Serbia rowerem. Djerdap, Belgrad, Wojwodina

Serbia rowerem. Djerdap, Belgrad, Wojwodina

Wyprawa rowerowa przez Serbię była częścią długiej podróży przez 11 krajów, z Polski do Hiszpanii. Piszemy o niej tutaj → EUROTRIP oraz w postach dotyczących poszczególnych krajów (odnośniki na osi poniżej).

OŚ WYPRAWY:

POLSKA → NIEMCY ICZECHYSŁOWACJAWĘGRY I RUMUNIA → SERBIA → WĘGRY II → SŁOWACJA II → AUSTRIA → SZWAJCARIA I → WŁOCHY → SZWAJCARIA II → FRANCJA I → HISZPANIA → FRANCJA II → NIEMCY II → POLSKA

Serbska gościnność!

Czasem muszą minąć długie dni, żeby w nowym miejscu poczuć się swojsko. Tamtym razem, w Serbii, nastąpiło to szybko, bo już pierwszego wieczoru.

Serbia, 09-12.07.2016 (40-43 dzień wyprawy) Dystans: 65 km

Staliśmy na tamie, na ziemi niczyjej pomiędzy Rumunią a Serbią. Połowę dnia spędziliśmy w pociągach, żeby dotrzeć tam, gdzie akurat staliśmy. Za sobą zostawiliśmy rumuńskich strażników granicznych, a przed nami czekała serbska kontrola. Już miętosiliśmy paszporty.

– Kuda? (Dokąd?) – zapytał leniwie strażnik.

– Belgrad.

– Ymm… – odparł od niechcenia oddając nam dokumenty i machnął ręką na znak, że możemy jechać dalej.

Droga prowadziła nad Dunajem przez Park Narodowy Djerdap. Rzeka była imponująco szeroka i otoczona górami. W tych okolicznościach rozpoczęła się nasza serbska i nie tylko (bo w ogóle pierwsza) przygoda z międzynarodowym szlakiem rowerowym EuroVelo 6. Upierdliwym mankamentem była trudność w znalezieniu miejsca pod namiot, bo drogę od rzeki dzieliła skalista skarpa wpadająca wprost do wody, a po drugiej stronie wyrastały strome góry.

Było już po zachodzie słońca, kiedy trafiliśmy do wioski Tekija i znaleźliśmy swoje pierwsze serbskie miejsce na nocleg. Różowa plama rozlewała się jeszcze za górami, ale granatowa noc już zaglądała w niebo i powoli farbowała je fioletem. Rozstawiliśmy namiot w wąskim pasie kamienistej plaży. Umyliśmy się przy świetle księżyca, a rzeka cały czas niosła pogłos ludzi biesiadujących w wiosce, za naszymi plecami.

Zegar w telefonie wskazywał kilkanaście minut do godziny 23.00. Musieliśmy się pospieszyć, bo ustna umowa zawarta w języku polsko-serbsko-rosyjsko-angielskim między nami, a właścicielem plaży głosiła, że zamówimy coś w prowadzonym obok barze. Od razu przystaliśmy na ten warunek, wtórując sobie nawzajem przeciągłymi „daaa”, uzupełnianymi dla własnej pewności głośnymi „tak” oraz „yes” 🙂

Z ust właściciela nie schodził uśmiech, a jego młody pomocnik bombardował nas propozycjami podania grillowanej ryby.

– Chyba nic tu nie zjesz – powiedział Kamil, ale gdy panowie dowiedzieli się, że potrzebujemy także czegoś wegetariańskiego, natychmiast rozpoczęli intensywne umysłowo-smakowe improwizacje na temat warzywnego urozmaicenia talerza. Byliśmy przyjemnie zaskoczeni.

Jeszcze lepiej zrobiło się, kiedy usiedliśmy przy stoliku na dworze, a właściciel otworzył dla nas dwa serbskie piwa. Dunaj jak i niebo nad nim były już całkiem granatowe. Srebrny księżyc odbijał się w rzece, ale co jakiś czas rozpraszał się na falach wywołanych przepływającymi barkami. Na ławki na plaży przychodzili młodzi ludzie, żeby pogadać i zapalić papierosa. Była sobota, wioska pełna była dźwięków.

