Szosa Transfogaraska rowerem. Wysokie Karpaty w Rumunii

Szosa Transfogaraska rowerem to przedsięwzięcie na 120 kilometrów przez dzikie, rumuńskie góry. Przeprawa wzdłuż wielkiego inżynieryjnego rozmachu z wielką przyrodą w tle. Druga najwyższa droga w Karpatach to kilometry serpentyn u podnóży jednych z najwyższych szczytów Rumunii.

Szosa Transfogaraska leży w Rumunii i jest to druga najwyżej położona droga asfaltowa w Karpatach (pasmo Karpat Południowych). Najwyższy punkt trasy znajduje się na przełęczy Balea (Pasul Bâlea) na wysokości 2.042 m n.p.m. Droga oznaczana jest symbolem DN 7C (drum național – droga krajowa) i prowadzi w kierunku północ-południe pomiędzy miastami Cârțișoara (północ) oraz Curtea de Argeș (południe) licząc około 120 kilometrów długości. Wiedzie przez Góry Fogaraskie (Munții Făgăraș), które stanowią najwyższe pasmo górskie Rumunii, a w pobliżu przełęczy Balea znajduje się najwyższy szczyt pasma oraz całego krajuMoldoveanu liczący 2.544 m n.p.m. (Vârful Moldoveanu), a także Negoiu (2.535 m n.p.m, drugi najwyższy szczyt), Viștea Mare (2.527 m n.p.m, trzeci najwyższy szczyt), czy Vânătarea lui Buteanu (2.507 m n.p.m, piąty najwyższy szczyt).

Przemierzaliśmy ją podczas wyprawy rowerowej po Europie, jadąc z południa na północ (Curtea de Argeș – Cârțișoara). Przez całą drogę wieźliśmy na rowerach kompletny wyprawowy ekwipunek (5 sakw na osobę, ok. 20-22 kg), dlatego planowaliśmy podzielić przejazd na 2 dni. Ostatecznie droga do Cârțișoara zajęła nam 3 dni, ponieważ ze względu na warunki atmosferyczne w wyższych partiach trasy (gęste chmury) odwlekaliśmy wjazd na przełęcz. Zależało nam bowiem na walorach widokowych i w oczekiwaniu na przejaśnienia zjechaliśmy z drogi na dodatkowy nocleg.

Szosa Transfogaraska jest jedną z najłagodniejszych wysokogórskich tras, po jakich jechaliśmy. Na wielu kilometrach nachylenie nawierzchni na dystansie kilometra waha się pomiędzy 2-5%, a w wyższych częściach mieści się w przedziale 6-8.5% (profil wysokościowy poniżej parametrów trasy). Nie ma tu więc spektakularnych stromizn, jednak długość trasy oraz przewyższenie (ok. 1.600 m z miasta Curtea de Argeș) sprawiają, że przejazd rowerem wymaga zaplanowania logistycznego oraz zaangażowania kondycyjnego. Widokowo jest to jedna z najpiękniejszych i najbardziej intrygujących dróg, które widzieliśmy. Przede wszystkim przyciąga uwagę imponującymi serpentynami w najwyższych partiach, ale nie sposób przejechać tej drogi nie mając w świadomości również jej historii, która może budzić dreszcz emocji.

Została zbudowana w latach 70-tych XX wieku z inicjatywy ówczesnego prezydenta RumuniiNicolae Ceaușescu zapisał się w pamięci jako kontrowersyjny i bezwzględny komunistyczny dyktator, którego w grudniu 1989 roku podczas rewolucji w kraju oskarżono m.in. o zbrodnie ludobójstwa i skazano na natychmiastową śmierć przez rozstrzelanie. Za czasów swoich rządów był pomysłodawcą kultu własnej osoby i m.in. nazywał siebie Geniul din Carpați, czyli Geniusz Karpat. Wizjoner Transfogaraski poprzez budowę drogi chciał umożliwić swoim wojskom przeprawę przez góry w razie ewentualnego konfliktu z ZSRR i inwazji na Rumunię. Podczas prac oficjalnie zginęło 40 osób, ale prawdopodobnie liczba ta była znacznie większa. Droga powstawała nie tylko kosztem ludzkiego życia, ale także wielkim nakładem materialnym. Potrzebne było aż 6 milionów kilogramów dynamitu, żeby podporządkować przyrodę wielkiej wizji Ceaușescu.

PARAMETRY TRASY (dla trasy: Curtea de Argeș – Pasul Bâlea – Cârțișoara)

DŁUGOŚĆ TRASY: około 120 kilometrów

CZAS PRZEJAZDU: 2.5 dnia

MAKSYMALNA WYSOKOŚĆ NA TRASIE: około 2.042 m n.p.m. (Pasul Bâlea)

MINIMALNA WYSOKOŚĆ NA TRASIE: około 440 m n.p.m. (Curtea de Argeș)

PRZEWYŻSZENIE: około 1.600 metrów

MAKSYMALNE NACHYLENIE: około 8.5% na kilometrze trasy

Profil wysokościowy trasy od Jeziora Vidraru (Lacul Vidraru) do przełęczy Balea (Pasul Bâlea). Kliknij obrazek, żeby powiększyć. Profil pochodzi ze strony internetowej: http://www.climbbybike.com

Rumunia. 04-06. lipca 2016: 35-37. dzień wyprawy rowerowej po Europie. Dystans: 140 kilometrów

Do tej pory hasło „Rumunia”, było jednoznaczne z całym mnóstwem skojarzeń związanych z Szosą Transfogaraską, wytworzonych w ciągu wielu miesięcy oczekiwań. A co się dzieje, kiedy wyśniony świat staje się rzeczywistością? Człowiek głupieje. I szybko okazuje się, że oczekiwania to nie jest otwartość wobec podróży. Oczekiwania to nie jest otwartość wobec bycia w drodze.

