Donauradweg w Austrii – rowerem po Europie

Donauradweg w Austrii to część długodystansowego, międzynarodowego szlaku Euro Velo 6, a przemierzyliśmy go w trakcie długiej wyprawy rowerowej po Europie. Jechaliśmy tu przez północną część kraju od granicy słowacko-austriackiej w okolicy Wolfsthal po położoną na terenie Niemiec Pasawę. Po drodze mijaliśmy Park Narodowy Donau-Auen, wielki Wiedeń, czyli piątą po Pradze, Belgradzie, Budapeszcie oraz Bratysławie wyprawową stolicę. Odwiedziliśmy też znaną z winnic dolinę Wachau, miasto Linz oraz całe mnóstwo niedużych, urokliwych miejscowości i zabytków. Tym samym wizytowaliśmy w krajach związkowych Dolna Austria oraz Górna Austria.

 

Wjeżdżając na Donauradweg mieliśmy już za sobą pokonanie około 3.335 rowerowych kilometrów wyprawy przez Południową Saksonię w Niemczech, Czechy, Słowację, wschodnie Węgry, Rumunię, Serbię, centralne Węgry i Budapeszt oraz zachodni skrawek Słowacji na obrzeżach Bratysławy. Austria była naszym siódmym wyprawowym krajem (nie licząc podwójnej wizyty na Węgrzech oraz Słowacji) i wjazd na Donauradweg był równoznaczny z wjazdem na austriackie terytorium.

Kierowaliśmy się tu z Węgier, gdzie w Budapeszcie wjechaliśmy na międzynarodowy szlak Euro Velo 6 (Morze Czarne – Atlantyk) w kilku krajach przebiegający wzdłuż Dunaju (podczas tej wyprawy byliśmy też na nim w Serbii). Jego odcinkiem jest również Donauradweg. Zanim jednak Euro Velo pobiegnie z Węgier do Austrii, zahacza jeszcze o słowacką Bratysławę, zatem przy okazji dokonywaliśmy tu szybkiego tranzytu przez słowacki teren. Ze szlaku z kolei zjeżdżaliśmy w mieście Pasawa, które leży przy granicy niemiecko-austriackiej po stronie Niemiec. Na szlaku spędziliśmy 9 dni pokonując około 520 rowerowych kilometrów.

Austria. 26-29.07.2016: 57-60. dzień wyprawy. Dystans: 160 kilometrów. Odcinek: granica SK / AT – Wolfsthal – Hainburg an der Donau – Wien – Klosterneuburg – Griefenstein 

Z węgierskiej Rajki tranzytem trafiamy na obrzeża Bratysławy, z Bratysławy w raz, dwa, trzy na granicę z Austrią. Gładka rowerowa ścieżka prowadzi nas wzdłuż drogi krajowej łączącej słowacką stolicę z Wiedniem. Wielkie jak stodoła znaki informacyjne dla rowerzystów dają tu do zrozumienia, że będziemy mieć do czynienia z poważną, austriacką solidnością 🙂 Na to konto kupujemy sobie po piwie w przygranicznym sklepie, mijamy baraki dla uchodźców i już jesteśmy gotowi, żeby chłonąć wszelkie niuanse związane z wjazdem do nowego kraju.

Rzucamy jeszcze okiem na słowacką stronę, gdzie po naszej prawej ostał się intrygujący widok na wieżowce Bratysławy wystające znad uprawnych pól. A potem już śledzimy wszystkie niemieckie napisy, przytakujemy tak rzetelnym oznakowaniom, aż natrafiamy na naprawdę gruby kaliber tutejszej swoistości – mianowicie wyasfaltowaną polną drogę, na której radośnie popierduje ciągnik 🙂

Oczywiście znów jest gorąco, a przecież w sakwach wieziemy złocisty napój, który najchętniej wypilibyśmy tu i teraz. Dlatego intensywnie zaczynamy rozglądać się za jakimś kątem na nocleg. Rolnicza okolica z pobliskim Dunajem wydaje się odpowiednia do spania na dziko, więc trochę zbaczamy z kursu wzdłuż ścierniska do linii gęstych drzew. Około 20 minut poszukiwań i już siedzimy na skarpie nad rzeką z kamienistym zejściem do wody. Czego chcieć więcej? Co prawda ciasno tam nieco, bo namiot rozbity z odciągami w krzakach i wyjściem prosto w chaszcze – ale grunt, że się zmieścił 🙂

