Transalpina rowerem – niedźwiedź i siódme poty na Pasul Urdele

Transalpina rowerem to fragment długiej wyprawy rowerowej (więcej piszemy o niej tutaj → EUROTRIP). Była to nasza pierwsza wysokogórska droga stanowiąca próbę, zaspokajająca pierwszą ciekawość i równocześnie motywująca do wypraw na kolejne przełęcze.

Transalpina opada i się wspina

Ta droga to jakiś niesamowity stan ducha, gdzie miesza się podekscytowanie, strach, ciekawość, zniecierpliwienie, podziw i pokora. Człowiek czuje się maleńki, wciągnięty w głębokie doliny, a zaraz wyniesiony na bezkresne grzbiety. I tak tnie horyzont po łukach i zakosach, nie widząc kolejnego zakrętu, błądząc myślami po zboczach, a wzrokiem kontrolując chwiejny tor jazdy, ukradkiem chłonąc błękitne panoramy 🙂

Rumunia, 30-31.06.2016 (30-31 dzień podróży) Dystans: 151 kilometrów

Transalpina to była nasza pierwsza rowerowa przygoda z wysokimi górami. Gdy w mieście Sebeș skręciliśmy w drogę DN 67C, czuliśmy niepokój pomieszany z podekscytowaniem. I poza tym nie mieliśmy nic więcej. Żadnego pojęcia o tym, czego można się spodziewać.

Cały dzień jechaliśmy przez las, a asfalt wił się i ginął w nim przed oczami. Wieczorem zobaczyliśmy trawiastą polankę otoczoną drzewami, takie piknikowe miejsce z ławkami i paleniskiem. Trawa była krótka, podłoże wystarczająco miękkie, żeby wbić śledzie. Wszystko się zgadzało, wszystko było idealne na biwak. Toż to Ameryka – poza jednym szczegółem, który na szczęście nie umknął Kamilowi i który właśnie w tamtej chwili się pojawił. Spomiędzy drzew przy zejściu do jeziora dobiegał szelest.

– Bune ziua! (Dzień dobry!) – krzyknął Kamil, ale nikt nie odpowiedział. – Good afternoon! Guten Abend! Hello! – wołał dalej, ale w żadnym ludzkim języku nie było odzewu.

Kamil powoli zbliżył się do linii drzew i zajrzał między gałęzie. Na ziemi zobaczył rozsypane śmieci. Podszedł jeszcze trochę bliżej źródła dźwięku i między liśćmi dojrzał wielką ciemną łapę. To był niedźwiedź rozgrzebujący stertę śmieci w poszukiwaniu jedzenia. Mieliśmy szczęście, że wiatr wiał na naszą korzyść i niedźwiedź nie poczuł zapachu Kamila, gdy znajdowali się zaledwie kilka kroków od siebie. I aż strach pomyśleć, co by się wydarzyło, gdyby zwierzę przyszło tam pół godziny później, a my rozbilibyśmy już namiot. Pewnie na szynce z sakwy by się nie skończyło 🙂

Po tej przygodzie odrzuciliśmy pomysł nocowania na dziko w Karpatach, więc zatrzymaliśmy się w najbliższym, niedrogim hotelu. Po krótkiej pogawędce z rumuńskim motocyklistą zamknęliśmy się w pokoju gotując kolację i czochrając spocone pieluchy. Było nam trochę szkoda tych 100 lei, ale kiedy niebawem srogi deszcz zaczął łomotać o rynnę, łatwo dostrzegliśmy w tym wydatku parę korzyści.

