Centralne Węgry przez Budapeszt – rowerem po Europie

Centralne Węgry przez Budapeszt rowerem przejechaliśmy podczas długiej wyprawy po Europie. Przemierzaliśmy tu płaskie terytoria Wielkiej Niziny Węgierskiej, żeby dostać się do stolicy kraju. Zaś przeprawa przez Budapeszt to ponad 40 kilometrów wzdłuż miasta. Od skraju do skraju. To również spanie w krzakach przy polu słonecznika i naginanie sześciopasmówką. Do tego Dunaj oraz pyszne węgierskie langosze, ciastka, drożdżówki, zawijańce i inne jeszcze nadziewańce z pysznych węgierskich piekarni.

 

Przejazd przez centralne Węgry wraz z Budapesztem był naszą drugą wizytą w tym kraju. Pierwszy raz odwiedziliśmy go jakieś 1.300 kilometrów wcześniej na wschodnich skrajach, gdy tarabaniliśmy się ze Słowacji do Rumunii. Podczas wjazdu przekroczyliśmy naszą siódmą międzypaństwową granicę, mając za sobą ponad 2.800 kilometrów drogi przejechanej przez Południową Saksonię w Niemczech, przez Czechy, Słowację, wschodnie Węgry, Rumunię oraz Serbię. Teraz zaś celem naszym było obranie azymutu na szlak wzdłuż Dunaju w sąsiedniej Austrii (tzw. Donau Radweg). A jako, że jest on częścią międzynarodowego szlaku Euro Velo 6 (Morze Czarne – Atlantyk), to planowaliśmy wbić się na jego kurs już w węgierskim Budapeszcie. Na tym odcinku wyprawy spędziliśmy 8.5 dnia i przemierzyliśmy około 520 rowerowych kilometrów.

Węgry. 18-20.07.2016: 49-51. dzień podróży. Dystans: 163 kilometry. Odcinek: Röszke – Szeged – Pusztaszer – Pálmonostora –  Kiskunfélegyháza – Kecskemet – Felsőlajos

Przejście przez serbsko-węgierską granicę odbyło się bez kolejki. Prośba o pokazanie paszportów, pytanie o przedmioty do oclenia i po chwili jechaliśmy dalej, zostawiając za sobą sznurek wjeżdżających samochodów oraz mijając te, które ustawiły się w kierunku Serbii.

Skręciliśmy w boczną drogę i przystanęliśmy w cieniu na przystanku autobusowym. Było bardzo gorąco, zbliżał się wieczór, od początku dnia w nogach mieliśmy 80 kilometrów. Chłodząc zadki o zimny krawężnik planowaliśmy zbunkrować się na noc w pobliskich krzakach. Jedliśmy sobie serbskie drożdżówki, kiedy podjechał do nas Daniel. A Daniel był Węgrem pracującym w Anglii, który wracał z Serbii na polskim rowerze i ostrzegł nas przed syryjskimi uchodźcami koczującymi w Röszke, kawałek od nas.

– Nie rozbijajcie tutaj namiotu. Tu jest niespokojnie, bezpieczniej będzie, jak oddalicie się od granicy. Niedaleko jest Szeged, miasto, z którego pochodzę. Można coś zjeść, pozwiedzać, znaleźć nocleg. Możecie jechać ze mną, zaprowadzę Was – mówił. Rozmawialiśmy z dobre pół godziny, a potem podziękowaliśmy za rady i za propozycję wspólnej jazdy do Szegedu. Daniel odjechał, a my zostaliśmy jeszcze przez kilka minut, żeby ustalić plan działania. Przestudiowaliśmy na szybko mapę i pojechaliśmy wskazaną przez Daniela drogą do Szegedu.

Miasto było ładne. Zadbane, czyste i przyciągało wzrok wieloma ozdobnymi budynkami. Nadchodził jednak wieczór i nie mieliśmy zbyt dużo czasu, żeby poświęcić go na zwiedzanie. Wypłaciliśmy sobie trochę forintów z bankomatu, kupiliśmy zapas wody. Pomarańczowe słońce oświetlało ulice, kiedy wyjeżdżaliśmy poza miasto, w kierunku niebieskiej plamy na mapie. Żarząca się kula była już bardzo nisko nad horyzontem, gdy dotarliśmy do stawów rybnych. Na podstawie atlasu mieliśmy nadzieję, że będą to jakieś niewielkie jeziora, ale trudno – trzeba przyjmować to, co daje teren 🙂