Z rana szybki odwrót na szlak, żeby w mieście Hainburg an der Donau wjechać na prawie dwukilometrowej długości Most Andreasa Maurerajedyny most nad Dunajem znajdujący się pomiędzy Bratysławą a Wiedniem. Korzystamy więc z okazji – tym bardziej, że po drugiej stronie rzeki czeka nas jeszcze jedna całkiem inna okazja i to niemal unikatowa w skali europejskiej wyprawy. Szlak prowadzi do Parku Narodowego Łęgów Naddunajskich (Nationalpark Donau-Auen), gdzie według oznaczeń znajduje się darmowy tzw. Zeltplatz, czyli nic innego jak pole namiotowe. Ciekawość wobec tego miejsca prowadzi nas po parkowych rozlewiskach, aż docieramy do trawiastej polany z tarasem oraz tablicami informacyjnymi na temat okolicznej fauny i flory.

Przybijamy piątkę, bo obok znajduje się również legalne kąpielisko, a na tarasie sterczą ławki i stoły, gdzie przyjemnie i wygodnie będzie dokonywać operacji żywieniowych. Na kolanie szybko spisujemy listę zakupów i wracamy do Hainburga po zaopatrzenie na 2 dni, które to 2 dni tutaj spędzamy. Spanie, kąpanie, gotowanie, lekcje niemieckiego oraz krajoznawcze dokształcanie – tak mija nam czas, a dowiadujemy się m.in. że miejsce naszego pobytu jest jednym z największych terenów zalewowych Dunaju.

Żyje w nim około 100 gatunków ptaków, 30 gatunków ssaków oraz wiele z pozostałych kręgowców i ponad 700 gatunków roślin wyższych. Park Narodowy Łęgów Naddunajskich powstał na około 38 kilometrach długości linii brzegowej rzeki po to, żeby ochraniać nadrzeczne lasy, podmokłe łąki i środowisko wodne przed wycinkami drzew oraz zabiegami inżynieryjnymi ingerującymi w naturalną kolej rzeczy.

W wyjazdowy poranek wciągamy owsiankę z bananami, a potem na powrót tarabanimy się na szlak. Jedziemy po rzecznym wale, wkoło na polanach spotykamy sarny, rodzinę dzików, a nad lasem latają duże ptaki. Przy trasie pojawiają się drogowskazy do Wiednia i brakujący kilometraż to zaledwie kilkanaście kilometrów, które szybko mijają.

W okolicy miasta pojawia się coraz więcej rowerzystów i podobnie jak podczas wjazdu do Budapesztu oraz Pragi – przemierzamy tereny rekreacyjne utworzone dla mieszkańców nad rzeką oraz na 21-kilometrowej dunajskiej wyspie (tzw. Donauinsel). Są więc bary, skate park, place zabaw dla dzieci, ścieżki dla biegaczy, rolkarzy, miejsca do rozpalania grilla, toalety, prysznice, plaże dla nudystów i przy jednym z parkingów dla golasów robimy sobie przerwę na kanapki. Nie żebyśmy z wyrachowaniem chcieli przyglądać się mniej lub bardziej wątpliwym wdziękom Wiedeńczyków, ale jest to jedno ze spokojnych, zacienionych miejsc, gdzie można przycupnąć na krawężniku lub schodach. Golasom nasza obecność również nie przeszkadza, bo jak zdążyliśmy zauważyć – Austriacy raczej są mało wstydliwi w tym względzie 🙂

Tymczasem w zasięgu wzroku pojawiają się nowoczesne, szklane wieżowce. Już po chwili jednym z mostów przerzuconych nad rzeką jedziemy na jej drugi brzeg, gdzie położona jest cała wiedeńska starówka. Dajemy sobie bowiem do dwóch godzin, żeby zachłysnąć się miastem, a potem zdążyć z niego wyjechać, oddalić się, znaleźć miejsce na nocleg i wypełnić całą wyprawowo-biwakową rutynę. Ale co to są 2 godziny w Wiedniu? Jesteśmy tu tylko z powodu przebiegu szlaku, więc też w pobliżu szlaku pozostajemy. Wielkie miasta z obładowanymi rowerami to nie jest to, co lubimy najbardziej, dlatego zadajemy się w nie na ćwierć gwizdka.

