Karpaty Południowe w Rumunii – rowerem po Europie

Karpaty Południowe w Rumunii przejechaliśmy na rowerach podczas wyprawy rowerowej przez Europę. Był to nasz drugi etap podczas pobytu w tym kraju, a jednocześnie szósty etap całej podróży. Naznaczyły go 2 wysokogórskie drogi prowadzące przez najwyższe pasma Karpat oraz 2 fascynujące miasta, w których przyszło nam nocować i które mieliśmy przyjemność pokrótce zwiedzić. 

 

Karpaty Południowe w kontekście podróży rowerowej od dawna kojarzyły nam się z Transalpiną oraz Szosą Transfogaraską – dwoma fenomenalnymi drogami wbiegającymi powyżej 2.000 m n.p.m. Marzyliśmy o ich przemierzeniu jako o wielkim rowerowym wyzwaniu, a wyobrażenie wielkiej przyrody w sąsiedztwie jeszcze bardziej potęgowało nasze podniecenie. Dotarliśmy do nich po przejechaniu Gór Zachodniorumuńskich, a w nogach mieliśmy również kilometry przez wschodnie Węgry, Słowację, Czechy oraz południową Saksonię w Niemczech. Na miejscu oprócz podjazdów zafascynowało nas na pierwszy rzut oka brzydkie miasto Alba Iulia oraz Sibiu położone u stóp Południowych Karpat.

Rumunia. 28-30.06.2016: 29-31. dzień wyprawy. Dystans: 247 kilometrów. Odcinek: Abrud – Tăuți – Alba Iulia – Sebeș – droga DN 67C (Transalpina) – Novaci

„Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia” Jose Ortega y Gasset

Poranek był wilgotny i siwy. Zjedliśmy śniadanie z siodełka, a podczas pakowania wyprawowego majdanu Kamil zauważył poluzowaną śrubę w tylnym bagażniku swojego roweru. Coś tam kombinowaliśmy, żeby ją przykręcić, ale gwint w ramie starty był na cacy, więc poszukaliśmy strategicznego słowa „gwint” w internetowym polsko-rumuńskim translatorze 🙂 I pojechaliśmy w trasę, wypatrując mechaników, ślusarzy, czy innych warsztatowych specjalistów.

Jeszcze w tej samej wsi trafiliśmy na serwis samochodowy. Na dzień dobry jako tako sprawnie przywitaliśmy się, a potem łamaną rumuńszczyzną spisaną ze wspomnianego translatora zapytaliśmy o usługę gwintowania. Akcentując na „GWINTOWANIE”. Jakie mieliśmy wielkie oczy, kiedy właściciel serwisu odpowiedział nam płynną angielszczyzną! 🙂Nooo, to teraz już właściwie problem rozwiązany, dogadamy się łatwo – pomyśleliśmy. I tak się stało. Już po kilku minutach jechaliśmy dalej, z nowo nagwintowanym otworem, nową śrubą oraz z życzeniami udanej drogi. W dodatku wszystko gratis, na koszt firmy.

W porannej mżawce skręciliśmy na pnącą się po wzgórzu drogę. Siwe mgły przyćmiewały zieleń Karpat, ale nic nie było w stanie przysłonić ich charakteru. Gęsto zalesione, odpowiadające echem, skryte i tajemnicze. Zaliczyliśmy podjazd 10%, a potem długi zjazd po serpentynach. Pęd wilgotnego powietrza wywołał odrętwienie i gęsią skórkę, dlatego po kilku kilometrach przystanęliśmy pod wiatą przystanku autobusowego na drugie śniadanie.

Wkrótce znaleźliśmy się na nieco główniejszej drodze. Sunęliśmy po małych pagórkach mijając setki stogów siana. W deszczach, mżawkach, we własnych przekleństwach w towarzystwie szalonych kierowców wyprzedzających nas w niebezpiecznie bliskiej odległości z niebezpiecznie wysoką prędkością.

Podczas zakupów w Alba Iulia nad miastem pękła chmura i wylała pokaźne strugi deszczu na ulice. Potem zelżało. Nie czekaliśmy aż zupełnie przestanie padać, bo planowaliśmy tej nocy spać na kempingu nieopodal. Przeszliśmy w bród ogromną kałużę na pasach dla pieszych i wbiliśmy się na drogę.

Pod wskazanym adresem żadnego kempingu. Żadnego śladu. Tylko domy i bloki, a pytani o kemping ludzie robili wielkie oczy i rozkładali bezradnie ręce. Po chwili zaś znowu rozkładali parasole i zwiewali do swoich domów, bo kolejne chmury skłębiły się nad miastem.

W oczy coraz bardziej rzucały się kanciaste bloki i supermarkety, potem długie ciągi handlowo-usługowe w centrum. W siwym deszczu otoczenie zdawało się wyjątkowo brzydkie, choć było nam to obojętne. Martwiliśmy się nowym odkryciempękniętą tylną felgą w rowerze Kamila (15.860 km całkowitego przebiegu!).

Uznając, że tego dnia już nigdzie nie pojedziemy, na równi z serwisem rowerowym, szukaliśmy taniego pokoju. Mokrzy i głodni znaleźliśmy to pierwsze, bo to drugie było – owszem, ale tylko drogie, wypasione i hotelowe. Było już na tyle późno, że zaczęliśmy przeliczać w głowie, ile wyniesie nas naprawa koła razem ze zbliżającą się nocą w tym dziwnym mieście. Na tej niskobudżetowej wyprawie.