Wąską dróżką oddaliliśmy się od drogi i umyliśmy w wybetonowanym kanale. Zimna woda orzeźwiła nas po upalnym dniu i 104 pokonanych kilometrach. A potem ćwiartka rakiji z kontrabandy oraz pikantne orzeszki umiliły imieninowy wieczór Kamila 🙂

Następnego dnia wstawaliśmy o 6.00. Zatrzymaliśmy się na moment w Ópusztaszer, żeby wyrzucić śmieci do przystankowego kubła, a zza płotu za nami odezwała się poczciwa, starsza pani. Nie zrozumieliśmy ani słowa, choć z mowy jej ciała domyśliliśmy się, że pyta o podróż, może o rowery. „Polonia” – odpaliliśmy śmiało, pokazując na siebie. Na to babka zbladła, jakby ducha zobaczyła. Kąciki ust opadły, oczy wytrzeszczone. Coś tam do siebie samej szepnęła po czym znakiem krzyża przeżegnała się i jak słup soli stała, patrząc, jak machamy jej na pożegnanie 🙂

Pedałowaliśmy spokojną drogą kierując się do miasta Kiskunfélegyháza, którego nazwy nawet nie umieliśmy wymówić. W każdym razie na tej bocznej alternatywie dla głównej drogi nr 5 ruch był niemal zerowy, a jazda przyjemna. Pola, lasy, pola, lasy. Można było gadać, wygłupiać się, zrobić slalom albo zatrzymać się na rowie i z dna sakwy wydobyć kolejną serbską kontrabandę – tym razem w postaci pudełka z napisem „plazma”, które jednak nie miało nic wspólnego z telewizorem. Przy okazji nie miało też nic wspólnego z filmografią Walta Disneya, chociaż na opakowaniu również widniał wyraz „bambi”. Tak, czy siak otworzyliśmy paczkę tych absurdalnych ciastek i zaczęliśmy się częstować.

Karton głosił również, że jego zawartość jest wszystkim, czego nam potrzeba, co jednak nie było zgodne z prawdą. Bo oto w kolejnej wiosce dalszy apetyt zatrzymał nas przed sklepem. Kupiliśmy sobie przesłodkie lody i usiedliśmy w cieniu na huśtawce. Tymczasem dostrzegła nas inna klientka spożywczaka, zaczynając mówić w ichnim ugro-fińskim kodzie, którego poza znakiem zapytania na końcu wypowiedzi za cholerę nie byliśmy w stanie odszyfrować. Przyzwyczajeni do tego, że ludzie zazwyczaj w pierwszej kolejności pytają „skąd?” – krzyknęliśmy „Polonia„. Po czym tym razem to my zbledliśmy i jak słupy soli na huśtawce siedzieliśmy, bo z ust rozmówczyni do uszu naszych docierał intonowany„Mazurek Dąbrowskiego”!

W szczerym szoku nie zdążyliśmy nawet okazać podziwu, gdyż kobieta natychmiast odjechała, a my jeszcze przez chwilę tkwiliśmy tam z wielkimi znakami zapytania w naszych małych w tamtym momencie móżdżkach. W głowach przewijało się znane powiedzenie: „Polak, Węgier, dwa bratanki, i do konia, i do szklanki”, ale jakoś nic konkretnego nie przypominało nam się w kwestii tego podejrzanego „pokrewieństwa”. Tymczasem fakt niezbity był taki, że węgierska kobieta znała melodię polskiego hymnu narodowego, podczas gdy my nawet nie potrafiliśmy wymówić nazwy „Kiskunfélegyháza”, która była naszą destynacją tego dnia!

Chłonąc powoli z szoku jeszcze przez kolejnych 20 kilometrów jechaliśmy w świętym spokoju bocznych dróg przez wiochy. Co chwilę mijaliśmy pola słoneczników, które wyciągały swoje żółte główki w stronę słońca oraz pogodnego nieba. Za wioską Pálmonostora na chwilę skończyło się rumakowanie, ponieważ wyjechaliśmy na drogę krajową nr 5, a tam samochody śmigały szybko i trzeba było mocniej skupić się na jeździe. Tym bardziej, że pedałowaniu zaczęła towarzyszyć zdrętwiała szyja i ścierpnięte ręce – witamy na długich dystansach w płaskim terenie!