Tymczasem stolica bardzo pozytywnie nas zaskakuje w kontekście infrastruktury drogowej. Na trasie w kierunku Katedry Św. Szczepana (niem. Stephansdom lub Domkirche St. Stephan) poruszamy się po doskonałej jakości nawierzchni bez jakichkolwiek wystających krawężników, bez konfliktu interesów w tej ruchliwej, zagmatwanej sieci komunikacyjnej. Tutaj każdy użytkownik ulicy ma swój oddzielny tor ruchu (piesi, rowerzyści, pojazdy silnikowe), często odgrodzony od pozostałych, a przed skrzyżowaniami chodników z rowerowym pasem znajdują się sygnalizacje świetlne dla pieszych. Na skrzyżowaniach drogowych są też lewoskręty dla cyklistów i cały ciąg ścieżek jest oznaczany tablicami informacyjnymi o kierunku jazdy oraz kilometrażu.

Jednak kiedy zsiadamy z rowerów, to nie jest już tak fajnie. Po wąskich uliczkach starego miasta przemieszczają się tłumy turystów, a ciężkie i szerokie rowery nie sprzyjają łatwemu marszowi uwzględniającemu też potrzeby innych. Tarabanimy się zatem do wspomnianej katedry, żeby zobaczyć chociaż jeden charakterystyczny zabytek Wiednia, ale na tym zakończymy poszukiwanie starych zabytków. Katedra Św. Szczepana jest bogato zdobionym romańsko-gotyckim budynkiem, który powstawał w średniowieczu na ruinach dwóch wcześniejszych, romańskich kościołów. Zwieńczona jest aż 4 wieżami mieszczącymi w sobie łącznie 22 dzwony. Najwyższa z wież mierzy 136 metrów, a najniższa i zarazem nieukończona – 68 metrów.

Wizyta na Stephansplatz sprawia nam estetyczną przyjemność, ale co by to była za wizyta w Wiedniu, gdybyśmy zaraz potem nie zafundowali sobie obowiązkowej dla tego miasta rozkoszy smakowej? W jednej z mijanych cukierni kupujemy wiedeński sernik na wynos i podjeżdżamy do pobliskiego parku na ławkę. Ciasto oceniamy na czwórkę z plusem, a zaraz potem zawracamy nad Dunaj, bo przed nami długa trasa wyjazdowa z miasta. Szeroka magistrala z licznymi rozjazdami wywodzi ponownie do terenów rekreacyjnych, gdzie m.in. mijamy muzułmański rewir z meczetem, a nieopodal na piknikowej polanie kobiety w chustach pod wodą z pompy czyszczą mięso na grilla. Wjeżdżamy na wielki wiadukt rowerowy, skąd kierujemy się już na północne obrzeża Wiednia.

Wieczorem docieramy do miejscowości Greifenstein oraz Altenberg położonych nad odnogą Dunaju. Rowerową ścieżką przejeżdżamy na utworzony na rzece półwysep, gdzie znajduje się kąpielisko Altarm Altenberg-Griefenstein oraz obszerny piknikowy teren.