Ucichliśmy, żeby ich posłuchać.

Byliśmy ostatnimi klientami. Piliśmy piwo i jedliśmy serbskie grillowane specjały (ponoć Serbowie są mistrzami grilla. Dwaj panowie, którzy nas obsługiwali byli nimi bez wątpienia.). Patrzyliśmy na ludzi, rzekę, czarne obrysy gór na granatowym niebie i czuliśmy się częścią tej otaczającej rzeczywistości. Czasem muszą minąć długie dni, żeby w nowym miejscu poczuć się swojo. Tamtym razem nastąpiło to szybko, bo już pierwszego wieczoru.

Rankiem po wyjściu z namiotu wszystko wkoło było modre. Niebo, Dunaj i zbocza gór nad korytem rzeki. Obok usłyszeliśmy serbski gwar plażowiczów i beczenie biegających wokół owiec, i szum rzecznych fal wytworzonych przez luksusowe wycieczkowce albo ogromne, stare barki.

Coraz więcej ludzi rozkładało ręczniki na kamieniach, żeby się na nich opalać. Pojawiały się owce wyskubujące trawę. W tych oryginalnych okolicznościach stał i nasz namiot, i turecki wychodek, i prowizoryczny prysznic, pod którym robiliśmy pranie. Mieliśmy wrażenie, że każdy element tamtejszego otoczenia jest wyjątkowo swoisty i zarazem swojski.

Leniwie wytoczyliśmy się na drogę, która nie była łatwa tego dnia. Stromy podjazd między skałami, bez kawałka cienia, słońce parzące w skórę, podmuchy gorącego powietrza. Musieliśmy wyglądać marnie, bo na jednym z postojów spotkani rowerzyści podarowali nam swoje słodkie batony 🙂 Zapomnieliśmy na chwilę o zmęczeniu i skwarze, gdy dotarliśmy do punktu widokowego na tzw. Żelazną Bramę, czyli próg dunajskiego wąwozu.

Staliśmy na szczycie podjazdu, a w dole płynął ogromny wycieczkowy statek, rzeka rzeźbiła szerokie koryto pomiędzy sterczącymi wysoko górami. Po drugiej stronie rzeki biegła rumuńska droga, a spomiędzy drzew wystawała rzeźbiona głowa dackiego króla Decebala (która kosztowała fortunę i ma przypominać ludzkości o megalomańskiej teorii mówiącej, że kolebką cywilizacji jest nikt inny, a Rumuni właśnie).

Wczesnym popołudniem zatrzymaliśmy się w Donji Milanovac, gdzie zostaliśmy w taniej. prywatnej kwaterze na trzy kolejne noce. W tamtym czasie po prostu cieszyliśmy się Serbią. Chodziliśmy na promenadę nad rzeką, żeby kąpać się w Dunaju. Patrzyliśmy na statki, ludzi i swobodnie biegające psy. Poznaliśmy Serba, Milana, z którym spotykaliśmy się każdego wieczoru i rozmawialiśmy o Słowianach, jedzeniu, języku albo historii. Do tego degustowaliśmy serbskie piwa, a na koniec gotowaliśmy wspólny polski obiad.

Po Dunaju cały czas pływały wielkie wycieczkowce. Znad pokładów powiewały kolorowe flagi. Serbskie, austriackie, węgierskie. Kontrastem dla tych drogich rejsów były długie barki transportujące ciężkie towary. W miejscowości Brnjica natknęliśmy się na przystań wielu pordzewiałych barek unoszących się na wodzie. Ten obrazek przypominał zgliszcza, które zaraz skojarzyły się ze smutną i krwawą historią Serbii. Jednocześnie wydawało się nieprawdopodobne, że zdecydowana większość ludzi w tym rozdzieranym wielokrotnie kraju była dla obcych otwarta i życzliwa.