Na kilka kilometrów przed Kiskunfélegyháza znajomy i zarazem złowrogi okrągły znak zakazał nam dalszej jazdy po drodze. Na szczęście można było wbić się na równoległą ścieżkę rowerową, którą dotarliśmy do miasta. A tam zakupy w węgierskim Tesco. Śmignęliśmy przez ładne wizualnie ulice i już niebawem po drugiej stronie miejscowości rozglądaliśmy się za noclegiem. Przez pierwsze kilometry zupełnie nie zapowiadało się na powodzenie tej poszukiwawczej misji, ale w końcu wśród płaskich pól oraz dojazdowych dróżek do domów pojawiła się zwyczajna polna droga prowadząca w sąsiedztwie niewielkiego lasku

Szybkie i sprawne rozpoznanie terenu, a po chwili już tarabaniliśmy rowery wzdłuż polnej miedzy, żeby schować się pod koronami drzew w pobliskim zagajniku. Potem namiot postawiony na raz-dwa-trzy, więc przez resztę wieczoru jedliśmy gotowany makaron i graliśmy w karty. W międzyczasie odwiedziły nas dwa zające oraz sarny, a przed zmrokiem przez wejście do przedsionka obserwowaliśmy wyraziste światło zachodzącego słońca jak malowało się na bliższych i dalszych drzewach.

O poranku wstaliśmy bardzo wyspani jak na warunki wyprawowe 🙂 Byliśmy na tyle rześcy, że zwijanie biwaku łącznie ze śniadaniem i ogarnięciem wszystkich porannych spraw zajęło nam 1.5 godziny. Zaliczyliśmy przy tym ponowną wizytę zajęcy i niczego byśmy sobie za to uciąć nie dali, ale prawdopodobnie była to ta sama para, co dnia poprzedniego. Potem wygramoliliśmy się z powrotem na drogę krajową nr 5 i kontynuowaliśmy przerwany tranzyt. Tego dnia strategicznym punktem mapy było  Kecskemet – kolejne miasto o dziwnej nazwie, co do wymowy której nie byliśmy pewni 🙂 I podobnie jak wczoraj przed Kiskunfélegyháza, tak i dzisiaj przed miastem wjechaliśmy na dobrze utrzymaną rowerową ścieżkę, która zaprowadziła do samego centrum. Uwagę naszą przykuła przede wszystkim nietypowa renesansowo-barokowa elewacja ratusza oraz stojący obok katolicki kościół z XVIII wieku zbudowany w stylu węgierskiego rokoko.

Następnie pojechaliśmy na lody, a za miastem natrafiliśmy na kolejny zakaz poruszania się dla rowerów. Z daleka na widok tego znaku już zacieraliśmy łapska licząc na kolejną rowerową ścieżkę, ale niestety tym razem zawiedliśmy się srogo. W krajobrazie bliższym ani dalszym nic podobnego nie wystąpiło, więc gnaliśmy czteropasmówką razem z samochodami rozglądając się za jakimkolwiek zjazdem w bok. Ten zaś pojawił się dopiero po 4 kilometrach i wyprowadził na spokojne boczne drogi przez las oraz wioski. W miasteczku Lajosmizse zrobiliśmy zakupy i rozpoczęliśmy poszukiwanie pola namiotowego, które przyjdzie nam znaleźć około 5 kilometrów dalej przy dalszym przebiegu krajówki nr 5.

Kemping, jak kemping, ale obok znajdowała się stadnina koni i z całej tej pasji do nieparzystokopytnych właściciel urządził również oślą zagrodę. Oczywiście, że namiot rozbijaliśmy zaraz przy jej płocie, wstępnie zakolegowując się przy tym z kilkoma oślimi sztukami. Po prysznicu natomiast pogłębialiśmy znajomość, a osiołki skubały nas po spodenkach i przytulały się miękkimi pyskami. I w takiej przesympatycznej kompanii zakończyliśmy kolejny wyprawowy dzień 🙂

Węgry. 21-22.07.2016: 52-53. dzień wyprawy. Dystans: 113 kilometrów. Odcinek: Felsőlajos  – Örkény – Dabas – Sari – Taksony – Dunaharaszti – Budapeszt – Szentendre

Z rana przyszło nam dogadywać się po niemiecku, z czym zresztą Kamil świetnie sobie poradził. Zapłaciliśmy za jedną noc, zwinęliśmy toboły i pożegnaliśmy się z nowymi znajomymi zza płotu. Zerknęliśmy na mapę, a tam wielki Budapeszt był już całkiem blisko i postanowiliśmy, że przeznaczymy mu cały kolejny dzień, a dnia bieżącego zajmiemy się dojazdem w okolice przedmieść. Tym samym czekał nas raczej krótki dzień jazdy i niecierpliwe wyczekiwanie kolejnej wyprawowej stolicy trzeciej z kolei po czeskiej Pradze oraz serbskim Belgradzie.