Z półwyspu widzimy zabudowania Greifenstein, w tym zamek na wzgórzu oraz wieżę Kościoła Marii Sorg. Poszukując miejsca pod namiot objeżdżamy cypel i co kawałek natrafiamy na ogrodzone krzakami polanki z zejściami do wody albo drewnianymi ławkami. Wieczór jest pogodny, więc kręci się tu ciągle sporo ludzi, a podczas kilku wyjść rozpoznawczych do piknikowych punktów niechcący wystraszamy tutejszych golasów 🙂 Widać więc, że w okolicy obowiązuje „strój” dowolny, zatem i my nie mamy obiekcji, żeby dokonać nieskrępowanego zanurzenia, kiedy już znajdujemy dla siebie wolną, wydzieloną polankę 🙂

Austria. 30.07-01.08.2016: 61-63. dzień wyprawy. Dystans: 186 kilometrów. Odcinek: Griefenstein – Tulln an der Donau – Mautern an der Donau – Melk – Ybbs an der Donau – Ardagger

W nocy budzi nas pulsująca muzyka techno niosąca się po wodzie z dyskoteki po drugiej stronie rzeki. Nie są to więc najlepiej na świecie przespane godziny, a rano budzimy się trochę od niechcenia.

Mamy jednak ławkę i stół na wyłączność, więc wygodne warunki śniadaniowe motywują do sprawnego ogarniania biwakowej rutyny. Poza tym budzi się kolejny ciepły dzień, dlatego warto zagęścić ruchy, żeby przejechać część trasy zanim nastanie upał. Stąd bez zbędnych dyrdymałów rozmontowujemy sypialnię namiotu, resztę zostawiamy do wyschnięcia z porannej wilgoci, a w międzyczasie gotujemy wodę na herbatę i przygotowujemy kanapki.

Zjeżdżamy z półwyspu i wracamy na Donauradweg w kierunku miasta Tulln an der Donau. Na dzień dobry naszą uwagę przyciąga granatowa skrzynka zawieszona przy trasie. Napis „Schwalbe” sugeruje, że będzie to coś tematycznego dla rowerowego szlaku, co oczywiście natychmiast okazuje się mieć rację bytu. Stoimy oto na wprost dętkomatu, na wprost sześciu rodzajów dętek w cenie 7.50 € za sztukę 😀

Tymczasem szlak biegnie tuż nad modrą rzeką w odkrytym, łysym jak kolano terenie. Jest prosto, płasko i gorąco, a jeździe towarzyszy zapach wody oraz bezpośrednie słońce. Warunki idealne, żeby odpłynąć myślami, powygłupiać się i pogadać, a przy okazji poczuć się jak zgrzana parówka 🙂

Po drodze mijamy miejscowość Muckendorf an der Donau z obszerną przystanią dla łodzi, która przywodzi na myśl wakacyjny klimat oraz odpoczynek. Tymczasem trzeba nam pedałować dalej pod tym bezlitośnie słonecznym niebem, chociaż tego dnia jeszcze kilkukrotnie będziemy mieli ochotę na letnie lenistwo. Tymczasem ucieczce od upalnej duchoty wcale nie sprzyja jazda po odkrytym rzecznym wale. Fragmentami pedałujemy też tuż przy brzegu rzeki, jednak asfalt wciąż w około 90% trasy pozostaje niezacieniony. Jazdy nie ułatwia też monotonia krajobrazu. Szlak jest oczywiście gładki, więc koła śmigają bez przeszkód, ale od miejscowości Zwentendorf an der Donau kilometry dłużą się na długości około 20 jednostek.

Chwilowym punktem orientacyjnym staje się tama na rzece przy Elektrowni Altenwörth. Tak czy siak gdzieś dalej na trasie zatrzymujemy się na długo wypatrywanej ławce, która chociaż po części byłaby osłonięta cieniem krzaków. Gdy już taką znajdujemy, najpierw zdejmujemy koszulki, potem oblewamy się wodą, a następnie gotujemy makaron, żeby posiłkiem dodać sobie więcej energii na dalszą jazdę.

Makaronowe węglowodany pomagają na jakiś czas przy pokonywaniu niewielkich podjazdów na pagórki na dalszej trasie. Monotonny krajobraz zostaje bowiem zastąpiony zielonymi wzgórzami sięgającymi powyżej 400 m n.p.m, które wypiętrzają się po obu stronach Dunaju. Wjeżdżamy bowiem w podnóże masywu górskiego o nazwie Dunkelsteiner Wald, będącego jednym z południowych skrajów Masywu Czeskiego (poza Czechy wykracza on także w Polsce oraz Niemczech). Jednocześnie już za moment stworzy on przełom rzeki formując tzw. Dolinę Wachau (między miastami Krems – Melk).

