Szwajcaria rowerem. Alpejskie klimaty

Szwajcaria rowerem. Alpejskie klimaty

„W konfrontacji strumienia ze skałą, strumień zawsze wygrywa – nie przez swoją siłę, ale przez wytrwałość” Budda

Szwajcaria, 22-24.08.2016 (84-86 dzień wyprawy)

Przy austriacko-szwajcarskiej granicy w rzeźbie terenu dominowały skały. Droga biegła w wąwozie otoczonym drzewami, tuż obok płynęła górska rzeka. Samochodów było niewiele, dlatego wyraźnie dosięgał nas szum wody i wiatr pałętający się od zbocza do zbocza.

Droga zawijała się lekko pod górę i była naprawdę malownicza. Aż chciało się zatrzymać, żeby zjeść coś z widokiem na koryto niebieskiej Inn. A co zresztą zrobiliśmy – na poboczu drogi, pod skałą.

Potem minęliśmy pierwszą szwajcarską wioskę, a szlak zrównał się z poziomem rzeki. Zobaczyliśmy wielkie kamienie nad wodą. W sam raz do zasiedzenia przez rowerową pieluchę 🙂 Pomimo, że przerwa i jedzenie były już chwilę wcześniej, postanowiliśmy zrobić jeszcze jedną w ulepszonych warunkach. Zejść do tych wielkich kamieni i wyciągnąć z sakwy paczkę ciastek.

Rozpusta rozpustą, ale przejmujący wiatr tarmosił trawę i rząd drzew po drugiej stronie rzeki. Jednocześnie świeciło ostre słońce, które nagrzewało skórę i opalało nosy. Patrzyliśmy na białe albo popielate kamienie obmywane przez Inn. Kształt wielu z nich był okrągły lub owalny, wyrzeźbiony przez wiele tygodni, miesięcy, lat płynącej wody.

Aj, umyłoby się w rzece, posadziło zady tak naprawdę beztrosko na tych dziejowych kamieniach. Nacieszyło w spokoju tym miejscem, wiedząc, że za nami stoi namiot i po zachodzie słońca można uciec od zimnego wiatru do ciepłego śpiwora!

Otoczenie od dłuższego czasu przywoływało nasze myśli, więc poddaliśmy się temu i w ten sposób od patrzenia na rzekę, przez siedzenie nad rzeką, przeszliśmy (a dokładniej: przejechaliśmy) do siedzenia w rzece 🙂 A było to siedzenie dość spektakularne, ponieważ Karolina postanowiła umyć włosy na płyciźnie 😀 Potem było jeszcze golenie nóg, ale w sumie nie ma o czym mówić, bo to już nie wymagało specjalnych umiejętności.

Ostre słońce i mocny wiatr wysuszyły nas bardzo szybko. Tak jak chcieliśmy – siedzieliśmy nad wodą, w wodzie i przy wodzie. Mieliśmy święty spokój, bo szlak rowerowy oraz drogę zostawiliśmy po drugiej stronie rzeki, a oprócz niej dzieliło nas pasmo gęstej zieleni. Od dróżki, którą tu przyjechaliśmy odgradzały nas pokrzywy, powalone pnie drzew, spróchniałe kory i mrówki. Z kolei za plecami już czekał namiot, żeby nas przygarnąć, kiedy nadejdzie ten spodziewany moment wieczornego, alpejskiego telepania 🙂

Zbyt długo na to nie czekaliśmy, bo dolina była wąska, ciasno otoczona górami. Toteż słońce wcześnie schowało się za wierzchołki, a te rzucały coraz szersze cienie. Wkrótce z przyrodniczych doznań pozostały jedynie powiewy zimna na całkiem gołej, bo przecież idealnie ogolonej łydce! (na tych męskich, owłosionych było zresztą podobnie) 🙂

W namiocie makaronowe obżarstwo plus austriacki sznaps śliwkowy. Później zaś: dobranoc – śpiwory na noc. W środku było ciepło, bo przespaliśmy ją bez zakłóceń, ale rankiem po opuszczeniu ochronnych kokonów ponownie nastąpił dygot. I to taki, że zakładaliśmy ciepłe rękawiczki z pełnymi palcami. Do tego klata okutana w kilka warstw i oczywiście ciepła herbata, a śniadanie w namiocie zamkniętym na cztery spusty (czyli dwa zamki ma się rozumieć).

Pokłóciliśmy się trochę, przybiliśmy piątkę i pojechaliśmy dalej w trasę. Szlak Innradweg (na który wjechaliśmy w Austrii) zaprowadził nas w szuter i kamienie. Obłe, śliskie bestie, które mocno utrudniały jazdę w górzystym terenie ochrzciliśmy całą masą nieprzyzwoitych epitetów. Po dwóch godzinach drogi przejechaliśmy zaledwie 19 kilometrów. Byliśmy rozczarowani tą szwajcarską nie-solidnością, ale z drugiej strony otoczenie było przepiękne… Zielony las, pagóry i cisza (zakłócana przekleństwami). Decyzja była jednak jednogłośna i bezdyskusyjna – wkrótce zjeżdżamy ze szlaku.