Pierwsze poranne kilometry były spokojne, bo tym razem biały znak w czerwonej obwódce zabraniał jazdy tirom. Potem znów dostaliśmy się pod zakaz dla rowerów, ale w Dabas skręciliśmy po zaopatrzenie i na dobre opuściliśmy krajową piątkę. Licznik wskazywał nam około 30 kilometrów dziennego dystansu, kiedy wjeżdżaliśmy w polną drogę przy skraju lasu. Wynik to marny, ale nie chcieliśmy zadawać się dalej, bo nie wiedzieliśmy, czy przed Budapesztem nadarzy się jeszcze tak dobra okazja do nocowania na dziko jak tutaj.

A było naprawdę przyzwoicie, zwłaszcza jak na bunkrowanie się na dłuższą metę – bo była dopiero 14.00, więc musieliśmy spędzić w okolicy nie tylko noc, ale również całe popołudnie. Wybrane przez nas miejsce to była trawiasta polanka wśród młodych drzewek. Towarzyszył nam cień z przeświecającym słońcem, więc mieliśmy tam w miarę chłodno w tym upalnym dniu. Rozłożyliśmy sobie plandekę od namiotu do leżenia i nadmuchaliśmy poduszki. Pomimo, że byliśmy praktycznie w polu, to obok rozwinął się ruch jak na autostradzie. A jeździły snopowiązałki oraz kombajny, bo na sąsiednim polu trwały żniwa. I wymienione pojazdy to oczywiście nic dziwnego w żniwnych okolicznościach, ale po drodze po kilka razy tarabaniły się również bus, ciężarówka, osobówki, skuter oraz jakaś węgierska pani Balbina na rowerze 🙂

do wieczora przyglądaliśmy się temu środkowoeuropejskiemu ambarasowi, choć oczywiście i na nas zerkano z zainteresowaniem 🙂 O zachodzie słońca wyszliśmy na pole słoneczników, żeby „złapać” trochę tej intensywnej żółci, a kiedy zaczęło się ściemniać, my zaczęliśmy rozkładać namiot. Równocześnie na żer wyleciały komary i w takt okładania się łapskami po plecach i zadkach poszliśmy spać.

Rankiem zaskoczył nas delikatny deszcz, który zdążył jednak zmoczyć tropik namiotu – zatem śniadanie przyszło jeść na stojąco 🙂 Trasa początkowo z wiatrem, więc rozpędzaliśmy się nawet do zawrotnych 25 km/h. Fragmentami gładka ścieżka rowerowa w zabudowaniach, potem dziury, ale zakaz dla pojazdów powyżej 7.5 tony i jakoś nam te pierwsze kilometry w miarę spokojnie zleciały.

Tyle, że do czasu, bo oczywiście nic nie trwa wiecznie. Tym razem zaś zmącenie sakwiarskiego spokoju nastąpiło za sprawą czteropasmówki, która za moment ewoluowała do sześciu pasów. I tak przez około 12 kilometrów naginaliśmy drogą wjazdową do wielkiej węgierskiej stolicy, która rozrastała się przed oczami o kolejne węzły, wiadukty, skrzyżowania, i rozjazdy. Najdziwniejsze zaś w tym wszystkim było to, że pomimo oczopląsu zdołaliśmy wychwycić się wzrokiem z innym sakwiarzem, który tarabanił się właśnie w przeciwnym kierunku. Z daleka podnosiliśmy ręce w pozdrawiającym geście, kiedy adresat ów pozdrowień przeciął na szagę wszystkie pasy po swojej stronie jezdni i gramolił się w naszą stronę krzycząc coś z daleka 🙂 Zatrzymaliśmy się w zatoce dla autobusów na kilka zapoznawczych pytań oraz odpowiedzi.