Na jednym ze wzgórz o wysokości 449 m n.p.m. (przy miejscowości  Furth bei Göttweig) dostrzegamy obszerną budowlę otoczoną murem. To klasztor Benedyktynów Göttweig liczący niemal tysiąc lat, bo pierwotnie założony w 1.083 roku! Obecny budynek jest jednak o wiele młodszy, bo wzniesiony w XVIII wieku w stylu barokowym po uprzednim pożarze. Opactwo znane jest przede wszystkim ze sporych zbiorów sztuki graficznej, które zapoczątkował XVIII-wieczny opat Gottfried Bessel, a wśród których można znaleźć m.in. Rubensa, Dürera albo Rembrandta.

Tymczasem docieramy do obrzeży miejscowości Mautern an der Donau, podczas gdy po drugiej stronie rzeki leży miasto Krems an der Donau. To gdzieś tutaj znajduje się punkt graniczny dunajskiej doliny Wachau, co oznacza, że właśnie w tym miejscu wjeżdżamy na kolejny przełomowy odcinek Dunaju. Wcześniej spotkaliśmy je w Górach Wschodnioserbskich w Serbii w głębokim wąwozie nazywanym Żelazną Bramą oraz na Węgrzech w zakolu rzeki w okolicach Ostrzyhomia na północ od Budapesztu.

Tym samym otoczenie wizualnie nabiera nowej jakości. Niestety nie da się tego powiedzieć o nas, więc ponownie tego dnia zatrzymujemy się przed sklepem z myślą o lodach oraz słodkich napojach, których zazwyczaj prawie nigdy nie spożywamy. Okazuje się, że przez upał desperacko domagamy się energii z cukru!

Potem zaś zaczynamy domagać się miejsca na nocleg i w okolicy przeróżnych kempingów znajduje się całkiem sporo. Zanim jednak zdecydujemy się wydać cenne ojro, dajemy szansę poszukiwaniom czegoś na dziko. Jak zwykle chodzi tylko o w miarę zbunkrowany, płaski kawałek ziemi o przyzwoitym podłożu, a ewentualne luksusy w postaci dojścia do rzeki możemy sobie darować, ponieważ na rowerach tarmosimy przecież przynajmniej po dwie ekstra butelki wody na głowę. I kiedy tak bardziej dla zasady krążymy po gruntowej dróżce za miejscowością Rossatzbach, natrafiamy na wąską ścieżkę w kierunku rzeki, a dwie minuty później zrzucamy z siebie buty, spodenki i koszulki i z ulgą chlapiemy się wodą z Dunaju 🙂

Bo jest tam dzika kamienista plaża, cień drzew i brak ludzi, a po drugiej stronie rozlega się piękny widok na miasteczko Dürnstein oraz otaczające je góry Masywu Czeskiego. To właśnie jeden z piękniejszych zakątków Doliny Wachau i w tym miejscu wcale nie dziwi fakt, że w 2000 roku została ona wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. I równie oczywistym jest, że postanawiamy zostać tam na noc.

Odświeżamy się w rześkiej rzece i po przebraniu w wygodniejsze ciuchy siedzimy sobie na kamieniach w oczekiwaniu na nastanie zmroku, kiedy to planujemy rozstawić namiot. I trzeba przyznać, że jest to oczekiwanie bardzo przyjemne ze względów estetycznych. Bo mamy tu oto widok na architekturę Dürnstein: barokową biało-niebieską wieżę kościoła opactwa Augustianów oraz XVII-wieczny zamek, w którym obecnie mieści się hotel. Z kolei wyżej, na wzgórzu ostały się ruiny pierwszego, bardzo starego zamku, znanego z faktu, że w XII wieku więziony był w nim angielski król Ryszard Lwie Serce. I wszystkie te zabudowania widzimy najpierw w różowej poświacie zachodzącego słońca. Ale kiedy z każdą minutą robi się coraz ciemniej, to w miasteczku zapalają się lampy i po granatowym mroku rozlewają się strugi żółtego i białego światła eksponujące kształt i charakter budynków.