Dotarliśmy do miejscowości Scuol, gdzie zjedliśmy drugie śniadanie. Siedzieliśmy na ławce w cieniu, w otoczeniu wiekowych zdobionych domów z malutkimi szybami wciśniętymi w białe mury. Znad dachów wyrastały Alpy, a naprzeciwko nas zgraja młodzieży z domu dziecka darła się wniebogłosy, wygłupiając się przy otwartych oknach swoich pokojów. Gdyby nie oni, pomyślelibyśmy, że miasto wymarło z wszelkiej żywotności.

Zadaliśmy się do sklepu, ale niestety – odbiliśmy się od drzwi 🙂 Było jakoś po 12.00, więc człowiek zza lady postanowił pójść na sjestę. Południowe, ostre słońce odbijało się od jasnego bruku oraz bielonych ścian, rażąc w oczy. Do tego raziła pustka uśpionych ulic (poza budynkiem domu dziecka). Czuliśmy się samotni, ale nie był to smutny stan osamotnienia. Raczej intrygujący posmak sennego końca świata.

Pomiędzy jednym a drugim westchnieniem upewniliśmy się na 200%, że jednak na pewno nie będziemy trzymać się szlaku. Wykres wysokościowy na mapie pokazywał dupne przewyższenia (góra, dół) na plączącej się gdzieś po grzbietach bocznej drodze. Wybraliśmy mniej stromą i bardziej stabilną krajówkę biegnącą przy korycie rzeki.

Najpierw zjazd, potem podjazd w pełnym słońcu, bez koszulek. Ruch niewielki, urozmaicony szalonym traktorem, który śmignął przed przednim kołem Kamila na skrzyżowaniu z nakazem ustąpienia pierwszeństwa przejazdu 🙂

Uświadomiliśmy sobie, że nie tylko Scuol był senny i opustoszały. Cała ta przygraniczna okolica zdawała się odosobniona, zupełnie jakby te wielkie góry przygniatały cywilizację albo wpuszczały ją jedynie na pół gwizdka. Owszem, były zabudowania poukładane w niewielkie miejscowości, była szeroka, główna droga i rozjazdy. Słupy, druty i latarnie, drogowe znaki, rowerowy szlak i tablice. Sterczało sobie to wszystko, ale nie było ludzi! Nie wchodziliśmy w żadne interakcje, nikt nas nie zaczepiał, nie było wzajemnych uśmiechów, powitań, pozdrowień, zapytań, kontaktów wzrokowych. Jeździły pojedyncze auta, ale zaraz znikały za zakrętem, zaraz ginęły w głębokiej alpejskiej dolinie.

Człowiek czuł się zdominowany przez przyrodę, zafascynowany i cały zapocony od ostrego słońca oraz pokonywania krzywizn terenu. A gdy tylko przystanął w cieniu na chwil kilka – dosięgał go przejmujący wiatr. Dlatego w podskokach przywdziewaliśmy bluzy, skarpetki i softshelle, kiedy wieczorem zatrzymaliśmy się po zakupy przed sklepem. A potem w podskokach zmykaliśmy z tej drogiej okolicy, gdy tylko zobaczyliśmy paragonową kwotę. Za podstawowe produkty spożywcze na około 2 dni (takie jak chleb, ser, wędlina, gotowe ravioli, soczewica w puszce, jabłka, woda, ciastka) zapłaciliśmy 40 €!

Oczywiście wiedzieliśmy, że Szwajcaria tania nie jest, ale mimo to nie uniknęliśmy szoku 🙂 Na szczęście później przyjdzie nam dowiedzieć się, że tak bardzo kosmiczna kwota była wynikiem występowania znikomej ilości sklepów w tej górskiej, rzadko zaludnionej okolicy.

Jakiś kilometr dalej zapomnieliśmy o wydatkach, ponieważ pojawił się strategiczny problem – gdzie spać? Staliśmy u podnóża podjazdu wspinającego się głęboko w góry, w kierunku włoskiej granicy. Parkingowa mapa terenu pokazywała gęsto usiane poziomice, co dawało niewielką nadzieję na znalezienie odpowiedniego miejsca. Stromym drogom zazwyczaj towarzyszą strome zbocza, a walka z grawitacją nie jest najwygodniejszym scenariuszem na noc (o ile w ogóle da się rozbić namiot).