Frans jechał z Holandii do Gruzji, a wiekowo mógłby być naszym ojcem. Był doświadczonym sakwiarzem z kilometrami wyprawy do Chin w nogach, więc tym bardziej ucieszyliśmy się, że tacy skromni podróżnicy jak my mogą mu pomóc udzielając wskazówek na temat trasy do Serbii i przez Serbię. Frans chciał bowiem trzymać się Euro Velo 6, więc daliśmy mu swoją mapę serbskich kempingów upolowaną gdzieś w poprzednim kraju. Wymieniliśmy się kontaktami i każdy odjechał w swoją stronę.

Wkrótce dotarliśmy do Dunaju, nad którym położony jest Budapeszt. Wjechaliśmy na chwilę na wiadukt, żeby mieć szerszą perspektywę na okolicę, a następnie zjechaliśmy w dół do zaobserwowanej ścieżki rowerowej wzdłuż rzeki. Początkowo mijaliśmy bloki i apartamentowce, ale przed nami coraz wyraźniej zarysowywały się wieże i kopuły budapeskich zabytków. Po Dunaju pływały liczne statki, a nad rzeką co kawałek rozciągnięty był kolejny most na drugi brzeg. Byliśmy w wielkiej metropolii.

Po lewej wznosiło się zielone wzgórze nazywane Górą Gellerta (235 m n.p.m.) zwieńczone strzelistym Pomnikiem Wolności przedstawiającym kobietę z laurowym liściem nad głową. Jego widok towarzyszył nam długo, a niebawem w zasięgu wzroku pojawił się również zielony Most Wolności będący najkrótszym budapeskim mostem na Dunaju.

Tymczasem skręciliśmy znad rzeki w plątaninę uliczek oraz kamienic, żeby zjeść obiad i dokupić kilka podstawowych produktów do naszego zaopatrzenia na resztę dnia. Znaleźliśmy niedrogi turecki lokal i z rowerami zaparkowanymi obok stolika zjedliśmy ciepły posiłek. Przespacerowaliśmy się jeszcze po chodnikach stolicy, ale staraliśmy się cały czas trzymać sąsiedztwa rzeki. Szliśmy więc w większości promenadą, a obok nas przejeżdżały żółte tramwaje wciśnięte między Dunaj a nadbrzeżną zabudowę miasta.

Z poziomu rzeki natomiast co chwilę na ląd gramoliły się grupy turystów różnych narodowości. Jedne statki odpływały, inne cumowały, a my mieliśmy nieprzerwany widok na zachodnią stronę miasta. Wkrótce pojawił się tam wielki barokowy Zamek Królewski, w którym mieszkali kiedyś Habsburgowie. Dzisiaj mieści on m.in. Muzeum Historyczne oraz Muzeum Narodowe. Uwagę naszą przykuła też strzelista biała wieża gotyckiego Kościoła Macieja.

Tymczasem trzeba było znaleźć szlak Euro Velo 6, którym planowaliśmy wydostać się z Budapesztu. Ten zaś znajdował się po drugiej stronie Dunaju, a do przeprawy na przeciwległy brzeg wybraliśmy sobie XIX-wieczny Most Łańcuchowy, po którym przechadzały się spore grupy turystów. Minęliśmy znane rzeźby lwów przy wejściu i poddaliśmy się tempu zwiedzających. Był to pierwszy stały most łączący Budę oraz Peszt, który niestety nie przetrwał II wojny światowej i w 1945 roku został wysadzony. Przywrócono go do życia w 1949 roku dokładnie w setną rocznicę budowy.

My zaś znaleźliśmy się na zachodnim brzegu Dunaju i wbijaliśmy się na powrót do rowerowego ruchu. I to na powrót na szlak Euro Velo 6, który podobnie jak przez większość trasy przez Serbię znów miał być naszym drogowskazem na najbliższe dni. Jechaliśmy zatem gładkim asfaltem z żółtymi pasami. Ale zanim na dobre wróciliśmy do sakwiarskiej rzeczywistości, przed nami wciąż znajdował się główny punkt budapeskiego programu, na który najbardziej czekaliśmy. Budynek parlamentu, bo o nim mowa, wznosił się nad rzeką na wschodnim brzegu, a my nie mogliśmy odkleić oczu, bo z daleka wyglądał jak budowla z klocków – bardzo małych i bardzo drobnych. Fasada charakteryzowała się nagromadzeniem elementów, ale też neogotycką strzelistością, a całość zwieńczona kopułą robiła naprawdę wielkie wrażenie. Gmach powstawał na przełomie XIX i XX wieku i jest jednym z największych budynków parlamentów narodowych na świecie.