Następnego poranka na drodze panowała niezwykła cisza, czasem przerywana jedynie dźwiękiem motocyklowego silnika. Niebo się rozpogodziło, a kiedy panie z obsługi wyszły nas pożegnać, nad Transalpiną świeciło pełne słońce. Objechaliśmy Jezioro Oașa i nachylenie asfaltu wzrosło. Byliśmy coraz bliżej najwyższej linii drzew, świerki powoli zaczynały się przerzedzać, a niebo było niemal na wyciągnięcie ręki. Zadowoleni z siebie szacowaliśmy jak to jeszcze niewiele pozostało nam do podjechania. A tu nagle… O, NIE!! Koła zaczęły kręcić się same, rozpęd jak bum cyk. Asfalt opadł sobie w dół i tak postanowił zbiegać na długości kilku kilometrów (przełęcz Tărtărău, około 1.700 m n.p.m.)…

Z nosami na kwintę zatrzymaliśmy się na owsiankę na wodzie z górskiego potoku, chociaż niespokojnie rozważaliśmy dalsze możliwe scenariusze naszej drogi. Po kilku kilometrach dotarliśmy do serpentyn, a adrenalina ciągle rosła. „Co będzie dalej? Jak stroma musi być droga na tych ostatnich kilometrach, skoro straciliśmy tyle wysokości?” – pytaliśmy samych siebie w myślach.

Było to do przewidzenia, że Transalpina zaraz ostro zacznie zaplatać się po zboczu. I owszem, strome „agrafki” kazały nam dawać z siebie 150%, kiedy asfalt o wiele gwałtowniej niż na prostych odcinkach trasy wybijał się w górę i bez skrupułów ciął stok. Trzeba było zawziętej siły w nogach, żeby znaleźć się na kolejnej prostej, wepchnąć przedni bagaż i jednocześnie podciągnąć tylny (około 25 kg na osobę), wpasowując się przy tym w skręcający tor jazdy.

Wyjechaliśmy ponad świerki. Na długich, w miarę prostych odcinkach wołała nas przestrzeń. Niesamowicie było jechać w ten zielony masyw, który pozwalał oswajać się coraz bardziej i bardziej. Niesamowita była wielka niewiadoma, o tym dokąd Transalpina nas prowadzi. Bez wątpienia – na przełęcz Urdele. Ale którędy? Gdzie skręci? Które zbocze obiegnie? To często pozostawało poza zasiegiem wzroku. I byliśmy tylko my i wolna przestrzeń, i echo opon na asfalcie roznoszone między stokami.

No i jeszcze odrobina niepewności, potu oraz wykrzywień zmęczonej mordy na trudniejszych odcinkach 🙂

Ale koła niosły nas dalej. Droga wywiodła na grzbiety, żeby zawijać się między nimi jak wąż. Spotkaliśmy Pana Wojtka z Córką, a potem zatrzymaliśmy się na krótki posiłek z widokiem na otwartą, rozległą przestrzeń. Do Pasul Urdele brakowało nam 5 kilometrów i nawigacja szacowała jakieś 2.105 m n.p.m wysokości. To byłoby jednak banalnie proste, gdyby pozostało jedynie 40 metrów przewyższenia.

A że Transalpina z banalnością nie ma niczego wspólnego, oznaczało to, że czeka nas kolejny zjazd! I tak z przełęczy Pasul Muntinu pognaliśmy w dół. Wiatr we włosach, gęsia skórka na łydce. Z jednej strony byliśmy wkurzeni, ale z drugiej to wydawało się niesamowite. Kiedy już niemal osiągnęliśmy upragnioną wysokość, droga zbiegała w dół. Właściwie to taka rowerowa poezja, czyli umiejętność wyzwalania przeróżnych, często przeciwstawnych emocji, które jak klamra spina jedno wrażenie – zachwyt.

Nad górami zgromadziły się chmury, a droga zaszła białą mgłą. Pędziliśmy w dół żałując traconej wysokości, jednak z rozkoszą poddając się sile grawitacji. Jasne, że chcieliśmy być w tej dolinie, otoczeni górami! Stoki porośnięte były jedynie trawą, ale to wystarczyło, żeby ponownie uderzyła nas karpacka zieleń i… beczące barany na niewyobrażalnych dla barana wysokościach 🙂 Po trzech kilometrach straciliśmy około 150 m wysokości i na dwóch ostatnich kilometrach musieliśmy znów je odzyskać.

