, to przynajmniej nie musieliśmy martwić się o rowery, bo nikt nas nie widział. Tym samym mogliśmy choć na chwilę się zdrzemnąć.

Wybiła godzina 5.00. Dwie minuty później byliśmy już w poczekalni dworca, najpierw siedząc, potem leżąc na siedzeniach. Pół godziny drzemki upłynęło jak kilka sekund, ale otwarto toalety, więc po kolei poszliśmy się odświeżyć. Potem wyszliśmy na dwór, żeby wejść innym wejściem, żeby dostać się do kas biletowychW informacji kolei Renfe uzyskaliśmy wiadomość, którym pociągiem przewieziemy rowery. Poszliśmy kupić bilety, ale pan w kasie nie chciał nam ich sprzedać, tłumacząc, że nie istnieją bilety na rower.

Potrzebowaliśmy cukru, choć zmęczony organizm nie miał apetytu i trawienie też mu za bardzo nie leżało. Poszliśmy jednak jeszcze raz do informacji z prośbą o wyjaśnienie rozbieżności i okazało się, że wydostanie się z Madrytu, z największego hiszpańskiego dworca kolejowego wraz z rowerami, jest bardzo trudne. Nasze zdziwienie wydawało się uzasadnione, bo przecież dostaliśmy się tam bez żadnych przeszkód, a tymczasem dalsza droga stała się wielką niewiadomą.

Przez kilkanaście minut mężczyzna z informacji wyszukiwał i drukował połączenia wychodzące ze stolicy na południe z możliwością przewozu rowerów. Było tego niewiele i nic bezpośredniego do Grenady, czyli pożądanej przez nas destynacji. Ale finalnie udało nam się ustalić prawdopodobnie najlepszy scenariusz. I tak kupiliśmy bilety do miasta Jaen położonego około 100 kilometrów na północ od naszego celu. Nie był to jednak koniec niespodzianek. Zamiast na peron, skierowano nas do ciasnej hali, w której kotłowali się ludzie oczekujący na swoje pociągi. Tam dopiero w momencie wjazdu składu na dworzec, wyświetlano informację o numerze peronu, z którego odjedzie. I tak całe tabuny ładowały się w jednej minucie na pionowe, ruchome schody zjeżdżające na stację. Wszystko w ramach ostrożności po bombowym zamachu terrorystycznym z 2004 roku.

W każdym razie dla ciężkich rowerów taki napierający tłum, ścisk i grawitacja nie są zbyt szczęśliwym rozwiązaniem. A dla wkurzonych i niewyspanych sakwiarzy wizja sterczenia w korytarzu pociągu przez najbliższe godziny nie zapowiada się przyjemnie. Niestety tak być widocznie musiało, a my pocieszaliśmy się myślą, że wyjeżdżamy z tego miasta.

Jaen było duszne. Zakurzone, suche i nasłonecznione, a my w dalszym ciągu po zarwanej nocy. Tamtejszy upał jeszcze bardziej nas dobił. Tak, że myślało się opornie, wszystko było ciężkie, a podejmowanie decyzji wlokło się przez cały zestaw emocji, do miejsca, w którym dochodziliśmy do wniosku, że nic nie ma sensu. Dopchaliśmy rowery do dworca autobusowego (pociągami nie dało się dalej jechać, bo w Jaen kończy się linia kolejowa), gdzie wyszukaliśmy połączenia do Grenady z przewozem rowerów w luku bagażowym!

Kupiliśmy bilety na następny dzień i wreszcie z ulgą poszliśmy szukać hostelu. Chciało nam się płakać z niemocy i zmęczenia, i trochę ze śmiechu, kiedy dowiedzieliśmy się, że w żadnym hotelu, czy hostelu w mieście nie ma wolnego pokoju, bo… akurat tego dnia przypadała feria, lokalne święto, na które zjechało mnóstwo poprzebieranych ludzi…Pojechaliśmy w oliwki, między blokami. Umyliśmy się z butelki i czekaliśmy do wieczora. Rozbiliśmy namiot i POŁOŻYLIŚMY SIĘ. Serio, w końcu LEŻELIŚMY! 🙂