Z takim oto widokiem zakończyliśmy „zwiedzanie” Budapesztu, choć ciągle nie był to kraniec miasta. Jednak dalsza droga polegała już na śledzeniu oznakowań szlaku, a przy oficjalnej granicy miasta doliczyliśmy się 40 kilometrów pokonanych od momentu wjazdu do stolicy kilka godzin wcześniej.

Dalej mijaliśmy tereny rekreacyjne nad rzeką. Były więc restauracje, ciągi pieszo-rowerowe, przystanie. Był i zaskakująco dziurawy odcinek szlaku, a w miejscowości Szentendre znajdowały się też kempingi. Wybraliśmy jeden z nich na pobudapeski nocleg i tym samym zakończyliśmy dzień jazdy przez kolejną wyprawową stolicę.

Węgry. 23-26.07.2016: 54-57. dzień wyprawy. Dystans: 244 kilometry. Odcinek: Szentendre – Visegrád – Esztergom – Süttő – Komárom – Győr – Halászi – Rajka

Dnia następnego wytoczyliśmy się z powrotem na szlak i w terenie pojawiły się pagóry. Jechaliśmy bowiem u podnóża Gór Wyszehradzkich, które wypiętrzają się tu do 700 metrów n.p.m. (najwyższy szczyt o nazwie Podium tyle właśnie liczy), a z drogi łatwo widoczne są ich 400-metrowe zbocza. Tym samym na odcinku Szentendre-Esztergom znaleźliśmy się w zakolu Dunaju tworzącym przełom rzeki. Woda musi tu bowiem drążyć koryto pomiędzy Górami Wyszehradzkimi a pasmem Börzsöny, w wyniku czego zmienia kierunek biegu. Jednocześnie znajdowaliśmy się w sąsiedztwie południowej części Parku Narodowego Dunaj-Ipola (Duna-Ipoly Nemzeti Park) utworzonego wokół tych dwóch rzek.

W każdym razie było ładnie, a do tego również gorąco, bo w powietrzu szykował się letni, węgierski upał. Wcale nie mieliśmy oporów, żeby zdrzemnąć się w cieniu przy polu kukurydzy. A przy okazji wysuszyć mokre pranie 🙂 Jeśli zaś do tej pory miewaliśmy trudności w poprawnym odczytywaniu węgierskich nazw, to na dalszej drodze czekała tablica, wobec której nie mieliśmy żadnej wątpliwości:

Następnie w zakolu Dunaju mijaliśmy miasto Visegrád (Wyszehrad), czyli dawną, bo średniowieczną stolicę Królestwa Węgier. W przeszłości było i współcześnie jest to nadal miejsce spotkań głów czterech środkowoeuropejskich państw (Węgry, Polska, Czechy, Słowacja), a odbywają się jako zjazdy Grupy Wyszehradzkiej. Z poziomu drogi dostrzegliśmy wzgórze z zamkiem oraz cytadelą, a po drugiej stronie rzeki rozlegało się miasto Nagymaros, którego zabudowa wspinała się po przeciwległym wzgórzu.

Kolejne kilometry mijały w słońcu oraz poczuciu bycia zgrzaną parówą 🙂 Jednak przed miastem Esztergom (Ostrzyhom) niebo zaszło gęstymi chmurami i jednocześnie Dunaj nabrał trochę bardziej złowrogich odcieni. Wjeżdżaliśmy do pierwszej stolicy Węgier, a nad głowami wyrosła kopuła klasycystycznej ostrzyhomskiej Bazyliki św. Wojciecha, która jest największą i zarazem najważniejszą katolicką katedrą w kraju. Tuż obok nad wzgórzem sterczały również mury zamku, w którym obecnie mieści się muzeum. W sąsiedztwie szlaku znaleźliśmy natomiast polski akcent, mianowicie pomnik na cześć króla Jana III Sobieskiego.

Skręciliśmy do miasta po zakupy, a z nieba poleciał deszcz. Najpierw sterczeliśmy pod daszkiem sklepu, potem postanowiliśmy wykorzystać fakt, że pobliska pizzeria dysponowała zewnętrznym tarasem z rozległymi parasolami. Tym samym wykorzystaliśmy również bezczynny czas i w tych sprzyjających rowerzyście okolicznościach (parkowanie tuż przy stole) zjedliśmy sobie smaczny obiad. W międzyczasie przestało padać, więc mogliśmy spokojnie wrócić na szlak. Skończyły się także Góry Wyszehradzkie, niebawem zaczęła się monotonna, płaska, żmudna, nudna trasa ścieżką rowerową wzdłuż krajówki.

