Przełęcz Jaizkibel rowerem. Między oceanem a Pirenejami

Przełęcz Jaizkibel to miejsce wyjątkowe ze względów widokowych. Z drogi, która tam prowadzi można obserwować spotkanie wielkiego błękitu z grzbietem Pirenejów oraz z linią brzegową Europy. Pozorne połączenie nieba i Atlantyku oraz deltę rzeki Bidasoa, miasto Irun i zachód słońca nad górą Larrun na granicy z Francją, konie i stada owiec pasące się na wzgórzach. 

Przełęcz Jaizkibel (czyt. haiskivel), czy też droga GI-3440 Jaizkibel Hiribidea do niej prowadząca znajdują się w hiszpańskiej części Pirenejów, tuż nad Zatoką Biskajską – tam gdzie łańcuch górski obniża się ku Oceanowi Atlantyckiemu. Przełęcz mierzy zaledwie 455 m n.p.m, ale jako że wznosi się niemal tuż nad wodą, przewyższenie liczy niemal tyle co wysokość przełęczy. Wartość ta niech więc nikogo nie zmyli, ponieważ przewyższenie bliskie 450 metrów przerasta przewyższenie wielu sudeckich bądź karpackich przełęczy drogowych w Polsce (pomimo, że znajdują się na większych wysokościach).

Rowerowo nie jest wielkim wyzwaniem, najbardziej wymagające fragmenty podjazdu są krótkie i mają 10-11% nachylenia. O wartości kondycyjnej najlepiej niech jednak świadczy fakt, że przełęcz Jaizkibel jest popularnym celem treningów dla okolicznych kolarzy i wielokrotnie była miejscem wyścigów kolarskich San Sebastian Klasyk (Clásica de San Sebastián). Podjazd z pewnością jest również w pełni satysfakcjonujący ze względów estetycznych, ponieważ za poniesiony wysiłek otrzymuje się nadzwyczajną nagrodę, jaką jest wspomniana wyżej widokowa panorama.

Wjeżdżaliśmy tam pewnego przepięknego październikowego popołudnia podczas wyprawy rowerowej po Europie Środkowej i Zachodniej na rowerach wyprawowych (trekking i cross „przerobiony” na trekking) z pełnymi sakwami (około 20-22 kilogramy bagażu na osobę), więc nasz podjazd nie miał charakteru sportowego.

PARAMETRY TRASY (dla trasy Hondarribia / Fuenterrabia – Jaizkibel – Lezo)

DŁUGOŚĆ TRASY: około 16 kilometrów (z czego podjazd do przełęczy Jaizkibel mierzy około 10 kilometrów)

CZAS PRZEJAZDU: około 1,5-2 godziny z pełnymi sakwami (polecamy zaplanować dłuższy pobyt na punkcie widokowym. Nasz trwał cały wieczór i całą noc, w związku z czym do Lezo zjechaliśmy dopiero kolejnego dnia 🙂 )

NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: przełęcz Jaizkibel 455 m n.p.m.

NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: miasta Hondarribia / Fuenterrabia oraz Lezo około 5-10 m n.p.m.

PRZEWYŻSZENIE: około 445-450 m

MAKSYMALNE NACHYLENIE: 9-10% nachylenia nawierzchni dla tej opcji trasy

Profil wysokościowy podjazdu Hondarribia / Fuenterrabia – Jaizkibel (pochodzi ze strony internetowej www.cyclefiesta.com – kliknij na wykres, aby przejść do strony profilu)

Hiszpania. 06-07. października 2016: 129-130. dzień wyprawy rowerowej po Europie

Podążamy za tym, co naturalnie piękne, bo czujemy, że żyjemy wtedy pełniej. Rower dodaje temu wartości, bo wydłuża i utrudnia drogę do celu.

Około rok wcześniej pewnego popołudnia po pracy Kamil „zwiedza” świat za pomocą Google Street View, natrafiając na przepięknie położoną drogę gdzieś w Hiszpanii w pobliżu wybrzeża Atlantyku. Zachwycamy się szeroką panoramą, niebieską wodą i zielonymi wzgórzami. Rozmawiamy o tym, że cudownie byłoby znaleźć „takie” miejsce i rozbić namiot, żeby w „takich” okolicznościach móc spędzić wieczór i poranek. Chodzi nam niekoniecznie o „to” konkretne miejsce, ale jakiekolwiek wyzwalające „taki” zachwyt. Bowiem wtedy jeszcze nie wiemy, że w następnym roku wyruszymy na kolejną wyprawę rowerową, a Hiszpania w ogóle nie znajduje się w najbliższych podróżniczych planach. Nawet nie zapamiętujemy numeru drogi ani dokładnej lokalizacji, no bo przecież to baaardzo daleko – zarówno od naszego mieszkania, jak i od naszych możliwości czasowo-finansowych.