Kiedy dostrzegamy znak z napisem: „Curtea de Argeș”, zaczynamy niecierpliwie kręcić tyłkami na siodełkach. Miasto wita dziurawym asfaltem i wiatrem w twarz, ale z pełnym podekscytowaniem skręcamy na most nad rzeką Arges, tym samym wjeżdżając na drogę krajową 7C. Tyle, że trzeba jeszcze zaopatrzyć się w to i owo, co może przydać się tu i tam na trasie 🙂 Jedziemy zatem przez poranny zgiełk dostawców towarów i sklepowych klientów, a nasze rowery jak zwykle przyciągają wzrok przechodniów oraz tych, którzy w grupkach z rozrzewnieniem prowadzą chodnikowe dysputy.

Po wypłaceniu gotówki z bankomatu szybko ewakuujemy się przed supermarket, gdzie niebawem do sakw wpada zapas soi, ryżu, jabłka, suszona żurawina i banany. Wdajemy się w pogawędkę z sakwiarzem Robem z Belgii, który właśnie przejechał Transfogaraskę. Przez pryzmat własnego podekscytowania poszukujemy u niego objawów entuzjazmu oraz satysfakcji, jednak nie odnajdujemy niczego takiego, co mogłoby potwierdzić nasze aktualne odczucia oraz oczekiwania. Nieco zaniepokojeni żegnamy się, ale już po chwili nasze myśli zajmuje przepiękna Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej stanowiąca punkt charakterystyczny miasta.

Dalej mijamy szeregi bezpłciowych zabudowań. Jesteśmy gotowi na stromizny, gotowi na widoki, krew, pot i łzy, a tymczasem droga przez wiele kilometrów jest niemal płaska i wiedzie przez nijakie wioski. Tu o pieniądze na colę nagabuje jakiś rumuński Pan Mietek, tam zza płotu obszczekuje nas burek, do tego ruch jak w Paryżu, kurz i hałas, a nagrzany asfalt bucha w twarz. I to jest ta Transfogaraska, co nam się marzyła od lat?

Wiemy, że trzeba jechać wyżej, trzeba jechać dalej, żeby było satysfakcjonująco. Ale upał uderza do głowy, w ustach sucho, skóra zgrzana jak parówka. Siadamy na poboczu po pokonaniu zaledwie kilkunastu kilometrów drogi. I wcale nam się nie podoba, bo przecież miało być wielkie „łał”, wielkie „bum” – a tu nic. Z opadłymi skrzydełkami jedziemy swoje. Podekscytowanie na starcie sięgnęło zenitu, jednak zamiast znaleźć potwierdzenie w otoczeniu, obiło się jak groch o ścianę i wyssało energię. A my zgłupieliśmy.

Po drodze mijamy kemping Dracula i jest to znak, że znajdujemy się w pobliżu ruin Zamku Poenari (Cetatea Poenari), w którym w XV wieku zamieszkiwał Wład Palownik z dynastii Basarab. Znany był on z brutalnego traktowania swoich wrogów, mianowicie nabijania ich na pale. Jak nietrudno się domyślić, stąd też pochodzi nietuzinkowy przydomek Włada. Postać bezwzględnego władcy posłużyła również jako pierwowzór książkowego, a potem także filmowego hrabiego Drakuli. Tymczasem Zamek Poenari sterczy w oddali nad naszymi nosami na szczycie wzgórza po lewej stronie.

Rowerowy licznik powoli zmienia cyfry wyświetlacza. Około 25. kilometra trasy asfalt zaczyna nieprzerwanie piąć się w górę, a jakiś „ach”, czy „och” wydziera nam się z gardeł, kiedy wjeżdżamy między skały i Transfogaraska odsłania przed nami swoje pierwsze estakady oraz tunele.

Do głowy przychodzi wymiar siły sześciu milionów kilogramów dynamitu (które zostały użyte do budowy drogi), a my czujemy jakąś namiastkę podniecenia. Ale prawda jest taka, że nam się po prostu nie chce. Z nogi na nogę zyskujemy wysokość, tyle, że póki co, to nie ma w tym za bardzo pasji.

Sytuacja ulega minimalnej poprawie, kiedy wjeżdżamy na pojedynczą, ale bardzo długą serpentynę. Jezdnia wspina się tu po krawędzi skalistego zbocza i z prawej strony w zasięg wzroku powoli dostaje się pas asfaltu pozostawiony w dole. Wyobrażamy sobie, że aby zbudować ten odcinek drogi, należało żłobić w powierzchni zbocza. Po chwili okazuje się, że trzeba również było rzeźbić w jego wnętrzu, bo przed nami wyłania się czarna otchłań skalnego tunelu, do którego wbiega Transfogaraska. Towarzyszy nam przy tym niejakie ożywienie, bo orzeźwiający chłód zawiewa po kostkach, a krew szybciej krąży po zwiększonym wysiłku związanym z wdrapywaniem się po serpentynie.