Przyrodnicze nieprzyjemności, międzyludzkie uprzejmości

Serbia, 13-14.07.2016 (44-45 dzień wyprawy) Dystans: 125 kilometrów

Następnego dnia pogoda i okoliczności były upierdliwe do jazdy. Dużo wiatru w plecy, ale nie był to orzeźwiający powiew znad Dunaju, a gorący podmuch rozgrzanego powietrza. Nie obyło się bez drzemki na ławce na promenadzie w Golubacu. Czuliśmy się tam trochę jak nad morzem, bo był to punkt, w którym Dunaj osiąga największą szerokość i jest to aż 7 kilometrów!

Wieczorem trudno było znaleźć miejsce pod namiot. Obżarci 5,5-kilogramowym arbuzem szukaliśmy go wokół miasta Veliko Gradište. W okolicy pełno było letników opalających się przy wodzie. W jednym miejscu stały ule, w innym teren był bagnisty. W kolejnym ktoś zrobił sobie wysypisko śmieci, a w następnym ktoś łowił ryby.

Wreszcie wybraliśmy odkrytą polanę nad Dunajem. Weszliśmy stopami do wody. Umycie twarzy po całym dniu spędzonym w nagrzanym powietrzu zawsze jest zbawienne. Odświeżaliśmy to i owo, kiedy Karolina nagle wyskoczyła z wody.

– Co się stało? – zapytał Kamil.

– Co tam jest? Tam po lewej, przy brzegu?

– Ożesz… W życiu nie widziałem takiej wielkiej pijawki! – przyznał.

Zrobiliśmy wzajemny „przegląd”. Na szczęście żadne ohydztwo nie przyczepiło się do skóry. Przenosząc swoje rzeczy znad rzeki na polanę, zauważyliśmy, że oprócz pijawek towarzyszą nam węże. Wyraźnie słyszeliśmy ich pełzanie w wysokiej trawie, a kiedy zaczęliśmy ją udeptywać pod namiot, obudziliśmy całą armię komarów. Gryzły w uszy, policzki, plecy, ramiona, zadki, nogi, czoła. Wbijanie śledzi to była katorga, gdy wystawialiśmy swoje zacne części ciała na front, a potem okładaliśmy samych siebie, myśląc, że odpędzimy upierdliwego wroga 🙂

Skakaliśmy, machaliśmy, wachlowaliśmy się ręcznikami, ale to nie pomagało. Były od nas szybsze. W końcu schowaliśmy się do środka. Zamknęliśmy wejścia oraz sypialnię i położyliśmy się spać. Po chwili leżenia poczuliśmy, że maty pod nami są wilgotne, a powietrze można kroić nożem. Zdjęliśmy koszulki i leżeliśmy w samych majtach. Było nieco lepiej, ale nie ochłodziło to powietrza. Marzyło nam się, żeby rozszczelnić zapięcie sypialni, ale komary! Zaraz potem usłyszeliśmy szelesty w trawie. „Ale przecież węże” – pomyśleliśmy.

Zdecydowaliśmy jedynie poluzować zapięcia od wejść do przedsionka, żeby udrożnić przepływ powietrza. Dały się we znaki zakały 🙂 I to wszystkie niemal naraz!

W środku nocy milion stopni zamienił się zaledwie w tysiąc. Z rana wokół namiotu zastaliśmy orzeźwiający wiatr, ale i tak śniadanie jedliśmy w samej bieliźnie, bo pełne słońce od nowa zaczynało grzać w skórę. Po spakowaniu dobytku wyjechaliśmy na szlak, który po kilku kilometrach zaprowadził nas wprost do rzeki, na której stały dwa promy.

Siedzieliśmy na ławce czekając na rejs i obserwowaliśmy otoczenie. Po prawej na ławach siedziało kilkoro głośno śmiejących się i dyskutujących mężczyzn. Był to rewir załogi promów. Przyszła też kobieta ze starym rowerem. Nie jechała, prowadziła, bo przednie koło toczyło się po sflaczałej gumie. Kobieta żwawym krokiem podeszła do grupy rozprawiających mężczyzn i jednym donośnym zdaniem uciszyła całe towarzystwo. Któryś tam Pan Zdzichu wstał i potulnie podszedł sprawdzić stan roweru. Przykucnął i zaczął pompować koło. Oboje gimnastykowali się przez długą chwilę, wyginali, przyglądali pod różnymi kątami. Wyraźnie niezadowolona kobieta wreszcie machnęła ręką i odeszła.