Tymczasem w 2016 roku znajdujemy się na francusko-hiszpańskiej granicy, a dokładniej na moście na rzece Bidasoa dzielącym francuskie miasto Hendaye i hiszpańskie Irun. Ruch na drodze i gęstość zabudowań oraz zaludnienia każą nam szybko podjąć decyzję o ewakuacji na krętą, boczną drogę nad samym wybrzeżem. Jest tam szansa na spokój i dziki nocleg. I nieunikniony podjazd 🙂

W mieście Hondarribia (tak nazywa się miasto Fuenterrabia w języku baskijskim) kluczymy między samochodami w poszukiwaniu sklepu spożywczego, żeby zrobić zapas wody oraz jedzenia na kolację i śniadanie, gdyby udało nam się znaleźć przyzwoite miejsce na dziki biwak. Wiemy, że okolica jest bardzo ciasno „upchana” węzłami drogowymi i zabudowaniami, bo z jednej strony na wyciągnięcie ręki piętrzą się góry, a z drugiej rozlewa się ocean. Tym samym nie liczymy na wielkie cuda i bierzemy pod uwagę również możliwość noclegu na kempingu lub ostatecznie w jakimś hostelu w San Sebastian.

Po spełnieniu misji zaopatrzeniowej wyjeżdżamy z ciasnego centrum i kierujemy się na skraj miejscowości, gdzie droga delikatnie prowadzi w górę. Robi się ciszej oraz spokojniej, a my po całym dniu spędzonym w hałaśliwym, przygranicznym terenie zaczynamy czuć, że podjęliśmy dobrą decyzję. Najpierw mijamy rzędy domów, które po chwili sukcesywnie zastępowane są coraz większą liczbą drzew.

Wjeżdżamy na pierwszą serpentynę, a wkrótce wspinamy się na wzgórze. Zza drzew nieśmiało wyłaniają się zabudowania miasta Hondarribia, fragment zatoki Biskajskiej oraz pasmo wzgórz na granicy z Francją. Jest bardzo ładnie, a my wcale nie oczekujemy, że może być jeszcze bardziej. Tymczasem już niedługo kolejne zakręty prowadzą wzdłuż krawędzi wzgórza, gdzie między drzewami pojawiają się kolejne prześwity na miasto oraz zatokę, a dalej w obniżeniu terenu po lewej (od strony południowej) dostrzegamy zabudowania miasta Irun zwieńczone przeciwległymi grzbietami gór. Tym samym droga GI-3440 coraz bardziej nas zaskakuje.

Mijamy zjazd do Fortu Matki Bożej z Guadalupe (Fuerte de Nuestra Senora de Guadalupe). Asfalt przestaje stawiać opór i droga na około kilometr staje się płaska jak stół. Trasa do tej pory nie była stroma (maksymalnie około 6%), ale poprzez wysoką temperaturę powietrza i ogólne zmęczenie czujemy ulgę na tym „regeneracyjnym” odcinku. Właściwie to łapczywie „kradniemy” każdy metr płaskiego asfaltu, żeby jak najbardziej przybliżył nas do potencjalnego miejsca noclegu. Mijają kolejne metry, dziesiątki, setki.

Jednak w pewnym momencie droga znowu wspina się pod górę i tym razem robi się stromo. Na odcinku około 10% czujemy jak zapasy wody ciążą w dół, a ciepłe powietrze wcale nie pomaga. Pocieszamy się cieniem i faktem, że nie jedziemy tędy w godzinach południowych, kiedy pełne słońce nagrzewa asfalt. W przerzedzeniu między drzewami widzimy lazurową plamę Atlantyku, która zupełnie odwraca uwagę od podjazdowych utrapień.