Hiszpania. 09-11.10 2016: 132-134. dzień wyprawy. Dystans: 111 kilometrów rowerem, 100 km autobusem. Odcinek: Jaen – Grenada – Güéjar Sierra – Pico del Veleta – Güéjar Sierra 

Sen w gaju oliwnym pomógł, choć nie zregenerował zadowalająco. O poranku zawinęliśmy dobytek i pojechaliśmy na dworzec kolejowy, żeby wygodnie zjeść śniadanie oraz skorzystać z bezpłatnej toalety. Zjedliśmy chleb z serem i groszkiem, wypraliśmy gatki, umyliśmy zęby i podładowaliśmy baterie w telefonach.

Jakoś trudno było uwierzyć, że jeszcze tylko 100 kilometrów drogi do Grenady, a potem kilkanaście kolejnych do Guejar Sierra i podjazdu na Pico del Veleta. Ale jednak nam się nie śniło, autobus przyjechał o oczekiwanej godzinie, a tablica za przednią szybą wyraźnie wskazywała, dokąd pojedziemy. Zapakowaliśmy wszystkie klamoty do luku bagażowego i po kilku minutach autokar wyjechał przez miasto na autostradę. Przed oczami szybko migały nam wielkie połacie oliwnych sadów porastających skaliste pagóry. Powoli w myślach rysowało się wyobrażenie gór Sierra Nevada w Górach Betyckich, do których jechaliśmy. Było ono zupełnie inne od znanych gór Środkowej Europy.

Ale nie było w nas zbyt wielkiego podekscytowania. Raczej zniecierpliwienie, że dojazd do Velety trwa już tyle dni i wlecze się. I do tego pochłania tyle energii, że zafundował nam bezsenność oraz zmęczenie, które mogą wpłynąć na kondycję na najdłuższym podjeździe naszej wyprawy.

Po około godzinie autobus wysypał pasażerów na dworcu w Grenadzie. Jak zwykle przyciągaliśmy wzrok, kiedy ładowaliśmy dziesięć kolorowych sakw na wytarmoszone z bagażnika rowery. Na kolanie zrobiliśmy listę zakupów na 3 dni, na wyjazd w góry. Drzwi marketu Al Campo (podobny do Auchan) ani drgnęły, gdy podeszliśmy do nich. Zamknięte na cacy. Jakaś Hiszpanka przechodząca obok powiedziała, że w całej Grenadzie sklepy są w niedziele pozamykane (a właśnie była niedziela).

W takim wypadku nie mogliśmy pojechać do Guejar Sierra, bo nie mieliśmy prawie nic do jedzenia, a nie było pewności, czy w miasteczku są jakieś sklepy (a jeśli są – to nie wiadomo jakie ceny!). Przez chwilę z sarkazmem przeklinaliśmy pod nosem, że zdobycie Velety przesuwa się ponownie o kolejny dzień. Jednak po chwili dostrzegliśmy w tym pewien pozytyw. Nie było jeszcze 14.00, więc mogliśmy podejść na pole namiotowe (które znajdowało się po drugiej stronie ulicy!) i przez resztę dnia odpocząć, zregenerować ostatnio wyeksploatowane moce.

Po prysznicu i drzemce poszliśmy do miasta, gdzie zafundowaliśmy sobie marokański obiad w niedrogiej knajpie. Spróbowaliśmy tzw. dulces árabes, czyli arabskich słodkich ciastek z sezamem oraz marokańskiej pastilli (po polsku bastela), czyli ciasta w kształcie okrągłego placka ze słodkim lub słonym farszem.

Było to miasto wielu smaków, zapachów i zgiełku w wąskich, czasem pnących się w górę ulicach oraz zakamarkach. Mnóstwo tam sklepów z orientalną biżuterią, ubraniami, szalami, hiszpańskimi kapeluszami i pamiątkami. Pełno też restauracji, barów oraz tapasów, gdzie serwowano marokańskie, czy hiszpańskie jedzenie. W wielu lokalach unosił się dym palonej sziszy, ze sklepów wylatywała woń przeróżnych kadzidełek, w powietrzu roznosił się brzęk talerzy i sztućców, a gdzieś pośród tłumu nielegalni handlarze szeptali do ucha o cenowej okazji, z murów kamienic spoglądały wizerunki katolickich świętych.