Po chwili i my zostaliśmy zawezwani na misję. Kamil wyjął własną pompkę, odkręcił pordzewiały wentyl i zaczął wtłaczać powietrze w skapciałą oponę. I on, i kobieta znów gimnastykowali się, wyginali, przyglądali pod różnymi kątami. Kamil zaczął zastanawiać się, czy cokolwiek wskóra. Chciał w jakiś sposób powiedzieć kobiecie, że to wina krzywego wentyla. W tym samym momencie, jakby wyjmując mu z ust, bez skrępowania wypaliła:

– Nosz, jebany wentil! (Jebany wentyl!)

Roześmialiśmy się, a kobieta domyśliła się, że doskonale ją zrozumieliśmy w tym wymownym, wspólnym dla naszych języków wulgaryzmie. W efekcie przy współpracy dwóch par rąk udało się przynajmniej na jakiś czas napompować koło.

Osiemnaście tysięcy manewrów po modrym Dunaju i wysiedliśmy na drugim brzegu. Jechaliśmy dalej, ale był upał, więc po kilkunastu kilometrach zatrzymaliśmy się na ławce w cieniu. Obżarliśmy się słodkimi lodami i z brzuchami do góry leżeliśmy sobie w najlepsze, kiedy ktoś zaczął mówić do nas niezrozumiałe słowa. Zza płotu za nami wystawały dwie uśmiechnięte głowy.

„I don’t understand Serbian, ja nie rozumiem po serbsku” – powiedziało któreś z nas. Po czym usta już układały się do kwestii „ja nie panimaju po serbsku”, ale zatrzymały się w bezruchu. Zdawało się, że usłyszeliśmy słowo „kawa” i przez moment zwątpiliśmy. Siedzieliśmy w gaciach i bez koszulek, przyklejeni do ławki, zgrzani jak dwie parówy. „Kawa”? W TAKI UPAŁ???!!! To się nie mieściło w naszych małych móżdżkach, aczkolwiek gest śmiejących się głów sam w sobie był bardzo miły. A potem oczywiście była pogawędka, z której nikt nic nie zrozumiał, ale przecież to nie szkodzi 🙂

Gdy wyjechaliśmy z powrotem na drogę, dosięgnął nas okropny „wmordewind”, którego przed postojem jeszcze nie było. Nieopodal znaleźliśmy motel i odpuściliśmy dalszą jazdę. Byliśmy wykończeni upałem, a wiatr tylko zwiększał naszą niemoc w odkrytym terenie bez cienia. Wykąpaliśmy się i położyliśmy na półgodzinną, regeneracyjną drzemkę. Nie chciało nam się wierzyć, że przez ten czas temperatura spadła o jakieś 15 stopni C, słońce zasłoniły chmury i spadł deszcz! Błogie orzeźwienie! 🙂

Szczerbata stolica

„Śmiech jest lekarstwem, które każdy może sobie przepisać” Reinhold Boller

Serbia, 15.07.2016 (46 dzień wyprawy) Dystans: 96 kilometrów 

Następnego poranka w mieście Kovin niemy przechodzień podarował Karolinie świeży bochen chleba, potem w Pancevie motocykliści zapraszali nas na festiwal muzyczny. Pojechaliśmy jednak dalej, bo chcieliśmy wykorzystać pochmurny dzień do sprawnej jazdy. Wkrótce szlak wywiódł nas na bardzo ruchliwą drogę, która zamieniła się w sześciopasmówkę… Tak jest, do stolicy Serbii wjeżdżaliśmy drogą ekspresową!

Dosięgnął nas hałas samochodów, świst wyprzedzających ciężarówek. Gdyby nie dodatkowy buspas, prawdopodobnie zdmuchnęliby nas na pierwszych kilometrach. A spróbuj dostać się na lewy pas! Tłoczny węzeł nie wyglądał dobrze z rowerowej perspektywy, wyciągnięta od pół minuty ręka sygnalizująca manewr była niczym dla sznurków samochodów na obu pozostałych pasach. Auto jechało za autem, kierowcy zauważali nas dopiero na moment przed wyprzedzaniem. Zatrzymaliśmy się przytuleni do barierki i czekaliśmy, aż pomiędzy samochodami pojawi się wolna przestrzeń, którą szybko wypełnimy.