Dalej drzewa przerzedzają się jeszcze bardziej, stopniowo ustępując zielonym łąkom. A kiedy odsłaniają obszerną panoramę okolicy, stajemy się oniemieli z wrażenia. I to przynajmniej z dwóch powodów. Bo widok jest niesamowity i niepowtarzalny. Gdy zmrużyć oczy, lazur Atlantyku zlewa się z niebem, zaciera horyzont. I podkreśla tę soczystą zieleń, która pomimo jesieni jest wciąż żywa i intensywna. A ogrom przestrzeni solidnie nam przydzwania i wręcz huczy w głowach. Oszołomieni przyglądamy się owcom oraz koniom, które obojętnie skubiąc trawę uświadamiają, że świat nam się nie śni. Wszystko wkoło jest jednak prawdziwe.

Czyżby? Drugim powodem, dla którego jedziemy z rozdziawionymi gębami, jest wspomnienie tej drogi, którą zobaczyliśmy kiedyś na cyfrowej mapie i która wtedy stanęła przed oczami jako nieosiągalne marzenie. Otóż odkrywamy, że znajdujemy się dokładnie w tym miejscu, chociaż jeszcze wczoraj nie pamiętalibyśmy, w jakim regionie Hiszpanii to było. Tymczasem było właśnie pod naszymi kołami. A wyobrażenie naszego namiotu na jednej z łąk maksymalnie zbliżało się do rzeczywistości.

Zatrzymujemy się na drodze, żeby nacieszyć oczy tym wyjątkowym otoczeniem. Bezradnie rozglądamy się wokół za miejscem na nocleg, ale przecież wszystko jest odkryte, dookoła trawa i to w dodatku poogradzana drewnianymi płotami, żeby zwierzęta nie wychodziły na jezdnię. Patrzymy się na beczące owce, kiedy mija nas wycieczkowy autokar. O dziwo nie jedzie dalej drogą na wprost, a skręca w lewo na szczyt wzgórza. W tym momencie orientujemy się, że od głównej drogi w bok odchodzi wąska, krótka dróżka. Oczywiście, że pedałujemy w ślad za autokarem 🙂

Docieramy do punktu widokowego, który wywołuje kolejne oszołomienie. Czujemy się, jakby ktoś walnął nas łopatą w głowy. Odkąd wjechaliśmy na Jaizkibel Hiribidea, każdy ładny widok po chwili jest zastępowany przed kolejny, jeszcze piękniejszy. Tym razem odsłania się przed nami panorama po drugiej stronie wzgórza. Są tam Pireneje i linia brzegowa kontynentu.

Nie dziwi więc, że z autokaru wysypuje się cała gromada staruszków, że kierowcy pojedynczych samochodów parkują na kilka minut, żeby przy takim fantastycznym widoku zapalić papierosa.

Ludzie przyglądają się naszym rowerom, a raczej licznym bagażom, które wtarabaniliśmy na górę. My biegamy z jednej strony punktu widokowego na drugi, nie mogąc zdecydować się, gdzie chcemy patrzeć. Ludzie spacerują po wzgórzu, wchodzą na niewysoką kamienną wieżę, robią sobie zdjęcia. I my fotografujemy. Jedna z wycieczkowych pań po francusku proponuje, że zrobi nam wspólne zdjęcie na tle miasta. Zaczynamy szczerzyć się do obiektywu, natychmiast pojawia się przezabawny staruszek, który swoim aparatem również „strzela” nam fotki. Mamy z niego ubaw, ale widocznie uznał, że rowerowe gatki uwiecznione na tle Pirenejów będą fajną pamiątką z wycieczki 🙂

Kiedy pierwsze wrażenie nieco powszednieje, postanawiamy ugotować obiad. Zatem kuchenka turystyczna ląduje na betonowym murze, woda zaczyna wrzeć, pierożki tortelloni przewracają się w garnku, surówka czeka na konsumpcję. Karolina notuje wypadki dnia mijającego w naszym wyprawowym notesie.

Zbliża się wieczór, słońce jest coraz niżej. Nagrzane wcześniej powietrze szybko wytraca ciepłotę i robi się chłodno. Zakładamy skarpety, bluzy i nakrycia głowy, żeby zbyt mocno nie wyziębić stygnącego organizmu. Nie ma wątpliwości, że gdy zapadnie zmrok, postawimy sobie namiot na wzgórzu. Tym samym okrycie ciała i ciepły posiłek są czynnikami, które mogą rozgrzać nas w tym miejscu.