Przemieszczamy się przez dwa skalne tunele i na końcu drugiego z nich wyjeżdżamy wprost na koronę tamy Vidraru (Barajul Vidraru). Utworzono ją na rzece Argeș towarzyszącej nam do tej pory niezbyt wyraźnie od miasta Curtea de Argeș. Tutaj zaś zapora kumuluje rzeczne wody do wytwarzania energii w elektrowni wodnej i jednocześnie tworzy malownicze Jezioro Vidraru (Lacul Vidraru), które rozlewa się po lewej stronie drogi. Jesteśmy tu na wysokości 850 m n.p.m, więc do tego momentu pokonaliśmy mniej więcej 450 metrów przewyższenia oraz około 30 kilometrów trasy.

Nie są to żadne spektakularne osiągnięcia, zatem obliczenia wywołują jedynie jakąś namiastkę satysfakcji z pokonywania drogi. Tymczasem po drugiej stronie zapory na tle nieba w oczy rzuca się triumfująca postać. To rzeźba Prometeusza, który w geście podniesionych nad głową rąk dzierży pioruny. Rozumiemy to jako parafrazę greckiego mitu, tylko że tym razem bohater zamiast ognia dał ludziom… prąd z elektrowni wodnej 🙂

My jednak w dalszym ciągu pozostajemy bez większej mocy. Dalsza trasa to jazda wzdłuż linii brzegowej Jeziora Vidraru, więc pojawiają się interwały meandrujące w terenie tak jak kontury ów brzegów. Są to raczej niedługie podjazdy i zjazdy, a momentami jest nawet zupełnie płasko. Pedałujemy z nogi na nogę, z nosami spuszczonymi na kwintę, bo oscylujemy ciągle wokół tej samej wysokości – około 850 m n.p.m. Teren nie wymaga od nas zbytniej mobilizacji, a i my sami nie potrafimy wykrzesać jej tego dnia wewnątrz siebie. Jesteśmy zatem nijacy i wszystko wkoło jest nijakie.

Aby nie stracić Karpat, żeby nie umniejszyć gór swoją obojętnością, robimy to, co wydaje nam się słuszne. Zatrzymujemy się w połowie dnia. A „kemping” przy pensjonacie, na który docieramy jest mniej więcej taki sam jak my tego dnia – pusty, senny, mdły i bezpłciowy. Jest w nim tylko jakiś rumuński Pan Mietek dozorca i jego kombinatorskie psy, które za wszelką cenę chcą wyłudzić coś do jedzenia. Poza tym dla biwakowiczów nie ma żadnej łazienki. W ciągu dnia i wieczorem to pół biedy, bo korzystamy z tej w pensjonacie, zaś prysznic bierzemy w… służbówce Pana Mietka. Ale następnego poranka nie obywa się bez niecenzuralnego słownictwa, kiedy drzwi pensjonatu okazują się być zatrzaśnięte na cztery spusty. A pukanie nikogo nie wzrusza. Całe szczęście jesteśmy w lesie, więc „na stronę” można iść praktycznie w każdą stronę 🙂

Po śniadaniu wytaczamy się na drogę. W dalszym ciągu poruszamy się wzdłuż jeziora i objeżdżamy je ze wschodniej strony. To ponad 20 kilometrów drogi, podczas których nasze wysokościowe położenie nie ulega żadnej zmianie, ponieważ ciągle pokonujemy interwały. W dodatku dzień ten naznaczony jest deszczem i siąpiące mżawki lecą nam na głowy od czasu do czasu. Wszystkie drzewa są zatem w kolorze intensywnej zieleni, ale póki co nasza postawa zasadniczo niczym się nie różni od tej z poprzedniego dnia.

Za jeziorem zaczynamy wspinaczkę. Nieco żmudną, bo nachylenie jest niezbyt duże, ale przynajmniej mięśnie przyzwyczajają się do jednostajnego wysiłku. Droga staje się nieco monotonna, bo pedałujemy po łagodnych łukach, a w otoczeniu brak prześwitów, czy charakterystycznych punktów. Jedynie niewielkie kaskady na zboczach urozmaicają jazdę i identycznie jak na Transalpinie można z nich czerpać krystaliczną wodę zdatną do picia. Korzystamy z niej między innymi do przygotowania lodowatej owsianki i żeby było jeszcze zimniej, to podczas czerpania wody Kamil oblewa sobie but oraz skarpetki.