Podczas ostatnich kilkudziesięciu minut zastanawialiśmy się, czy na pewno jechaliśmy dobrą drogą. Czy może zgubiliśmy gdzieś oznakowania? Nie chciało nam się wierzyć, że szlak rowerowy może biec w takich niebezpiecznych miejscach. Niestety nie pomyliliśmy dróg, bo przed nami widniała tablica informująca rowerzystów po serbsku i po angielsku, że należy zejść z rowerów i dalej przez most prowadzić je chodnikiem. Bardzo wąskim chodnikiem, ryzykownym dla łokci 🙂

Koniec końców, dotarliśmy na drugi brzeg Dunaju. Byliśmy w Belgradzie! Tyle, że mokrzy od deszczu. Ale to w sumie nic – bardziej niż mokrzy, byliśmy zniesmaczeni. Wysokie krawężniki, dziury, podziemne przejścia bez zjazdów i brak alternatywy nie współpracowały z rowerem. Do tego miasto powierzchownie uderzyło nas brzydotą. Był tam kontrast nowoczesności i komuny. Nowe szklane konstrukcje próbowały nadać lekkości kanciastym blokom oraz szarym pustostanom z czarnymi dziurami po oknach. Nie wykluczamy, że Belgrad jest w tym wszystkim ładny. Tamtego dnia taki nie był, przynajmniej z punktu widzenia sakwiarza.

Zrobiliśmy podstawowe zakupy i zaczęliśmy uciekać przed deszczem. Dało radę dzięki gładkiej ścieżce rowerowej nad rzeką, ale franca skręciła między domy, po bruku, pod górkę. W związku z tym bardzo znacząco zredukowaliśmy prędkość i bardzo spektakularnie rzucaliśmy wyzwiskami. Tymczasem nastała ciemnica i podczas oberwania chmury oberwaliśmy po galotach. Już całkiem mokrzy postanowiliśmy sami siebie pocieszyć w niedoli i zatrzymaliśmy się, żeby… zjeść czipsy 🙂

Dalej trafiliśmy na bardzo główną drogę z bardzo szalonymi kierowcami. Z sercem w gardle pokonaliśmy kilka kilometrów i z ulgą skręciliśmy na serbski kemping z niemieckimi cenami. Nie mieliśmy wyboru, bo robiło się ciemno, wkoło płasko i domy. Rozbiliśmy namiot wśród kamperów i jak na biedotę przystało – gotowaliśmy w kucki na trawie 🙂 Rozśmieszaliśmy się wzajemnie, żeby rozładować stres minionego dnia i dobrze nastroić się przed kolejnymi kilometrami nieprzyzwoicie nieprzyjaznej drogi wyjazdowej z Belgradu.

Zgubiony sens podróży

„Umiejętność upraszczania oznacza eliminację zbędnego, by to co niezbędne mogło przemówić” Hans Hofmann

Serbia, 16-18.07.2016 (47-49 dzień wyprawy) Dystans: 230 kilometrów

Zjedliśmy śniadanie w kempingowej mżawce i pojechaliśmy w Wojwodinę. Na drodze horror nieco mniejszy niż dnia poprzedniego, ale z wielką ulgą skręciliśmy w boczną, która całkowicie oddaliła nasze myśli od wielkiej stolicy. Wokół było spokojnie. Z wiatrem, pod wiatr, pagórki, dziury w drodze, pola, wioski i żądląca osa. Ale przynajmniej betoniarki nie zdmuchiwały nas do rowu 🙂

W jednej z wiosek na trasie kupiliśmy domowy kozi ser. Właściciel nie omieszkał wdać się z nami w pogawędkę oraz zaprosić nas do ogrodu na degustację swoich serów. Smaki były cudowne i wiedziały o tym również koty sprzedawcy, które solidarnie zgromadziły się pod stołem, a potem wskakiwały na puste krzesła.