Wieczorem w miejscowości Süttő w terenie nieużytków nad Dunajem znaleźliśmy sobie małą polankę pod namiot i po chłodzącej kąpieli z przyjemnością poszliśmy spaćZ rana zaś ponownie upał. Jechaliśmy zwykłą drogą samochodową, ale był niedziela, więc ruch niewielki. W wiosce Dunaalmás zatrzymaliśmy się przy drewnianej budce z langoszami (smażone ciasto z różnego rodzaju dodatkami) i poddaliśmy chwilowej rozpuście doprawianej śmietaną, serem oraz cebulką oraz boczkiem.

Zapchani na cacy zrobiliśmy zakupy w niedalekim mieście Komárom i mostem na Dunaju udaliśmy się na słowacką stronę. Pomysł był bowiem taki, żeby już stąd pokierować się do Wiednia przez Bratysławę – jednak żar z nieba z jednoczesnym obowiązkiem jazdy w kaskach w Słowacji bardzo szybko zweryfikował ten plan – ledwo przednie koła rowerów wjechały na słowacką ziemię, już zawracaliśmy 🙂 Co więcej, ów żar z nieba poprzewracał nam również w planach po węgierskiej stronie, ponieważ zamiast jechać dalej w trasę, uznaliśmy, że potrzebujemy przerwy. Tym samym zatrzymaliśmy się w pasie kamienistej plaży nad rzeką na drzemkę. Ale tak nam się tam spodobało, że tego dnia nikt już nigdzie się nie ruszył.

Wszystko przez to, że niczego tam nie brakowało, a cień przybrzeżnych drzew i woda prawdziwie chłodziły facjaty oraz całą resztę. Trochę trudu przysporzyło jedynie tarabanienie się z ciężkimi rowerami po kamyczkach, ale dla upartego nic trudnego 🙂 Następnie równaliśmy pochyły teren pod namiot robiąc niewielki nasyp z kamieni. Odciągi od namiotu raczej zbyt stabilne w tym podłożu nie były, ale nie wiało, więc w ogóle się tym nie przejmowaliśmy.

Tak czy siak dzięki kamieniom czuliśmy się tam troszkę jak na jakiejś egzotycznej wyspie. Od świata odgradzał nas rozległy pas drzew oraz wszelkich innych chaszczy, a nad rzeką przebiegał wiadukt kolejowy dla pociągów towarowych. Po Dunaju w dalszym ciągu pływały te wielkie wycieczkowce, ale nikt nas nie niepokoił, ani my nikomu nie przeszkadzaliśmy.

Całe popołudnie minęło na przyjemnym odpoczynku, a wieczorem obserwowaliśmy piękny zachód słońca. Przypominał on ten, z dzikiego biwaku w Serbii, kiedy natknęliśmy się na pamiętną pijawkę, żmije oraz armię komarów w jednym, kolektywnym pakiecie. Lecz na szczęście poza kolorami w krajobrazie żadnych innych powtórek z rozrywki tym razem nie było.

Zarządziliśmy wczesną pobudkę, zatem już o 4:30 w naszym namiocie rozdarły się alarmy budzików. Było jeszcze szaro, potem słońce pomarańczową łuną zaczęło zaznaczać na niebie swoją obecność. Mijały nas oświetlone statki, kiedy zwijaliśmy klamoty i smarowaliśmy sobie kanapki pasztetem sojowym tarmoszonym tu gdzieś na spodzie sakwy z Rumunii. I tym razem nie był to przemyt celowy, a zupełnie przypadkowy 🙂

Po wyprowadzeniu dobytku z plaży powróciliśmy na szlak. Tego dnia trasa bywała różna, kwadratowa i podłużna. Czyli trochę asfaltu, trochę gruntówek, błota i dziur. Krajobrazy rolnicze z balotami urozmaicane lasem albo zabudową wsi. W mieście Győr zatrzymaliśmy się na zakupy oraz postój na ławce w parku i przy okazji rzuciliśmy okiem na architekturę. W oczy rzucił się zaś zadbany rynek oraz deptak.