Szara aura nie ustępuje, a my jesteśmy coraz wyżej. Nieco ponad tysięcznym m n.p.m. jeden z przydrożnych słupków mówi nam, że do Jeziora Balea (Bâlea Lac) na szczycie podjazdu brakuje 20 kilometrów. Jedziemy jeszcze przez kolejnych 8 km, a nad nami i przed nami zaczyna otwierać się przestrzeń. Właśnie wyjechaliśmy z ciasnej doliny w otoczenie z widokowym potencjałem, a tymczasem gęste, siwe chmury wiszą nad światem. Wiemy, że otwarta dolina za mgłą kryje swoją dziką, zieloną przestrzeń, dlatego zatrzymujemy się na poboczu i sprawdzamy prognozę pogody. Jest dopiero 12.00 w południe, wysokość 1.300 m n.p.m, a do końca podjazdu pozostało nam mniej niż 15 kilometrów plus około 30 kilometrów drogi w dół. Moglibyśmy dziś ze spokojem zakończyć przygodę z Transfogaraską, jednak prognozy w internecie nie przewidują rozjaśnień do końca dnia. Wróżą za to czyste niebo o świcie.

My zaś stoimy u progu jednego z ostatnich pensjonatów, więc wybór jest prosty. Plan również – od tego momentu mamy porządnie się wyspać, a rankiem wstać o 4.00, żeby wpasować się w okno pogodowe przewidywane na pierwsze godziny po wschodzie słońca. Taka mobilizacja ma na celu uratowanie satysfakcji ze zdobywania Transfogaraski. Zatem tarmosimy rowery po skarpie przed budynek pensjonatu, a tam witają nas z otwartymi ramionami zarówno właściciele, jak i robotnicza załoga naprawiająca coś pod rozgrzebaną ziemią. Jeden z panów majstrów w geście uprzejmości porywa się na rower Karoliny i żwawym ruchem usiłuje poderwać go za kierownicę, żeby podciągnąć pod górkę. Jednak jego mina na zakończenie akcji pomocowej przed drzwiami domu nie jest już taka przyjazna – najwyraźniej spodziewał się czegoś lżejszego 😀

Pierwsze pół godziny spędzamy w towarzystwie… sarenki, którą właściciele jako sarnie niemowlę znaleźli osamotnioną w lesie. Zabrali ją do siebie, żeby nie zdechła z głodu ani zimna i teraz jest całkiem żwawym małym śmierdziuchem, który szybko się z nami zaprzyjaźnia. Otrzymujemy zaproszenie na herbatę na koszt firmy, ale uprzejmie odmawiamy, tłumacząc, że wygodne łóżko i prysznic w zupełności nam wystarczą, żeby zrelaksować się przed dalszym ciągiem wyprawy. Odpalamy kuchenkę turystyczną na podłodze w pokoju i trzeci dzień z rzędu jemy ryż z soją. Następnie bierzemy prysznic i lenimy się w łóżku, oglądamy „Grę o tron” na schodach w korytarzu, bo łapiemy tam najlepsze połączenie z Wi-Fi 🙂

Pod wieczór Kamil wychodzi na zewnątrz, żeby upewnić się, czy nasze rowery nadal stoją na zapleczu domu. Kiedy wraca, jest poruszony, a potem nie może zasnąć. Bo na chwilę rozeszły się chmury, bo w oddali malowały się estakady sięgające wysoko, wysoko pod niebo. Uświadamiamy sobie, co moglibyśmy stracić naszą dotychczasową obojętnością wobec wielkich Karpat i dopiero teraz naprawdę zaczyna nam zależeć. Dlatego pobudka o 4.00, a o 5.00 w pełnym rynsztunku wytaczamy się z powrotem na drogę.

Zieleń na drzewach i szarzyzna skał są jeszcze przytłumione głębokim cieniem, w jakim o tej porze dnia znajduje się nasza dolina. Ale świat jest przejrzysty, jak obiecywała prognoza, a poranne rześkie powietrze wchodzi do płuc, kiedy przyspieszamy oddech na kolejnych metrach podjazdu. Początkowo wspinamy się po podwójnej serpentynie, która wynosi nas w górne partie iglastego lasu. Od tego momentu drzewa przy drodze będą się przerzedzać, dzięki czemu powoli zyskujemy szerszy pogląd na ukształtowanie terenu. Z każdą minutą jest też coraz więcej słońca, a my jedziemy bardzo powoli, żeby przypadkiem nie umknął żaden z promieni oblewających wielki masyw, przeganiający ten moment po nocy, kiedy doliny i kotły są jeszcze w mroku, ale krawędzie skał coraz wyraźnej rysują się w oczach.

Przejeżdżamy pod kilkoma półtunelami zbudowanymi do ochrony przed osypującymi się zboczami, a może i przed zsuwającym się śniegiem. Dach półtunelu jest również dobrym miejscem na dziki biwak ze względu na minimalną widoczność i płaski teren, co też w danej chwili jest uskuteczniane przez parę zmotoryzowanych turystów z namiotem. Z kolei po naszej prawej dostrzegamy psy pasterskie, za którymi włóczą się pasterze oraz długi sznur małych białych kulek. Znajomy to odgłos owczego beczenia w rumuńskich górach i słyszymy go od kilkuset kilometrów, więc jakże mogłoby go zabraknąć na Transfogarasce? Cieszymy się na widok tych wełnianych bobków, ale przyspieszamy nieco korby rowerów, żeby nie blokować się wzajemnie, bo pasterze prowadzą swoje stado wprost na drogę.