Pół godziny później sami wskoczyliśmy na ławkę pod wiatą przystanku autobusowego i z łakomstwem kroiliśmy wielką białą bryłę. Przygryzając ją chlebem zapchaliśmy się na amen, a że znajdowaliśmy się o krok od głównego skrzyżowania ulic w którymś miasteczku, jak amen w pacierzu mieliśmy wielu zaciekawionych widzów 🙂

Jechaliśmy w stronę Nowego Sadu, więc wkrótce niewielkie wzniesienia terenu wyrosły w malownicze pagóry. W dalszym ciągu nie było słońca, więc nie wylewaliśmy siódmych potów. Długi zjazd główną drogą zaprowadził nas do uroczego miasteczka Sremski Karlovci, gdzie do naszego koziego sera kupiliśmy sobie wino i pojechaliśmy na kemping. Okolica była bardzo ładna. Zielona, pełna winnic, górzysta. Rozłożyliśmy się pod drewnianą wiatą i w najlepsze gotowaliśmy kolację.

Kolejnego dnia 8% podjazd zaprowadził nas do Nowego Sadu oraz na przypadkowe spotkanie z innymi posiadaczkami sakw Crosso (po których to sakwach poznaliśmy nawzajem, że prawdopodobnie jesteśmy z Polski). Asia, Ewa i Dagmara jechały właśnie z Węgier, żeby pognać wgłąb Serbii. Wymieniliśmy nieco doświadczeń, wskazówek i informacji o trasie, a potem z szerokimi uśmiechami pojechaliśmy w swoją stronę.

Zobaczyliśmy zabudowę miasta na Placu Wolności, a w piekarni kupiliśmy serbski specjał, tzw. burka, czyli bardzo syte, smażone ciasto z serowym albo mięsnym nadzieniem. Podczas wyjazdu z miasta mijaliśmy cygańskie osiedle przeplatane marketami i stacjami paliw. Romowie uśmiechali się do nas, my witaliśmy się z nimi skinieniem głowy i odwzajemnionym uśmiechem. Jeździli starymi składakami, góralami lub rikszami. Styl jazdy, rodzaj załadunku (zazwyczaj przewozy nienormatywne) i styl ubierania dowolny. Ich okazywany w ten sposób dystans do rzeczywistości i swojskość sprawiły nam sporą uciechę.

Zjechaliśmy ze ścieżki rowerowej i wstąpił w nas nowy duch 🙂 Żadnego szlaku, oznakowań, kempingów dla turystów. Ostatnie noce często spędzaliśmy pod dachem albo na polach namiotowych – bo skały, bo upał, bo zabudowania. Odkryliśmy, że pomimo wygód, wcale nas to nie uszczęśliwia, dlatego jak małe dzieci cieszyliśmy się na myśl, że tego wieczoru zanurkujemy gdzieś w las, kukurydzę albo zboże.

I tak się stało, wieczorem rozkładaliśmy namiot na ściernisku. Umyliśmy się w wodzie z butelek, zjedliśmy ciepły posiłek i poszliśmy spać.

A poranek był przepiękny. Niebo znowu było błękitne, a promienie słoneczne rozkładały się po zielonej kukurydzy i żółtych słonecznikach rosnących wkoło nas. Siedzieliśmy na ściernisku i smarowaliśmy kanapki na kolanach, jedliśmy śniadanie gdzieś na serbskim polu, na skraju Wojwodiny ze wszystkim co było nam potrzebne do życia. Uwielbiamy takie poranki. Im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy szczęśliwi.

Wypchnęliśmy rowery na drogę i podążyliśmy w kierunku serbsko-węgierskiej granicy.

Przebieg trasy

granica RU / SB – Tekija – Donji Milanovac – Golubac – Veliko Gradište – Zatonje – Ram – Banatska Palanka – Dubovac – Kovin -Pančevo – Belgrad – Zemun – Batajnica – Beška – Sremski Karlovci – Nowy Sad – Srbobran – Feketić – Mali Iđoš – Subotica -Palić – Horgoš – granica SB / HU

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Serbia rowerem. Djerdap, Belgrad, Wojwodina

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s