Z rana wszystko wraca do normalności i bajkową scenerię oświetla blade słońce zapowiadające kolejny upalny dzień. Kiedy jemy śniadanie na kamieniach, to na rzece trwa prawdziwy komunikacyjny rozgardiasz, bo całkiem jak w Żelaznej Bramie w Serbii lub w wielkim węgierskim Budapeszcie, po Dunaju przesuwają się spore oraz liczne statki wycieczkowe, a nasza piknikowa lub biwakowa impreza jak zwykle przyciąga uwagę pasażerów 🙂

Dzień jazdy rozpoczyna się od sadów oraz winnic rozłożonych na słonecznych pagórkach pasma Dunkelsteiner Wald. Uprawa winorośli to bowiem jedna z charakterystycznych cech Doliny Wachau. Oprócz winogron rosną tu jeszcze drzewa morelowe, a tabliczki przy szlaku zachęcają do kupowania morelowych konfitur. Po kilku kilometrach docieramy do brzegu rzeki, przy którym tego dnia zostaniemy na dłużej. Tym samym mamy okazję przez cały czas przyglądać się kształtowi Doliny Wachau i przełomowi Dunaju.

Nad korytem wyrastają zielone góry, ale jest to miejsce ładne nie tylko przyrodniczo. W to urozmaicone ukształtowanie terenu wkomponowują się przyjemne dla oczu zabytki oraz inne zabudowania nadrzecznych miasteczek, a wspomniany wpis doliny na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO był zdeterminowany również walorami kulturowymi. Co kawałek znad dachów domów wystają więc wysokie wieże gotyckich warownych kościołów. Rozpoznajemy m.in. kościół Weissenkirchen w miejscowości Weissenkirchen z XVI-wieczną wieżą oraz Wehrkirche St. Michael w miejscowości Mosinghof. Z kolei nad miasteczkiem Spitz wznoszą się ruiny XII-wiecznego zamku Hinterhaus, który ponoć jest regularnie nawiedzany przez ducha żony właściciela. Z przeciwległego brzegu rzeki widzimy, że skala ruin jest imponująca z zachowaną wieżą oraz murami, a i położenie budowli zdaje się być interesujące, ponieważ na sąsiednim zboczu rozkładają się winnice uprawiające winogrona riesling wykorzystywane do produkcji win riesling.

Niebawem zatrzymujemy się w turystycznym Melk i bardzo szybko dosięga nas lenistwo oraz zmęczenie upałem. Jest dopiero około 13:00, w nogach zaledwie 40 kilometrów trasy, ale każda komórka ciała podpowiada, żeby zakończyć dzień jazdy i odpocząć na kempingu. I rzeczywiście w dalszą drogę wyruszamy dopiero kolejnego poranka. Początkowo towarzyszą nam krajobrazy o podobnym do wczorajszego charakterze. Tym samym na widoku mamy m.in. Zamek Persenbeug (Schloss Persenbeug) w Ybbs an der Donau oraz XV-wieczny Zamek Greinburg (Schloss Greinburg) w miejscowości Grein. Jednak główny punkt programu tego dnia abstrahuje od mijanych miejsc, ponieważ mamy poważną okazję do świętowania.

 

Kamil obchodzi 30. urodziny i na to konto najpierw otrzymuje marillen-roulade, czyli słodką roladę morelową, którą zjadamy na ławce nad rzeką w miejscowości Hößgang. Do kompletu są oczywiście życzenia i polskie „Sto Lat”, a na dalszej trasie w jednym ze sklepów kupujemy rum do wieczornego drinka.

Za miejscowością Ardagger szlak na jakiś czas odbiega od Dunaju, więc popołudniu jedziemy między łąkami i polami. Bardzo nam taka zmiana okoliczności odpowiada, ponieważ bardziej niż ciasna dolina sprzyja znalezieniu miejsca pod namiot. A na ten urodzinowy wieczór chcemy koniecznie spanie na dziko z rumowym drinkiem wypijanym z aluminiowych, biwakowych kubków gdzieś na łonie przyrody.