Hondarribia

Zjadamy posiłek, garnek i widelce czyścimy wodą z butelki. Grzejemy jeszcze herbatę, której ciepło przyjemnie rozchodzi się po palcach, gdy dłońmi obejmujemy aluminiowe kubki. Wszystko jest wspaniale, tylko po jedzeniu przychodzi zmęczenie, podczas zachodu słońca – coraz bardziej przejmujący chłód. Nie chcemy jeszcze rozbijać namiotu, ponieważ na parkingu wciąż przebywa spora grupa młodzieży.

Pod wpływem kładących się nisko promieni słonecznych otoczenie zmienia kolorystykę. Góry robią się brunatne z odcieniami fioletu, a domy i bloki miasta przyjmują ciepłe barwy. Wszystko tonie w wieczornych strugach światła. Nowa jakość krajobrazu odciąga myśli od odczuwanego zimna i rozbudza kolejne podekscytowanie. Bo znów jest jeszcze ładniej, niż było kilkanaście minut temu.

Czekamy na kolejną krajobrazową zmianę, jesteśmy ciekawi jak okolica będzie wyglądała po zmroku. Na zdjęciach łapiemy ten moment, kiedy słońce już schowało się pod horyzontem, ale ciągle nie zapadła jeszcze noc. W mieście zapalają się światła, przez co patrzymy teraz na migoczącą osadę wbitą w podnóże gór.

Oświetlenie dróg oraz niektórych obiektów powoduje, że dopiero teraz wyróżniamy je z dużej, gęstej całości. Kiedy mocno się ściemnia, młodzież wsiada do samochodów i stopniowo odjeżdża. Czekamy do ostatniego auta i w te pędy łapiemy za rowery, żeby przeprowadzić je na trawnik, w upatrzone miejsce.

Zgrabiałymi łapskami rozpakowujemy sakwiarski majdan. Namiot, maty, śpiwory, ubrania do spania, szczoteczki do zębów, wszelkie podręczne przedmioty. Sakwy pakujemy w przedsionek, rowery jak zwykle spinamy łańcuchem i kładziemy obok namiotu. Odświeżamy to i owo i kładziemy się spać dygocząc z zimna. No ale przecież jesteśmy w swoim własnym śnie, w miejscu wymarzonym 🙂

W nocy budzi nas pisk opon, smród palenia gumy i świecące reflektory z samochodów należących do grupy młodzieży urządzającej sobie nocne zawody na parkingu obok naszego namiotu. Spać się przy tym nie da 🙂

O świcie niewyspani i wygnieceni wychodzimy na zewnątrz. W pierwszej chwili jest zimno, ale wschodzące za górami słońce przyspiesza krążenie. W mgnieniu oka zapominamy o nieprzespanej nocy, o chłodzie, o porannym braku mocy. Jest tam bowiem najpiękniejszy wschód słońca, jaki kiedykolwiek w swoim życiu widzieliśmy.

Góry zabarwione są na fioletowo i granatowo, a niebo przechodzi od różów, przez czerwienie i pomarańcze do żółci. Rzeka Bidasoa jak lustro powoli przyjmuje niektóre z tych odcieni. Miasto tylko gdzieniegdzie błyszczy światłami, wielu mieszkańców jeszcze śpi, aut na ulicach musi być niewiele. Ale z każdą minutą cała ta ludzka osada coraz bardziej wydobywa się z nocnego mroku.

Po tym bogactwie kolorów niebo powoli blednie i przez chwilę panuje niewyraźny świt. Jeszcze gdzieniegdzie na niebie snują się zaróżowione chmury, ale zdecydowanie przejmuje je błękit. Owce rozbudzają się, żeby leniwie poskubać trawę. Niektóre z nich siedzą przeżuwając zieleninę z zamkniętymi oczami 🙂

Kiedy słońce wychodzi zza gór, cały świat po tej stronie zalewa fala ciepłego światła. Zieleń odzyskuje soczystość, a wokół zmarzniętych łydek plączą się ogrzewające promienie 🙂 Oprócz nas na punkcie widokowym przebywa jeszcze jedna para, która najwyraźniej przyjechała w nocy samochodem. Nie dziwi ich nasz namiot, ale wolimy rozmontować swój biwak, żeby niepotrzebnie nikogo nie niepokoić. I słusznie, bo z czasem przybywają tutaj kolejni ludzie.