Podeszliśmy na wzgórze, żeby zobaczyć panoramę miasta w zachodzącym słońcu. W ostatnich promieniach oglądaliśmy mury budynków Alhambry, najbardziej rozpoznawalnego symbolu Grenady. To wielkich rozmiarów zabytek arabskiej i europejskiej kultury nazywany czasem ostatnim azylem Muzułmanów w Hiszpanii. Określenie nawiązuje do czasów europejskiego średniowiecza, gdy powoli muzułmańskie ośrodki (takie jak Kordoba, Murcja, czy Sewilla) upadały, a Grenada utrzymała się z nich najdłużej, do 1492 roku.

Wielka Alhambra stoi na jednym ze wzgórz, a jej określenie w języku arabskim oznacza czerwoną wieżę. Będąc tam wieczorem, było dla nas oczywiste, skąd została zaczerpnięta nazwa. To rdzawe mury zabudowań twierdzy wyeksponowane od zachodniej strony przybierały krwistego koloru jak słońce, które na skraju dnia chowa się za dachy domów.

W obrębie Alhambry imponował nam każdy budynek. Jedne były efektownie zdobione, inne powściągliwe i surowo geometryczne, ale wszystkie porywały w nieznany sposób łącząc to, co europejskie z tym, co orientalne. Do najbardziej urzekających zabytków należy tutaj Pałac Karola V. Zdobiona fasada budynku kryje wewnątrz rozległy, okrągły dziedziniec z piętrową kolumnadą wokół. Przez historyków sztuki ten XVI-wieczny obiekt uważany jest za najwybitniejszy nie-włoski renesansowy twór.

Jedną z najstarszych budowli Alhambry jest pomarańczowy zamek Alcazaba, o którym pierwsze historyczne wzmianki pochodzą już z IX wieku. Z czasem dobudowano do niego trzy wieże, a zamek pełnił funkcję królewskiej rezydencji. Przez jakiś czas był też więzieniem, dzisiaj jego mury umieszczane na wielu pocztówkach stanowią rozpoznawalny symbol Alhambry. Podobnie jak Dziedziniec Lwów (Patio de los Leones) z charakterystyczną fontanną podpartą figurami lwów. Pod koniec dnia mogliśmy powiedzieć, że widzieliśmy już wszystko, bowiem dawne przysłowie mówi, że kto nie widział Alhambry, ten niczego nie widział (Quien no ha visto Granada, no ha visto nada) 🙂

Następnego poranka zrobiliśmy zakupy w otwartym już Al Campo. Zapakowani jak ciężarówki musieliśmy przejechać przez całe miasto. Po drodze pełno ludzi – uczniów, studentów, przechodniów. Samochody, autobusy, motocykle, manifestacja z bębnami, policja. W aptece kupiliśmy aspirynę na potencjalną chorobę wysokościową, a potem boczna droga wywiodła nas na przedmieścia, skąd zobaczyliśmy suche, brązowe góry.

Początkowo było niemal płasko, z czasem droga zaczęła zawijać się między górami. Południowe, hiszpańskie słońce prażyło w skórę, chociaż był październik. Dodatkowe kilogramy zakupów dawały się we znaki, kiedy podjazdy wyciskały strużki potu na plecach. W Alpach, czy w Karpatach nie mieliśmy trudności z takim obciążeniem. Tutaj prawdopodobnie pokutowały ostatnie doby bez wystarczającej ilości snu, do tego upał i chyba ogólne zmęczenie kilkoma miesiącami wyprawy.