Tymczasem podczas poszukiwań odpowiedniego gruntu nietypowe znalezisko przytrafia nam się w innej płaszczyźnie. W pewnym momencie Kamil zatrzymuje rower i sięga ręką do drzewa, ponieważ w zagłębieniu kory nad jego głową znajduje się… butelka likieru Jaegermeister. W dodatku jest ona pełna, zaklejona banderolą, więc w pierwszej chwili przecieramy oczy ze zdumienia obracając w palcach niewielką piersiówkę. I bardzo trudno nam się oprzeć wrażeniu, że w tym urodzinowym kontekście nie jest to prezent podarowany „przez wyprawę”, taka niespodzianka od drogi 😀

W każdym razie po chwili w pakiecie z Jaegermaisterem przytrafia się też dróżka nad rzeką Grenerarm (odnogą Dunaju), z której można zejść do trawiasto-kamienistej plaży. Szybkie rozpoznanie terenu, namiot w trawę, ręczniki w dłoń, tyłkami siedzimy w wodzie. Przyjemny chłód rozchodzi się po ciele, zaraz potem gotujemy urodzinowy makaron. Brzdęk szkła i aluminium rozchodzi się w powietrzu, kiedy nalewamy rum, degustujemy znaleźny ziołowy likier.

Ten wyprawowy wieczór na 30. urodziny jest po prostu doskonały. Spokojny, słoneczny, nad czystą wodą i smaczny 🙂 Dokładnie taki, jakiego chcieliśmy, jakiego chciał Kamil. Czyli dokładnie taki, jaki miał być!

Austria. 02-04.08.2016: 64-66. dzień wyprawy. Dystans: 174 kilometry. Odcinek: Ardagger – Enns – Linz – Aschach an der Donau – Obernzell – Passau 

Z rana pedałujemy w kierunku do miasta Enns. Nosi ono przydomek „slow city” (powolne miasto), który ma zwrócić uwagę na potrzebę zwolnienia tempa życia. Z tego tytułu na ulicach rozwieszone są tu hasła „Zeit fürs Leben” (czas na życie) sygnowane wizerunkiem ślimaka. Jednak wąskie uliczki pnące się pod górę i spory ruch pieszo-samochodowy nie pozwalają nam odczuć tutejszej powolności, kiedy tarabanimy się z ciężkimi rowerami do centrum.

Potem większość dnia mija na trasie poprowadzonej wałem rzecznym. W dodatku mamy wiatr w plecy, więc jazda wychodzi bardzo sprawnie, ale jako, że zbliżamy się dużego miasta Linz (stolica kraju związkowego Górna Austria), to mijamy się z całą litanią rowerzystów. W pewnym momencie robi się naprawdę tłoczno, a po drugiej stronie Dunaju również bardzo głośno, bowiem mijamy wielką strefę przemysłową miasta oraz most kolejowy. Nocujemy zaś na kempingu, na którym wieczorem kolejne namioty wyrastają jak grzyby po deszczu. Na szczęście w pomieszczeniu socjalnym jest tam milion przedłużaczy, więc każdy może znaleźć dla swojego telefonu wolne gniazdko 🙂

Za Linz znów pedałujemy po wale rzecznym, ale potem przez długie, długie kilometry odbiegamy od głównych dróg, a nawet od miejscowości. Trasa jest ciasno wkomponowana w kolejny ciąg pagórów Czeskiego Masywu i wszystko to jak najbardziej na plus, bo zielono i spokojnie, a Dunaj tak mocno meandruje, że w pewnym miejscu na wysokości miejscowości Schlögen zakręca o całe 180 stopni. Miejsce to atrakcyjne, więc natychmiast robi się drogo (hotele, jachty, restauracje) i dobrze jest ewakuować się dalej 🙂

Trasa po ruchliwej krajówce nie pasuje nam ani trochę, więc najbliższym mostem tarabanimy się na drugą stronę rzeki. Tam ze spokojnej drogi dla samochodów z przyjemnością uciekamy od wszechobecnych rowerowych turystów, kiedy nadziewamy się na strumyk wypływający z lasu. Raz, dwa, trzy i po rozpoznaniu terenu wysypujemy biwakowe graty na miękką zieloną trawę przy pluskającej wodzie.