Pakujemy wszystko do sakw i przemieszczamy się na betonowy mur, żeby na siedząco zjeść śniadanie. Podczas „przeprowadzki” okazuje się, że w przednim kole jednego z naszych rowerów przebiciu uległa dętka. Kamil łata dziurę, podczas gdy w aluminiowym garnku gotuje się woda na herbatę. Po zimnej i źle przespanej nocy jest to napój zbawienny, choć w żadnym wypadku nie żałujemy ani chwili spędzonej na Jaizkibel Hiribidea.

Rozglądamy się jeszcze wkoło, ostatni raz studiując panoramę okolicy, a w środku czujemy pewne niedowierzanie pomieszane z ogromną radością. Mamy świadomość, że musimy już jechać dalej, ponieważ niebawem połowa października, a mamy w planach podjazd na trzytysięcznik położony po drugiej stronie Hiszpanii (Pico del Veleta).

Wyjeżdżamy z powrotem na drogę GI-3440. Asfalt przez około 1.5 kilometra wspina się do góry, żeby osiągnąć maksymalną wysokość 455 m n.p.m. Tym samym znajdujemy się na przełęczy Jaizkibel oznaczonej brązową tablicą. W tym miejscu stok porastają drzewa, nie ma więc tutaj takiego odkrytego widoku jak wcześniej. Jednak gdy zaczynamy zjeżdżać w dół, po prawej stronie cały czas towarzyszy nam pogląd na ocean.

Przed nami w oddali (w kierunku zachodnim) zaczynają majaczyć zarysy linii brzegowej oraz nadbrzeżnych wzgórz. Po zatoce pływają statki. „Zaliczamy” ostatnią serpentynę i ponownie znajdujemy się niemal na równi z poziomem morza. Nasza podróż trwa dalej, choć miejsce, które właśnie opuściliśmy żyje w naszych głowach jeszcze długo.

Informacje praktyczne

Lokalizacja i charakterystyka miejsca

Przełęcz Jaizkibel leży na drodze GI-3440 (Jaizkibel Hiribidea) w północno-wschodniej Hiszpanii, w kraju Basków nad Zatoką Biskajską. Od granicy z Francją dzieli ją zaledwie kilkanaście kilometrów, od brzegu Oceanu Atlantyckiego w linii prostej około 2-2,5 kilometra pochyłej skarpy. Na południowy-wschód wypiętrzają się Pireneje (pasmo Pirenejów Atlantyckich lub Zachodnich), a na południu biegnie sieć zawiłych, głośnych i ruchliwych dróg. Z kolei i na wschód, i na zachód od przełęczy leżą ciasne, hałaśliwe miasta Irun oraz San Sebastian. To niesamowite, że wśród tego wszystkiego zmieściła się jedna z najpiękniej położonych dróg, po jakich kiedykolwiek jechaliśmy.

Droga biegnie po stoku wąskiego grzbietu (pasma Jaizkibel – noszącego tę samą nazwę, co przełęcz), który w różnych miejscach bardziej lub mniej stromo opada do wody. Początek podjazdu, zarówno od strony wschodniej jak i zachodniej, charakteryzuje mnogość zakrętów, w tym kilka pojedynczych lub podwójnych serpentyn. Całość pokrywa dobrej jakości asfalt (stan z 2016 roku).

Wzgórza porastają iglaste i liściaste drzewa i krzewy oraz zielone, rozległe pastwiska odgrodzone od drogi siatką. Beznamiętnie pasą się na nich konie oraz stada owiec – pozostając zupełnie obojętnymi wobec walorów krajobrazowych oraz ogromu przestrzeni, jaka rozlega się przed oczami. W okolicy można spotkać również wielkie, białe, obleśne ślimaki bez skorupy, choć na szczęście podczas naszego dzikiego biwaku żaden z nich nie przypałętał się do naszego namiotu 🙂

Umiejscowienie na mapie Hiszpanii

Kiedy jechać?

Według strony internetowej: → cyclefiesta.com droga Jaizkibel Hiribidea jest otwarta przez cały rok. Domyślamy się, że w okresie letnim ruch samochodowy jest zwiększony ze względu na turystów.  My byliśmy tam na początku października, kiedy drzewa oraz trawy były ciągle zielone, a temperatura powietrza w ciągu dnia wciąż wysoka (ponad 20 st. C). Dlatego wydaje nam się, że zarazem najspokojniej na drodze, a do tego ciągle pięknie i zielono wokół jest u schyłku lata oraz na początku jesieni.