Przy kolejnych potach chmury opadły poniżej Urdele i zaczęły zasłaniać drogę nad nami. Zrobiło się chłodno, a ze skalistych zboczy słyszeliśmy coraz bardziej intensywne beczenie owiec. Małe, jasne kulki przemieszczały się po stromych stokach, a ich rozmowy niosły się głośnym echem w wilgotnym powietrzu. W tej beczącej kanonadzie zbliżyliśmy się do bardzo stromego zakrętu w prawo. Wjechaliśmy na łuk, a przed nami wyrosła bardzo stroma ściana. Kierowca auta jadącego z przodu przystanął, żeby od nowa uruchomić silnik. Pierwszy bieg.

Na naszych licznikach prędkościomierz wahał się pomiędzy 4-5 km/h. Samochód zniknął w chmurach, w które po kilku metrach i my wjechaliśmy. Widzieliśmy jedynie drogową barierkę odgradzającą nas z prawej strony od przepaści. Zginęliśmy we mgle skupieni na jednostajnych ruchach nóg. Minęła dłuższa chwila zanim zorientowaliśmy się, że jezdnia przestała stawiać opór, że pedały łagodnie obracały się pod stopami. Wjechaliśmy na Pasul Urdele!

Z przełęczy nie było kompletnie nic widać. Jedynie bardzo ostrożnie jadące auta i motory rozpraszały mleczną mgłę za pomocą reflektorów. Gdzieś spomiędzy zawiesiny udało się rozpoznać podniesione kciuki i odwzajemnić motocyklowe przywitanie. Bardzo radosne przywitanie 🙂

Ubraliśmy kamizelki odblaskowe i zjechaliśmy nieco niżej. Na łące z prawdziwą satysfakcją kroiliśmy kanapki, a w tle słuchaliśmy warkotu ostrożnie jadących samochodów i motocykli. Podczas zjazdu pojawił się jeszcze jeden podjazd, który pokonaliśmy zawzięcie, ale nie obyło się bez nieprzyzwoitych wyzwisk rzuconych w eter 🙂 Potem starsza Pani wzięła od nas pieniądze za pokój w Novaci, kolarskie odparzenia grubo wysmarowaliśmy kremem i z niedowierzaniem położyliśmy się spać. To zdawała się być jakaś równoległa rzeczywistość 🙂

Informacje praktyczne

Transalpina jest najwyżej położoną drogą w Rumunii. Na wielu kilometrach przemierza Góry Parâng, żeby połączyć miasto Sebeș  i Novaci.

Wspina się na 2.145 m n.p.m, do szczytowej przełęczy Urdele (Pasul Urdele). Podobnie jak nieco niższa od niej Szosa Transfogaraska (2.042 m n.p.m. – więcej o Transfogarasce znajdziesz tu: → Droga Transfogaraska na rowerze, dziki las i pasterze), ma około 135 kilometrów długości. Na mapach i znakach drogowych oznaczana jest symbolem DN 67C (DN = drumul național, czyli droga krajowa).

Przemierzaliśmy ją z północy na południe, czyli z miasta Sebeș do Novaci. To wariant trasy, gdzie droga do przełęczy Urdele jest dłuższa i bardziej wymagająca (większa suma przewyższeń ze względu na długie zjazdy redukujące uzyskaną wysokość). Przez wiele kilometrów szosa dość łagodnie wspina się wzdłuż rzeki Sebeș. Potem obiega jezioro Oașa (Lacul Oașa) i prowadzi do pierwszej przełęczy (Pasul Tărtărău,1665 m n.p.m.), żeby znacząco opaść w dół i ponownie wspinać się i opaść.

To droga, która wymagała od nas bardzo dobrej kondycji fizycznej i psychicznej odporności. Pokonywaliśmy ją na wyprawowych rowerach (trekking i cross z trekkinowym wyposażeniem) z wypchanymi sakwami łącznie ważącymi około 50-55 kilogramów (około 25 kg na głowę).

Na Transalpinie brakuje procentowych oznaczeń nachylenia terenu. Nie posiadaliśmy altimetru, ale na podstawie wielu wcześniejszych górskich  doświadczeń przypuszczamy, że niektóre odcinki drogi mogły mieć około 15% nachylenia.