Coś tam z nieba pokropiło, ale po 15:00 zaczął się nieznośny upał. A jako, że przez większość czasu jechaliśmy w słońcu, to co kilka kilometrów hamowaliśmy w plamie cienia, żeby napić się wody i schować zgrzane gęby. Potem zaś pod wiatą dla rowerzystów ucinaliśmy sobie drzemkę i moczyliśmy chyba każdą część ciała pod kranem z wodą. Wieczorem z uporem poszukiwaliśmy dogodnego miejsca pod namiot, jednak z braku laku przyszło nam nocować na kempingu w Halaszi. I była to nasza ostatnia wyprawowa noc na węgierskiej ziemi, bowiem do granicy ze Słowacją pozostało zaledwie 23 kilometry, które kolejnego dnia pokonaliśmy pod wiatr, choć z werwą, bo przecież kolejny kraj = kolejna przygoda.

Podsumowanie trasy przez Centralne Węgry:

  • CZAS:  8.5 dnia
  • DYSTANS: około 520 kilometrów
  • KIERUNEK: z południa z granicy serbsko-węgierskiej w miejscowości Röszke do Budapesztu, następnie wzdłuż Dunaju na zachód w pobliżu węgiersko-słowackiej granicy do przejścia granicznego w miejscowości Rajka
  • TEREN: w większości raczej płaski. Droga lekko pagórkowata w okolicach na północ od Budapesztu (podnóże Gór Wyszehradzkich).
  • NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: prawdopodobnie większośc trasy do Budapesztu – około 70 m n.p.m.
  • NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: prawdopodobnie miasta Wyszehrad (Visegrád), Ostrzyhom (Esztergom) – około 100-110 m n.p.m.
  • SZLAKI ROWEROWE: międzynarodowy szlak Euro Velo 6 (Morze Czarne – Atlantyk) na odcinku wzdłuż Dunaju między Budapesztem a miejscowością Rajka na granicy ze Słowacją – około 270 kilometrów
  • DYSTANS CAŁEJ WYPRAWY NA KOŃCU TRASY PRZEZ WĘGRY: około 3.335 kilometrów
  • PRZEBIEG TRASY: granica SB / HU – Röszke – Szeged – Ópusztaszer – Pusztaszer – Tömörkény – Pálmonostora –  Kiskunfélegyháza  – Kecskemet – Felsőlajos  – Örkény – Dabas – Sari – Taksony – Dunaharaszti – Budapeszt – Szentendre – Visegrád – Esztergom – Süttő – Dunaalmás  – Komárom – Ács – Bőny – Győr – Halászi – Rajka – granica HU / AT

Reklama

4 uwagi do wpisu “Centralne Węgry przez Budapeszt – rowerem po Europie

  1. He he! Kiskunfélegyháza! Przed naszą podróżą na Węgry, usiłowałem coś tam się o języku poczytać. Jak dla mnie absolutnie wyjątkowy. Ja bym to przeczytał tak: Kiszkunfyjledźhazo 🙂
    Nie przejechałem takiego kawału Europy jak Wy, ale Węgry mogę wspominać szczególnie. Byliśmy tam krócej niż Wy, ale częściowo tą samą trasą: Bratysława-Gyor (czytałebym Dzier 🙂 Tata, Budapeszt i już skręcaliśmy na północ do Wyszegrad i i Ostrzychomia i znów na Słowację 🙂

    Polubienie

    • Na wyprawę po Europie zabraliśmy ze sobą podręczne rozmówki z wymową dotyczące wszystkich niesłowiańskich krajów, które odwiedzaliśmy – poza węgierskimi :/ 😀 Tak, czy siak, regiony to interesujące, dobrych i zabawnych wspomnień mnóstwo. I fajnie, że znów gdzieś tam się nasze szlaki przecięły, pewnie przez tego samego Bogdana jechaliśmy 🙂

      Polubienie

  2. Bogdana to nie 🙂 sprawdzałem trasę i my za Budapesztem straciliśmy w takie góry i do Wyszegradu jechaliśmy przez Pilisszentlaszlo 🙂 ale przecieku się w Budapeszcie, wyszegradzie, Komarom, Eszterhom i Gyor.
    Węgierski jest kosmiczny, dlatego mi się tak podoba. Aż żałowałem, że nie poszedłem na hungarystyke.

    Polubienie

    • O! To zaliczyliście Góry Wyszehradzkie. A nas zawsze zadziwia węgierska ekspansja, bo przecież wokoło krajów słowiańskich sporo, germańskie i romańskie, a tu nagle taki ewenement i od pokrewnej Finlandii taki hektar. Pewnie dlatego robi wrażenie „kosmicznego”, bo podobny zupełnie do niczego 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s