Na chwilę zapomnieliśmy o wszelkich niedogodnościach, kiedy dotarliśmy do zbiornika Canales (Embalse de Canales) utworzonego na rzece Genil (Rio Genil). Jego kolor był tak lazurowy, że trudno było oderwać wzrok. Ale już za moment przypomnieliśmy sobie o upale, ponieważ intensywność wody uświadomiła również, jak bardzo chciało nam się pić 🙂

W Guejar Sierra znaleźliśmy się około 1.100 m n.p.m, co oznaczało, że od Grenady pokonaliśmy około 400 metrów przewyższenia. Wcale to dużo w obliczu tego, co czekało nas kolejnego dnia. Jednak kiedy zatrzymaliśmy się na kempingu, to postanowiliśmy się nagrodzić i po raz pierwszy w trakcie pobytu w Hiszpanii urządziliśmy sobie prawdziwą sjestę 🙂 Był tam bowiem darmowy basen z widokiem na góry –  jak najbardziej odpowiedni na zasłużony odpoczynek zmęczonego sakwiarza 🙂

Tymczasem od Velety dzieliło nas kilkanaście godzin. Wczesnym wieczorem położyliśmy się spać, oczekując porannej wyprawy na najwyżej położoną drogę w Europie. Niestety z efektywnego spania wyszły nici. Czekaliśmy bowiem do momentu rozpoczęcia ciszy nocnej, żeby poprosić o spokój balangujących Anglików kilka parceli obok. Gdy już zasnęliśmy, na długo obudził nas przeraźliwie poszczekujący pies imprezowiczów. Właścicielom najwyraźniej jakoś specjalnie nie przeszkadzały te rozpaczliwe dźwięki, bo dopiero po kilkunastu minutach z jednego z namiotów rozległo się mało stanowcze i zobojętniałe: Quiet… (Cicho…).

Budzik zadzwonił o 6.00, a wkoło było jeszcze zupełnie ciemno. W świetle czołówek zjedliśmy śniadanie, w lustrze w łazience pojawiły się podkrążone oczy i blade twarze. Wyruszyliśmy około 7.30, kiedy w południowej Hiszpanii wciąż panowała ciemna noc. Zjechaliśmy około 140 m w dół do doliny rzeki Rio Genil i tym samym na wysokości 940 m n.p.m. rozpoczęliśmy podjazd na pierwszych pięciu kilometrach Velety (szczegółowy opis trasy oraz wiele informacji praktycznych zawarliśmy w oddzielnym wpisie o podjeździe: Pico del Veleta rowerem. Najwyższa droga Europy).

A była to drastyczna wspinaczka i katorżnicze przepychanie korby, najbardziej wymagający górski fragment, jaki kiedykolwiek spotkaliśmy. Droga o nachyleniach 17-18-19 i 22% zaplatała się po zboczu wzgórza nad Guejar Sierra. Błyskawicznie, choć z dużym wysiłkiem zyskiwaliśmy wysokość oraz przekonanie, że zdobywanie Velety to coś wyjątkowego. To na pewno nie było miejsce na marudzenie, guzdranie się, zwlekanie, zwątpienie, choć po pierwszym kilometrze patrzyliśmy na siebie ogromnymi, zadziwionymi oczami.

Na kolejnych kilometrach nachylenie zmalało do około 8-10%, więc poczuliśmy się tak, jakbyśmy frunęli w powietrzu 🙂 Odkąd wyszło słońce, robiło się coraz cieplej, a z każdym następnym zakrętem zbliżaliśmy się do skraju świata roślin. Do około 2.000 m n.p.m. spotykaliśmy jeszcze drzewa w Parku Narodowym Sierra Nevada, ale dalej już nic nie dawało cienia. Pomiędzy kamieniami pozostały jeszcze niskie krzewy i żółte, wypalone słońcem trawy. Nie było ani jednej chmury, a otoczenie stopniowo zaczynało razić w oczy. Było jak odkryta tajemnica, odsłonięta prawda.

Blada cera zniknęła. Pojawiły się rumieńce na policzkach, błyszczące oczy, uśmiech i potargana grzywka nad czołem Karoliny. Była w tym wszystkim radość z podjazdu i radość z nowej perspektywy. Po krótkiej przerwie na owsiankę, dotarliśmy do zabudowań miejscowości Pradollano (popularny ośrodek sportów zimowych) położonych poniżej drogi. Z drugiej zaś strony i na wprost nad drogą górowały zupełnie suche i skaliste grzbiety gór.