Tymczasem jesteśmy coraz bardziej onieśmieleni, ponieważ jednolicie szare do tej pory niebo nabiera coraz więcej błękitu. Wciąż jedziemy w cieniu wielkich Fogaraszy, bo słońce nie zdążyło jeszcze dosięgnąć naszego położenia, ale góry na zachodzie nabierają pełnych kształtów i zaczynają eksponować się w pełnym świetle. Z jednego z zakrętów na kolejnych serpentynach dostrzegamy charakterystyczny trójkątny wierzchołek drugiego najwyższego szczytu Gór Fogaraskich oraz RumuniiNegoiu o wysokości 2.535 m n.p.m.

Z kolei w kierunku północno-zachodnim rozlega się widok na grań sięgającą powyżej 2.300 m n.p.m. Nie sposób oderwać od niej oczy, bo plastyczne światło poranka żłobi każdą najmniejszą krawędź. Więc jeszcze ostrożniej rozglądamy się wkoło i wypatrujemy kolejnych zboczy, które mogły odsłonić się z cienia.

Na razie jednak wciąż pedałujemy w wielkim cieniu wielkich gór. Na północy ciągle szarzyzna, a blade niebo jeszcze razi po oczach. Ale wyciągamy paluchy i wskazujemy sobie na dalszy bieg drogi, który znajduje się nad naszymi głowami. Kaskada białego wodospadu przyciąga wzrok, więc spinamy tyłki, a nogi pedałują same z siebie, żeby tylko jak najszybciej znaleźć się w pobliżu.

Tymczasem powyżej 1.600 m n.p.m. droga ostatecznie odbiega od cienkiej już strugi rzeki Argeș, której źródło znajduje się nieopodal, niecałe 400 metrów wyżej w dwutysięcznym masywie. Z kolejnym zakrętem opuszczamy więc dolinę, a dalsza droga wyżłobiona jest w opadającym zboczu. Pokonujemy jeszcze kilka zawiłości Transfogaraski i na wysokości około 1.700 m n.p.m. docieramy do Wodospadu Capra (Cascada Capra) utworzonego na rzece Capra – kolejnej wypływającej z jednych z najwyższych partii Fogaraszy.

Zadzieramy nosy, bo wodospad sięga wysoko ponad nasze głowy. Białe welony spadają tu po skałach, w związku z czym gapimy się z zachwytem na wodę, ale równocześnie stoimy bez słowa, bo ta spływa bezpośrednio do drogi, po czym wpada pod jezdnię. Tymczasem za kolejnym ostrym zakrętem wjeżdżamy w strugę wyłażącego zza gór słońca, bo dzienne światło wdziera się już sukcesywnie na część najwyższych odcinków drogi.

To również dobry moment na wydobycie z sakw czegoś słodkiego do jedzenia, co też czynimy. I tak z widokiem na dolinę rzeki Argeș i na niższe partie drogi oraz z widokiem na ponad dwutysięczny grzbiet delektujemy się rumuńskim batonem. Jednocześnie nawigacja w telefonie wskazuje położenie około 1.750 m n.p.m, więc pozostało nam ostatnie 300 metrów w górę, a pod kołami jeszcze około 5.5 kilometra asfaltu do końca podjazdu.

Dalej są również znajome już białe, wełniane bobki z pasterzami, które nas wyprzedziły, bo kiedy my pokonywaliśmy kolejne zawijasy drogi, one hasały na szagę po trawie i tym samym zaoszczędziły kilka dobrych kilometrów dreptania po jezdni. Obserwujemy je i widzimy, że strategię tę w dalszym ciągu kontynuują, jednak coraz częściej zatrzymują się na coraz dłuższe żucie 🙂

Tymczasem nowe światło = nowa perspektywa, dlatego co chwilę zatrzymujemy się na każdym kolejnym zakręcie i obracamy o 360 stopni dookoła, żeby zobaczyć i zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Słońce jest coraz wyżej, więc dosięga już sporego fragmentu drogi, ale przed nami jeszcze kilka serpentyn ukrytych w cieniu wysokiego grzbietu, który odgradza je od światła ze wschodu. Pokonujemy je z ogromną przyjemnością, a po drodze mijamy jeszcze strugę rzeki Capra, na której niżej widzieliśmy Wodospad Capra.

Powyżej serpentyn odkrywamy zaś, że znajdujemy się o jakieś 50 metrów poniżej magicznych dwóch tysięcy. Oznacza to, że pozostało nam ostatnie 100 metrów w górę, a przełęcz i Jezioro Balea są gdzieś w sąsiedztwie. Ekscytuje nas ta świadomość, chociaż z drugiej strony trochę nam smutno, że przed nami koniec wspinaczki. Najchętniej tą Szosą Transfogaraską to pojechalibyśmy do samego nieba 🙂

Wsiadamy z powrotem na rowery i przy następnym zakręcie docieramy do schroniska Salvamont Cota 2000. To biały budynek ze spadzistym dachem położony w narożniku ostrego łuku, a liczba zawarta w jego nazwie celuje w wysokość nad poziomem morza. W tym miejscu wszystko staje się jasne zarówno za sprawą wysokości, jak i długości pozostałej drogi – za zakrętem czeka nas jeszcze długi łagodny łuk asfaltu, który potem wbiegnie do tunelu. Zatem przed oczami ostatnie 42 metry w górę i 850 metrów przed siebie.