Droga kilka lat temu została wyasfaltowana. W kilku miejscach wiedzie po stromych serpentynach. Charakterystyczne w ich przebiegu jest to, że tzw. „agrafki”, czyli zakręty zostały ostro i stromo wyprofilowane. Wiele z nich to bardzo trudne odcinki, do których należy podchodzić, czy raczej podjeżdżać zdecydowanie i dawać z siebie 150%.

Trzeba też pamiętać, że rumuńskie Karpaty to dom licznej populacji niedźwiedzi brunatnych. Lepiej być przezornym i nie wybierać miejsca na nocleg w partiach gór, gdzie rośnie las.

Przebieg trasy

Trasa: → Sebeș (260 m n.p.m.) → Pasul Urdele (2.145 m n.p.m.) → Novaci (460 m n.p.m.)

Pierwsze kilometry po wjeździe na DN 67C są płaskie. Za Sebeș na horyzoncie pojawiają się ciemne zarysy gór. Płaska dolina powoli zwęża się, a asfalt lekko faluje od wioski do wioski. Po pierwszych sześciu kilometrach pojawia się pierwsza tama (Barajul Petrești) oraz niewielki zalew utworzony na rzece Sebeș.

Potem są długie leśne kilometry. Droga wreszcie przestaje falować i bardziej stromo wspina się w górę, żeby po około 40 kilometrach osiągnąć 800 m n.p.m. i dotrzeć do kolejnej tamy (Barajul Tău Bistra) oraz zbiornika (Lacul Tău Bistra) utworzonego na rzece.

Po kolejnych kilkunastu kilometrach zza kilku następnych zakrętów i rosnących wkoło drzew wyłania się Jezioro Oașa (Lacul Oașa) powstałe w wyniku skumulowania wody przez tamę (Barajul Oașa). To wysokość około 1.250 m n.p.m. i około 63 kilometry Transalpiny (mniej więcej 1000 m przewyższenia – wynik to różnica wysokości pomiędzy miastem Sebeș – ok. 260 m n.p.m. a Jeziorem Oașa – ok. 1.250 m n.p.m. W rzeczywistości przewyższenie może być nieco większe, bo pokonuje się też krótkie interwały, których nie uwzględnia podana różnica).

Droga wokół jeziora w przeważającym stopniu jest płaska. Za zbiornikiem coraz bardziej stromo zaczyna piąć się do wysokości około 1.700 m n.p.m. Potem asfalt gwałtownie opada w dół na długości kilku kilometrów. Jest to przełęcz Tărtărău (Pasul Tărtărău), z której zjazd doprowadza do miejscowości Obârşia Lotrului położonej na około 1.320 m n.p.m. (około 83 km Transalpiny). Stamtąd do Pasul Urdele pozostaje jeszcze około 20 kilometrów drogi.

Przez kilka kilometrów drodze towarzyszy rzeka Lotru, po czym asfalt przecina ją i początkowo łagodnie, po chwili coraz bardziej ostro zaplata się po zboczu. Strome serpentyny na 3,5 kilometra wyprowadzają drogę na 1.700 m n.p.m, a asfalt na łukach jest bardzo stromy.

Powyżej serpentyn pojawia się rozległa panorama gór, drzewa odsłaniają wysokie, zielone Karpaty oraz głęboką dolinę i szerokie pastwiska. Droga ginie przed wzrokiem, poprowadzona po grzbietach gór, a niektóre odcinki są bardzo strome. Nie bez powodu co kawałek na kamieniach i barierkach drogowych znajdują się numery telefonów i informacje o holowaniu („tractari auto”).

W odległości 5 kilometrów od Pasul Urdele Transalpina wbiega na wysokość 2.105 m n.p.m. (Pasul Muntinu). To tylko 40 m niżej niż przełęcz szczytowa, ale w praktyce rzecz nie jest wcale oczywista. Przed Urdele czeka kolejny, tym razem 3-kilometrowy zjazd (około 150 m wysokości w dół), a potem 2 kilometry ponownego podjazdu. Na jego krańcu znajduje się bardzo stromy zakręt w prawo, trudny nawet dla aut. Po chwili droga wypłaszcza się docierając do punktu szczytowego, czyli Pasul Urdele.