Wrzesień i październik są również odpowiednie do ewentualnego nocowania na punkcie widokowym, choć im bliżej jesieni, tym bardziej trzeba liczyć się z przejmującym chłodem pomiędzy zachodem a wschodem słońca (pomimo, że w dzień jest jeszcze bardzo ciepło lub nawet gorąco).

Opcje podjazdu

Na przełęcz Jaizkibel podjechać można z dwóch stron: 1) ze wschodu z miasta Hondarribia / Fuenterrabia (od strony Irun oraz granicy hiszpańsko-francuskiej) lub 2) z zachodu z miejscowości Lezo (od strony San Sebastian). Różnice pomiędzy obydwoma opcjami trasy są niewielkie, niemniej jednak wymieniamy kilka z nich.

Przy wyborze opcji numer jeden podjazd jest o kawałek dłuższy i mierzy blisko 10 kilometrów, podczas gdy podjazd z przeciwnej strony liczy około 6 kilometrów długości. Z zachodniej strony znajduje się odcinek z największym stopniem nachylenia nawierzchni (11%), jest też bardziej interesujący widokowo, ponieważ podjazdowi przez większość czasu towarzyszy pogląd na zatokę. Ze strony wschodniej z kolei wzgórza porastają drzewa i dopiero w końcowych partiach trasy pojawiają się prześwity, a potem ekspozycja na szeroką panoramę okolicy.

Trasa jest krótka i polecamy pokonać ją w całości (Hondarribia – Lezo lub Lezo – Hondarribia) lub podwójnie, w tę i z powrotem. Podjeżdżaliśmy ze strony wschodniej, czyli początkowo mniej widokowej. Tak naprawdę nie miało to znaczenia, ponieważ ostateczny krajobraz i tak przeogromnie nas zachwycił. Jesteśmy nawet skłonni przyznać, że ukryty widok, który ujawnia się dopiero w końcowym odcinku trasy potęguje estetyczne wrażenia i powoduje jeszcze większe „ŁAŁ” niż kiedy przyglądamy się jego stopniowaniu.

Co zabrać?

Trasa na przełęcz Jaizkibel jest krótka, więc nie wymaga żadnego specjalnego zaopatrzenia. M.in. nie potrzeba uzupełniać zapasów wody, czy zabierać ochronnych ubrań. Wystarczy butelka picia i ewentualnie energetyzująca przekąska. Warto zabrać kask rowerowy, który jest obowiązkowy w Hiszpanii. W słoneczny dzień przydadzą się okulary przeciwsłoneczne, dobrze nasmarować się kremem z filtrem. Jeśli ktoś planuje podjazd na zachód słońca, to ewentualnie przyda mu się długi rękaw.

Jeżeli ktoś zechce zostać na noc np. na punkcie widokowym, to poza sprzętem biwakowym (jeśli nie jest to nocleg w samochodzie) przyda mu się cieplejsze ubranie do spania i coś do jedzenia na śniadanie. Powinien także liczyć się z faktem, że poza parkingiem i kontenerem na śmieci nie ma tam żadnej infrastruktury turystycznej (np. toalety, wiaty w razie deszczu itp.).

Dojazd i noclegi

Żeby dotrzeć tu z Polski najwygodniej jest dolecieć z Warszawy (WAW, lotnisko Chopina) do Bilbao (BIO) położonego na zachód od San Sebastian. Takie połączenia realizuje Lufthansa z przesiadką w Monachium (MUC). Następnie z Bilbao do San Sebastian można dostać się busem. Polecamy przewoźnika ALSA, z którego raz korzystaliśmy podczas pobytu w Hiszpanii – do luku bagażowego można zabrać rowery. Więcej na ten temat (po angielsku): → Luggage on the bus. All you need to know – ALSA

Noclegi można znaleźć zarówno w San Sebastian, w Irun, czy w mieście Hondarribia, ewentualnie we francuskim Hendaye, które praktycznie zlewa się z zabudowaniami po hiszpańskiej stronie w jedną aglomerację. Jest tam wiele hoteli oraz restauracji. Po wschodniej stronie podjazdu, przy samej drodze GI-3440 znajduje się kemping Jaizkibel.

W Duecie po  Świecie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s