Ponownie wjeżdżamy w cień, bo od porannego wschodniego światła odgradza nas kolejny skalny grzbiet. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy zboczu, żeby ostatni raz spojrzeć na południową część Transfogaraski. Gapimy się na dolinę i serpentyny, na plastyczną, płynnie wyginającą się szosę. Na samym skraju przepaści znajduje się tam również niewielki biały budynek z wielkim napisem „WC” 🙂 To chyba najładniej położona toaleta w kraju, chociaż niestety zamknięta. W międzyczasie przybiegają do nas jeszcze dwa pasterskie psiaki i są to nasi znajomi, którzy na chwilę odłączyli się od stada owiec.

My zaś wracamy na drogę i przejeżdżamy pod kilkoma półtunelami. Tymczasem z ciemnego tunelu przed nami wyjeżdża popierdująca trójka amerykańskich motocyklistów, a mężczyźni po serii zapoznawczych pytań z nadzieją w głosach dopytują jeszcze o najbliższą stację benzynową 😀 Ta niestety znajduje się w Curtea de Argeș, czyli jakieś 80 kilometrów stąd. Nie zdradzają na jak długo wystarczy im paliwa, ale życzymy powodzenia, zapalamy czołówki i znikamy w tunelowej ciemności.

Ta zaś liczy sobie około 1 kilometra długości, a na jej krańcu czeka na nas oślepiające światło dnia. Tutaj inaczej niż po południowej stronie drogi wszystko skąpane jest w słońcu, a każdy zakamarek terenu już dawno odsłonił się z cienia. Musi jednak minąć chwila zanim zaadaptujemy się do zmiany, a wzrok przywyknie do innej intensywności. Czujemy się trochę tak, jakby tunel wyprowadził nas do innego świata, bo po tej stronie również życie toczy się zupełnie inaczej.

Są tu samochody, turyści, autokar z turystami, jest gwar i przydrożne stragany, na których można kupić sobie pamiątki albo lokalne przysmaki. Z tego ostatniego chętnie korzystamy, ponieważ na drugie śniadanie mamy ochotę zjeść rumuńską kiełbasę oraz owczy ser telemea. Jesteśmy też trochę oszołomieni i zdezorientowani, bo przed nami otwiera się wielka przestrzeń, a płaski odcinek drogi urywa się tuż przed nią i w dole rozkłada się północna część Transfogaraski.

Nie chcemy jednak teraz na nią patrzeć i prosto spod straganu najpierw udajemy się nad Jezioro Balea położone po naszej prawej stronie. Tam nad brzegiem znajdujemy sobie kawałek trawy do przeprowadzenia naszych śniadaniowych zabiegów. Po drugiej stronie lazurowej wody znajduje się górski pensjonat. Kiedy tak rozglądamy się po otoczeniu, to w sumie jest ich tam aż kilka, a my nie posiadamy się z zadowolenia, że podjeżdżaliśmy z przeciwnej strony przełęczy – tam, gdzie przez większość czasu byliśmy sam na sam z górami.

Po jedzeniu zbieramy wszystkie klamoty i tarabanimy się na drugą stronę jeziora. Tuż nad dalszym biegiem jezdni znajduje się nieoznakowany punkt widokowy. Stajemy więc na skarpie, a oczom naszym pokazuje się dwutysięczne zbocze opadające w dół, do północnej doliny. Gmatwanina drogowych serpentyn wiruje tu w zielonym, u-kształtnym leju, a ponad tym wszystkim w górę wychylają się trawiaste stoki zakończone skalnymi grzbietami.

Zachwyceni patrzymy się na wielką wizję Ceaușescu. Całkowicie pomijając jego polityczne decyzje, zgodnie stwierdzamy, że jeśli nazywał siebie geniuszem Karpat ze względu na tę drogę, to rzeczywiście mógłby zasłużyć na ten przydomek. Wodzimy jeszcze wzrokiem wzdłuż jezdni i już od samego patrzenia kręci nam się w głowie 🙂 A przecież przed nami przeprawa po serpentynach w dół, czyli szybkie wchodzenie w zakręty.

Zbieramy manatki i wracamy do gry. Na zjeździe nachodzi nas refleksja, że wielkie oczekiwania nie służą podróży. Że wielkie oczekiwania to nie jest otwartość wobec bycia w drodze, a zrozumieliśmy to umniejszając Karpaty podczas dwóch pierwszych dni na Transfogarasce. One zaś jak cierpliwy i mądry nauczyciel pokazały nam pokorę wobec drogi.

Dzisiaj odzyskaliśmy pasję, ale tak niewiele brakowało, żeby stać się biedniejszym w doświadczenia. Mogliśmy pojechać na przełęcz w deszczu i we mgle, poddając się swojemu zobojętnieniu. Otrzymalibyśmy wówczas niewiele poza pustym sukcesem zdobycia wysokości. Tymczasem jedziemy w zachwycie i prawdziwym, niezapośredniczonym podekscytowaniu. Stoki gór kształtują przed nami dolinę w u-kształtny lej, a my wraz z wijącą się Transfogaraską zdajemy się kołysać między kolejnymi wypiętrzeniami terenu. Zupełnie nie wiedząc, czy patrzeć na ogłuszający ogrom przestrzeni, czy też w zafascynowaniu studiować odsłaniające się po kolei estakady, na których poprowadzona jest droga.