Podsumowanie:

Dokładny przebieg Transalpiny: → Sebeș (260 m n.p.m.) → Petrești (260 m n.p.m.) → Săsciori (300 m n.p.m.) → Căpâlna (430 m n.p.m.) → Șugag (450 m n.p.m.) → Barajul Tău Bistra (800 m n.p.m.) → Barajul Oașa (1.250 m n.p.m.) → Pasul Tărtărău (1.700 m n.p.m.) → Obârşia Lotrului (1.320 m n.p.m.) → Pasul Muntinu (2.105 m n.p.m.) → zjazd do doliny na około 1.950 m n.p.m. → Pasul Urdele (2.145 m n.p.m.) → Rânca (1.500 m n.p.m.) → Novaci (460 m n.p.m.)

Dystans: 135 kilometrów

Przewyższenia: około 2.400 metrów

Organizacja przejazdu

Korzystaliśmy z nawigacji „Navigator” w telefonie komórkowym. Transalpina przejezdna jest w ciepłych miesiącach, gdy stopi się śnieg. Wszystko zależy od aktualnych warunków pogodowych, niemniej jednak od siebie polecamy wybrać się tam przed lub po sezonie. Można wtedy cieszyć się widokami i spokojem. Trasę można podzielić na odcinki i przemierzać ją w ciągu dwóch czy nawet trzech dni. Najwyższe partie drogi nie są otwarte przez całą dobę. Będąc na Transalpinie na koniec czerwca w Obârşia Lotrului mijaliśmy znak informujący o godzinach otwarcia i zamknięcia. Można stamtąd udać się na Pasul Urdele pomiędzy 7.00 a 20.00 (20.00 droga jest zamykana). Od 7.00 do 20.00 nie ma wstępu.

Dzikie biwakowanie w Rumunii jest legalne. Należy jednak być świadomym występowania niedźwiedzi i lepiej nie planować noclegu w zalesionych partiach gór. Jeśli już się na to decydujecie, pamiętajcie, żeby wszelkie jedzenie zostawić daleko od namiotu. Z płatnego dachu nad głową na trasie można skorzystać niemal w każdej wiosce (po północnej stronie wiele pensjonatów i hoteli znajduje się do tamy i jeziora Tău Bistra, na wysokości około 800 m n.p.m.), nad jeziorem Oașa (niedrogi hotel Oașa) oraz w Obârşia Lotrului (północna strona drogi) i miejscowości Rânca (południowa strona drogi). Poza tym przed lub po pokonaniu Transalpiny można znaleźć nocleg w Alba Iulia, Sebeș i Novaci. Ceny kwater, z których korzystaliśmy (Blues Hostel w Alba Iulia, hotel Oașa i pokój w Novaci w prywatnym domu) nie były wygórowane i zbliżone do cen polskich kwater (w przeliczeniu kursu leja na złotówki wychodziło mniej więcej 40-45 zł za osobę za noc).

Zakupy lepiej zrobić z wyprzedzeniem. W Sebeș znajduje się supermarket i bankomat. W Novaci jest targ oraz sporo sklepów i sklepików z pieczywem, owocami, mięsem i wielobranżowych. W takich miejscowościach jak Sebeșel, Săsciori, czy Șugag (północna strona Transalpiny) znajdują się pojedyncze sklepy, ale możliwe, że ceny są wyższe. Wody nie trzeba kupować na zapas. Jedna butelka to zbyt mało, ale nie ma potrzeby zabierania całego baniaka. Po drodze jest wiele źródeł pitnej wody (znaki z napisami „apă potabilă”), gdzie można uzupełnić zapasy (krany lub rynny przy drodze, z których spływa górska, krystaliczna woda).

W Duecie po Świecie

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s