Jest jeszcze popołudnie, więc maty rozkładamy na zewnątrz odpoczywając na świeżym powietrzu. Jako, że wyprawowe zaopatrzenie przewiduje dzisiaj tylko pierożki z sosem pomidorowym, to takim właśnie obiadem oraz leśnym relaksem świętujemy kolejną okazję – mianowicie pobicie rekordu dystansowego na wyprawie rowerowej. Liczniki podpowiadają nam bowiem, że od momentu startu przejechaliśmy 3.855 rowerowych kilometrów, czyli o około 55 kilometrów więcej niż na naszej pierwszej wyprawie rowerowej dookoła Polski 🙂

Tymczasem następnego poranka po kilkunastu kilometrach docieramy do Pasawy w niemieckiej Bawarii, tuż przy granicy z Austrią. Bawarska Wenecja, bo tak nazywane jest miasto, leży u zbiegu aż trzech rzek (Dunaj, Inn, Ilz) i posiada bogatą zabytkową zabudowę. Kiedy wjeżdżamy w jego obszar, znad drugiego brzegu Dunaju wystają liczne wieże ze spadzistymi dachami lub kopułami.

Historia osadnictwa sięga jeszcze czasów prehistorycznych, prawa miejskie zaś XIII wieku. Od tamtego czasu Pasawa jest ściśle związana z kościołem i biskupstwem, a wiele budynków posiada cechy architektury śródziemnomorskiej, ponieważ po pożarze w XVII wieku była odbudowywana pod kierownictwem włoskich architektów.

Po moście Luitpoldbrücke przejeżdżamy na drugą stronę Dunaju do starego miasta. Kolorowe domy i kamienice wyglądają jak ulice zbudowane z klocków. Ponad dachy wywyższają się tu budowle sakralne, w tym barokowy, geometryczny Kościół Św. Michała (niem. Kirche St. Michael) oraz wielka barokowa Katedra Św. Szczepana posiadająca w swoim wnętrzu największe na świecie organy (największe organy katedralne. Największe organy w ogóle posiadała do początków XX wieku, odkąd tytuł ten przejęły organy znajdujące się w arenie w Atlantic City w USA).

Zatrzymujemy się na placu przy katedrze, gdzie w cieniu słuchamy południowych dzwonów. A potem przejeżdżamy po moście Marienbrücke rozciągniętym nad rzeką Inn i tym samym zjeżdżamy z Donauradweg rozpoczynając kolejny etap wyprawy. Początkowo wzdłuż rzeki kierujemy się na południe od Pasawy powracając na austriacką ziemię. Ale to już trochę inna historia, o której opowiemy w następnym wpisie.

Podsumowanie trasy przez Austrię na szlaku Donauradweg:

  • CZAS: 9 dni (8 dni na rowerach + 1 dzień wolnego)
  • DYSTANS: około 520 kilometrów
  • KIERUNEK: z granicy słowacko-austriackiej przy obrzeżach Bratysławy na zachód w stronę austriacko-niemieckiej granicy w mieście Pasawa.
  • TEREN: pagórkowaty z dłuższymi płaskimi fragmentami
  • NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: prawdopodobnie około 125 m n.p.m. w dolinie rzeki w okolicach granicy słowacko-austriackiej
  • NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: prawdopodobnie około 310 m n.p.m. w mieście Pasawa
  • SZLAKI ROWEROWE: międzynarodowy szlak Euro Velo 6 na odcinku wzdłuż Dunaju w Austrii – Donauradweg
  • DYSTANS CAŁEJ WYPRAWY NA KOŃCU TRASY DONAURADWEG W AUSTRII: około 3.855 kilometrów
  • PRZEBIEG TRASY: granica SK / AT – Wolfsthal – Hainburg an der Donau – Wien – Klosterneuburg – Griefenstein – Tulln an der Donau – Mautern an der Donau – Melk – Ybbs an der Donau – Ardagger – Enns – Linz – Aschach an der Donau – Obernzell – Passau 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s