Przez najbliższych 6 kilometrów pędzimy jeszcze po serpentynach, a potem jezdnia zbiega do poziomu lasów meandrując jeszcze w rzeźbie terenu. Około 1.500 m n.p.m. mijamy widoczny z daleka Wodospad Balea (Cascada Bâlea) utworzony na rzece o tej samej nazwie spływającej z jeziora na szczycie podjazdu.

Poniżej 600 m n.p.m. robi się niemal płasko, a szosa dociera do miasta Cârțișoara. Tutaj krajobraz zmienia się z górskiego na rolniczy, z południa obramowany monumentalnym fogaraskim masywem. Kiedy tam docieramy, w górach zbierają się już szaro-niebieskie kłębowiska, a najwyższe granie są zasłonięte chmurami. Oznacza to tylko tyle, że idealnie wpasowaliśmy się w pogodowe okno i zobaczyliśmy Szosę Transfogaraską w jej najlepszej odsłonie 🙂

Informacje praktyczne

Lokalizacja i charakterystyka miejsca

Szosa Transfogaraska znajduje się mniej więcej w centrum Rumunii, w południowej części łuku Karpat (Karpaty Południowe, Góry Fogaraskie), przecinając granicę okręgów Argeș oraz Sibiu. Na wschód od drogi usytuowane jest duże miasto Brașov, z kolei na zachodzie w odległości około 120-130 km w linii prostej leży droga DN 67C, czyli tzw. Transalpina (nieco wyższa od Transfogaraski i zarazem najwyżej położona w Rumunii i w Karpatach asfaltowa droga).

W krajobrazie trasy dominuje las, a ponad linią drzew pojawiają się pastwiska. Zaznaczają się tam piętra roślinności z wyraźnym podziałem na regiel dolny (las liściasty), regiel górny (las iglasty), piętro halne (pastwiska) oraz piętro turniowe (grzbiety skalne w najwyższych partiach gór). Piętro subalpejskie (kosodrzewina) prawdopodobnie nie występuje ze względu na intensywny wypas owiec.

Po południowej stronie szosa prawie do samej przełęczy pnie się pod prąd rzeki Argeș. Z północnej strony natomiast do pewnego momentu towarzyszy jej rzeka Balea. Po drodze mija się również wodospad Balea (Cascada Bâlea, północna strona), wodospad Capra (Cascada Capra, południowa strona), jezioro Vidraru (Lacul Vidraru, południowa strona) oraz niewielkie jezioro Balea (Lacul Bâlea) na samej przełęczy. Po drodze mija się także ruiny XIII-wiecznego Zamku Poenari (Cetatea Poenari) znanego przede wszystkim z późniejszych czasów, gdy zamieszkiwał go zmitologizowany w ostatnich wiekach przez literaturę i film Wład Palownik (Vlad Drăculea), pierwowzór postaci hrabiego Drakuli.

Lokalizacja Szosy Transfogaraskiej na mapie Rumunii

Droga jest w całości wyasfaltowana, a przejeżdżającym towarzyszą kamienne biało-czerwone słupki kilometrowe z oznaczeniem odległości brakującej do Jeziora Balea. Brakuje procentowych oznaczeń nachylenia terenu. Góry Fogaraskie to obszar zamieszkiwany przez liczną populację niedźwiedzi brunatnych i w związku z tym lepiej być przezornym i nie wybierać miejsca na nocleg w partiach gór, gdzie rośnie las.

Kiedy jechać?

Spora część drogi jest zamknięta dla ruchu samochodowego każdego roku w okresach, gdy wysoko w górach znajduje się śnieg (w porach jesień, zima, wiosna – trasa zazwyczaj otwierana jest na początku lipca). Niższe partie trasy mogą być otwarte dla ruchu przez cały rok lub zamykane tylko na krótsze okresy czasu. Aktualny status poszczególnych partii Transfogaraski można sprawdzać tutaj: → http://www.transfagarasan.net/

Atmosferycznie najbardziej bezpieczny wjazd na Transfogaraskę możliwy jest zatem w letnich miesiącach, z czego najbardziej optymalnym czasem jest początek lipca oraz wrzesień. Bowiem większość lipca oraz sierpień to miesiące wzmożonego ruchu turystycznego oraz tłoku na drodze. Na rowerze można również próbować przedostać się na drugą stronę przełęczy w czerwcu, choć im wcześniejsza pora miesiąca, tym większe prawdopodobieństwo, że u góry będzie zalegał śnieg (tworzący ryzyko osunięcia się lawiny).

Opcje podjazdu

Istnieją dwie możliwości przejazdu: (1) z południa lub (2) z północy. Obie opcje prowadzą tą samą trasą na tym samym całkowitym dystansie, z bardzo podobnym przewyższeniem, a różnią się długością podjazdu oraz zjazdu. Nasza podróż przebiegała w kierunku południe – północ (1).