Jeszcze do wysokości 2.550 m n.p.m. droga dość łagodnie pięła się w górę. Tam zaś ominęliśmy szlaban, powyżej którego mogą wjeżdżać jedynie rowerzyści i przemieszczać się piesi. Powyżej niego Veleta znów zaplatała się w serpentyny i z każdą kolejną otoczenie coraz bardziej przypominało obcą planetę. Krajobraz stał się brązowo-czerwony, przypominający Księżyc albo Mars. Trawa zniknęła całkowicie, były tylko kamienie i rozległe panoramy sięgające bardzo daleko. Widoczna była też nieprzyjazna sylwetka Pico del Veleta w kształcie wyszczerbionej, zadartej grani.

Na wysokości około 2.700 m n.p.m. Karolina stała się jakaś nieswoja. Wkroczyliśmy tu bowiem w zakres wysokości, powyżej której u człowieka mogą występować objawy choroby wysokościowej. Od tamtej pory co 1-2 kilometry robiliśmy chwilową pauzę.

Popołudniu dotarliśmy do krańca asfaltu na wysokości około 3.200 m n.p.m, gdzie droga zakręcała z zachodniego zbocza na północ. Stamtąd wiodła po śliskich kamieniach, po których nasze rowery tańcowały z lewa na prawo i z prawa na lewo.

Pico del Veleta rowerem najwyższa droga europy

Była 16.00, gdy stanęliśmy na Pico del Veleta. Na południu zobaczyliśmy majaczące Morze Śródziemne, a wkoło rozlegały się brązowe skały i suche hiszpańskie ziemie. Był też i zimny wiatr, który ochładzał głowę, wywiewał emocje oraz zmęczenie.

Staliśmy powyżej najwyższego w Europie asfaltowego podjazdu i radość to była wielka, ale w obliczu wywiejewa i zmęczenia nie sililiśmy się specjalnie na zewnętrzne okazywanie satysfakcji. Już ubrani w długie spodnie, skarpety, bluzy i kominy na siłę zjedliśmy białkowo-węglowodanowy posiłek po czym udaliśmy się w dół. Dopiero w Guejar Sierra na kempingu uczciliśmy swój sukces skromnym piwem wypitym w namiocie, z jedną nogą w śpiworach 🙂 A potem padliśmy ze zmęczenia 🙂

Podsumowanie trasy przez Hiszpanię z północy na południe:

  • CZAS: 6 dni (3.5 dnia jazdy rowerami + 2 dni jazdy pociągami + 0.5 dnia jazdy autobusem)
  • DYSTANS: około 180 kilometrów
  • KIERUNEK: z granicy francusko-hiszpańskiej przy mieście Irun na północnym wybrzeżu do San Sebastian. Stamtąd przez Madryt na południe kraju do Grenady oraz miasteczka Güéjar Sierra w Górach Betyckich, gdzie rozpoczyna się podjazd na Pico del Veleta.
  • TEREN: górzysty przy północnym wybrzeżu (Pireneje), górzysty w okolicach Grenady (Góry Betyckie)
  • NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: miasto San Sebastian około 5 m n.p.m.
  • NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: 3.398 m n.p.m. na szczycie Pico del Veleta
  • NAJBARDZIEJ STROMY ODCINEK (wg oznaczeń): 22% na początkowych odcinkach podjazdu na Pico del Veleta (tzw. stara droga)
  • ZASTĘPCZY ŚRODEK TRANSPORTU: pociąg hiszpańskich kolei Renfe na odcinku San Sebastian – Madryt, następnie Madryt – Jaen oraz autobus linii Alsa na odcinku Jaen – Grenada
  • DYSTANS CAŁEJ WYPRAWY NA KOŃCU TRASY PRZEZ HISZPANIĘ Z PÓŁNOCY NA POŁUDNIE: około 7.391 kilometrów
  • PRZEBIEG TRASY: granica FR / ES – Irun – San Sebastian – Madryt – Jaen – Grenada – Güéjar Sierra – Pico del Veleta – Güéjar Sierra 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s