Szukajcie, a znajdziecie – rozeznanie w terenie niebawem przyniosło rozwiązanie. Wąski szlak rowerowy odbiegający od drogi lawirował po pobliskich pagórkach. Prowadził w zupełnie innym kierunku do naszego, ale uciekł w las. A w lesie, jak to w lesie, drzewa osłaniają przed wzrokiem innych. I w lesie, jak to nie w lesie, znaleźliśmy sobie… taras. Nie widokowy, bo było to pole tarasowe stworzone na zarośniętym zboczu, ale grunt, że grunt pod nogami był całkiem poziomy 🙂

Zawróciliśmy jeszcze na parking, żeby wykorzystać niepowtarzalną okazję – umyć się pod dachem (!) w publicznej toalecie dla turystów. Żeby nie rzucać się w oczy i nie blokować wspólnej części masowej łazienki, po kolei bunkrowaliśmy się w pojedynczej, przeznaczonej dla niepełnosprawnych. Spokojnie – poza nami nie było chętnych, ale za to był skandal. Wysoki próg, brak podjazdu, brak klucza! I to w Szwajcarii??!

Wypiliśmy ciepłą herbatę z turystycznej kuchenki, a już na noclegowym miejscu zjedliśmy ravioli z soczewicą. Ściemniło się. Postawiliśmy namiot, pociągnęliśmy po łyku wciąż austriackiego sznapsa na ogrzanie i położyliśmy się spać. Ostatnim razem tak wysoko spaliśmy w Rumunii (tym razem było to nieco ponad 1.400 m n.p.m.)!

Z rana scenariusz był mniej więcej taki sam, tyle, że bez sznapsa i jakoś wszystko szło w drugą stronę 🙂 To znaczy spakowaliśmy obozowisko, a potem ponownie umyliśmy się w znajomej już łazience, zjedliśmy śniadanie, ugotowaliśmy wodę na herbatę. Trochę nami telepało, bo dolina pozostawała w głębokim cieniu, choć słońce powoli oświetlało zachodnie szczyty.

Na szczęście zaczęło się z grubej rury. 6,5 kilometra podjazdu, z wysokości 1.430 m n.p.m. na 1.880 m n.p.m, czyli aż 450 metrów przewyższenia. Rozgrzaliśmy się szybko, po pierwszym kilometrze rozbierając długie rękawy. Słońca było coraz więcej i coraz więcej światła padało na piękne, surowe, pograniczne Alpy. Wjechaliśmy do Szwajcarskiego Parku Narodowego, gdzie siwe, skaliste wierzchołki gór wyrastały znad zielonych lasów.

Jechaliśmy w górę rzeki Spöl, która czasem wyłaniała się zza prawej skarpy. Spotkaliśmy kilku rowerzystów na „lekko” z oczami wielkimi jak 5 złotych, kiedy zobaczyli nas z tyloma sakwami 🙂 Dotarliśmy do przełęczy i na powrót ubrani w bluzy oraz nakrycia głowy, zjechaliśmy w dół. Do tunelu.

Okazało się, że rower do tunelu wjechać nie może – przynajmniej nie na własnych kołach. Zobaczyliśmy z daleka znak zakazu obramowujący nasze biedne kózki i już zaczęliśmy trząść bródkami, ale przecież chwila! Nie może być takiej możliwości, żeby sakwiarski lub kolarski przejazd nie był możliwy. No bo jak? W TYM terenie? W TEJ okolicy? Przecież po drugiej stronie góry leży boskie miasto Livigno, potem boska przełęcz Foscagno, i jeszcze boska przełęcz Stelvio, gdzie trenują, a potem ścigają się najlepsi włoscy (i nie tylko) kolarze Giro d’Italia…

Zaraz potem zorientowaliśmy się, że przecież przed tunelem stoją jacyś ludzie z rowerami i wcale nie wyglądają na zakłopotanych, raczej na czekających na coś. No i już spokojna głowa – jest tablica, jest rozkład jazdy autobusu. Uff! Zbyt długo nie czekaliśmy. Potulnie zdjęliśmy sakwy, a pozostali pasażerowie pomogli nam wrzucać je do środka 🙂 Pan Kierownik Imprezy (czytaj: Kierowca) zapakował wszystkie rowery do przyczepy i tak czekaliśmy niecierpliwie na zielone światło. Za nami ustawił się już sznurek samochodów, a z ciasnego tunelu zaczął wyjeżdżać inny, z przeciwnej strony. Przebieraliśmy niespokojnie nogami pod autobusowym siedzeniem. Włochy czekają… Za kilka minut wysiądziemy w kolejnym kraju! Kolarskim kraju!

No i ruszyliśmy 🙂

Przebieg trasy

granica AT / CH – Martina – Ramosch – Scuol – Zernez – tunel Munt La Schera – granica CH / IT

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s