Opcja (1) oznacza dłuższą drogę do przełęczy, liczącą około 80 kilometrów oraz krótszy zjazd. Jej większość prowadzi pod górę, ale spory fragment wokół jeziora Vidraru (ok. 25 kilometrów) to niewielkie interwały, poza tym „rzetelny” podjazd rozpoczyna się dopiero w okolicach zamku Drakuli (około 25 kilometrów od miasta Curtea de Argeș). Przewyższenie na tej trasie wynosi około 1.600 m. Opcja (2) wiąże się z krótszym podjazdem (około 40 kilometrów) oraz długim zjazdem i przewyższeniem około 1.550 m. Ze względu na spore nierówności jezdni polecamy trasę (1) z krótszym zjazdem, ponieważ dziury są szczególnie odczuwalne przy większej prędkości podczas jazdy w dół.

Co zabrać?

Podczas 120-kilometrowej trasy przez góry trzeba być przygotowanym na różne sytuacje, dlatego niezbędne jest pewne zaopatrzenie. Potrzebny będzie prowiant uzależniony od czasu przejazdu oraz woda do picia i ewentualnie do celów gospodarczych, pojemniki na wodę, a także odpowiednie ubrania, wyposażenie roweru oraz gotówka.

Zakupy spożywcze, czy ogólnobranżowe z południowej strony Transfogaraski można zrobić w miejscowości Curtea de Argeș (jedzenie, napoje, alkohol, chemia. Znajdują się tam zarówno mniejsze sklepy, jak i supermarket), natomiast po stronie północnej – w miejscowościach Cârţa lub Cârțișoara (jedzenie, napoje, podstawowa chemia). Bankomat do wybrania gotówki znajduje się w Curtea de Argeș.

Ułatwieniem z pewnością będzie fakt, że nie trzeba zabierać ze sobą zapasów wody na czas trwania całego przejazdu przez Transfogaraskę. Po drodze znajduje się bowiem kilka ustępów wody pitnej (często oznaczanych tabliczkami z napisem apa de izvor) w postaci kranów przy zboczach skał. Wystarczy mieć pewien zapas na starcie oraz pojemnik / pojemniki do uzupełniania podczas drogi.

Wjazd wysoko w góry może wiązać się z niespodziewanymi zmianami warunków atmosferycznych oraz obniżoną temperaturą powietrza. W związku z tym rozsądnie jest zabezpieczyć się przed chłodem, deszczem, wiatrem, ostrym słońcem. Do sakw warto spakować więc kurtkę przeciwdeszczową, bluzę, chustę, okulary przeciwsłoneczne, czy krem na słońce. My na początku lipca używaliśmy bluz oraz kurtek, gdy góry na niemal całą dobę zostały zasłonięte przez gęste chmury (pomimo, że na nizinach panował upał). Należy również mieć przy sobie źródło światła (np. lampa rowerowa lub czołówka), ponieważ na trasie znajduje się kilka krótkich tuneli (w tym na samej przełęczy).

Dojazd

Można próbować dostać się bezpośrednim lotem linii PLL LOT z Warszawy (WAW) do Bukaresztu (OTP), a następnie z Bukaresztu przedostać się do Braszowa (około 100 km od miasta Cârțișoara) lub do miasta Fogarasz (około 35 km od miasta Cârțișoara główną drogą lub około 45 km drogą boczną) za pośrednictwem prywatnego busa: → direct-aeroport.ro

Innym rozwiązaniem może być przelot Lufthansą z Warszawy (WAW) do Sibiu (SBZ) z przesiadką w Monachium (MUC). Sibiu dzieli od Cârțișoary około 45 kilometrów główną drogą DN 1, jednak nie polecamy jej rowerzystom, ponieważ na pewnym odcinku jej przebieg łączy się z drogą ekspresową z zakazem dla rowerzystów. Przejechaliśmy nią w 2016 roku, jednak jest to jedno z najmniej przyjemnych wspomnień z pobytu w Rumunii (bardzo ruchliwa droga pełna rozpędzonych tirów). Alternatywnie z Sibiu do Cârțișoary można przejechać drogą nr 106 (około 70 km).

Noclegi

Kwatery noclegowe znajdują się w różnych częściach Transfogaraski, np. na przełęczy Balea, przy wodospadzie Balea po północnej stronie oraz w kilku lokalizacjach na trasie południowej – m.in. przy jeziorze Vidraru oraz powyżej niego do wysokości ok. 1.500 m n.p.m. Wybór jest dosyć spory, w związku z tym powinien zadowolić przeróżne wymagania oraz oczekiwania.

Przy Szosie Transfogaraskiej działają także kempingi: np. przy Zamku Poienari (Camping Dracula) i przy jednym z pensjonatów przy jeziorze Vidraru (Pensiunea Vidraru). Przy zamku (około 700 m n.p.m.) i przy południowych serpentynach (około 1.600 – 1.700 m n.p.m.) znajdują się również oznakowane place na dziki biwak (zona picnic). Jest to prawnie dozwolone, ponieważ w Rumunii brak zakazu dzikiego biwakowania.

My korzystaliśmy z kempingu przy Pensiunea Vidraru oraz z pokoju z łazienką w pensjonacie Vila Balea. U podnóża Fogaraszy, po północnej stronie gór znajduje się również godny polecenia kemping w miejscowości Cârţa (Camping De Oude Wilg), mogący stanowić punkt startowy lub końcowy (tak jak w naszym przypadku).

W Duecie po Świecie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s