Dostępne w sklepie obręcze nie nadawały się pod ciężkie sakwy. Ale zanim zdążyliśmy mrugnąć, jeden z pracowników serwisu już siedział na swoim rowerze i pedałował po inną felgę w miasto. Wydawało się, że problem naszej kozy będzie rozwiązany, choć pozostawała jeszcze kwestia noclegu. W myślach znów liczyliśmy leje, kiedy w sklepie pojawił się właściciel Robert. A właściciel Robert mówił bardzo dobrze po angielsku, więc łatwo było się porozumieć.

Gdy dowiedział się, że szukamy taniego noclegu, natychmiast zadzwonił do znanego mu hostelu i zarezerwował pokój z „matrimonial bed” (łóżko małżeńskie). W ostatecznym rachunku nie policzył za robotę i opuścił cenę za części, a po chwili przed serwisem pojawił się właściciel Christian, gospodarz hostelu. Przyjechał po nas na rowerze z tylnym kapciem. Po to, żebyśmy nie musieli błądzić po mieście… Po szybkim prysznicu i przebraniu się w suchą odzież pozostało jeszcze trochę czasu do zmierzchu. Wykorzystaliśmy go na zapoznanie się z okolicą. Z naszego betonowego balkonu rozlegała się panorama zabudowań z sięgającymi nieba wieżami.

Poszliśmy w ich stronę, do XVIII-wiecznej twierdzy Alba Carolina. W jej obliczu miasto wydało nam się interesującym tworem łączącym zabytki z komunistycznym betonem, a wieczorem było ono żywe oraz gwarne, zupełnie jak rumuńskie prowincje, które do tej pory poznaliśmy. Zaś w przeszłości Alba Iulia było również historycznie istotne dla kraju, o czym dowiedzieliśmy się w zabytkowym bastionie.

W czasach starożytnych tereny dzisiejszego Alba Iulia znajdowały się w obrębie państwa Daków i pod nazwą Apulon pełniły rolę ważnego dackiego ekonomicznego ośrodka. Potem w wyniku rzymskiej ekspansji znane jako Apulum stały się częścią Cesarstwa Rzymskiego. Miasto rozwijało się również pod węgierskim i habsburskim panowaniem. Założono tam m.in. bibliotekę oraz akademię. W XVIII wieku wybudowano twierdzę, a w XX – prawosławną katedrę, w której 1922 roku symbolicznie ukoronowano Ferdynanda I na króla zjednoczonej z Siedmiogrodem Rumunii.

W obrębie twierdzy znajdują się m.in. prawosławna cerkiew, katolicki kościół, rzeźbione bramy, mosiężne rzeźby, muzeum, budynek uniwersytetu, biblioteka. Chodziliśmy między nimi, nie mogąc się napatrzeć, ale prawdziwie zaimponowały nam w ciemności, gdy zostały oświetlone na noc sztucznym światłem. I bardzo się cieszyliśmy, że trafiliśmy tam w godzinach zachodu słońca, bo po zmroku bastion prezentował się wspaniale. A komunistyczne bloki stały się mniej szpetne.

Rankiem Christian pomógł nam wytarabanić się z całym dobytkiem z bloku. Pogadaliśmy, pożegnaliśmy się i w naszych myślach na dobre zamieszkała droga DN 67C, czyli tzw. Transalpina najwyżej położona droga w Karpatach. Ale zanim do niej dotarliśmy, musieliśmy wydostać się z miasta. Minęliśmy się jeszcze z właścicielem Robertem, który radośnie trąbił na nas z innego pasa, a potem zaczęła się inna bajka.

Odcinek z Alba Iulia do miasta Sebeș to było kilkanaście kilometrów horroru. Na wąskiej jezdni bezustannie wyprzedzały nas ciągi tirów, które na styk wpasowywały się w przestrzeń między nami a autami jadącymi z naprzeciwka. Od początku wiedzieliśmy, że należy jakąkolwiek refleksję na temat kierowców i natężenia ruchu stłumić w sobie, żeby „znieczulić się” i z chłodnymi emocjami przedostać się do celu.

Droga DN 67C wybiegająca z Sebeș, czyli tzw. Transalpina, to miała być nasza pierwsza w życiu wysokogórska trasa (dokładnemu opisowi podjazdu oraz bardziej szczegółowym informacjom poświęciliśmy oddzielny wpis: Transalpina rowerem. Najwyższa droga w Karpatach). Zatem nie za bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać i po prostu obładowani jak Rumuni na targu ruszyliśmy dalej przed siebie. Kupiliśmy dużo wody i dużo jedzenia, ponieważ trasa nasza przewidywała jechać daleko i wjechać wysoko ponad 100 kilometrów przez góry do maksymalnej wysokości 2.145 m n.p.m. na Pasul Urdele (przełęczy Urdele).

Początkowo było płasko, potem jechaliśmy po niewielkich interwałach, a wkoło jeszcze ciągle towarzyszyły nam zabudowania przydrożnych wiosek. Wyczekiwaliśmy nieustępliwego nachylenia jezdni w górę, co też wkrótce pojawiło się przed kołami. W sąsiedztwie natomiast pojawił się dziki, karpacki las. Cienka nitka drogi zdawała się w nim ginąć, wciągana przez wysokie zbocza gór i gęste drzewa.

Obok chlupotała też rzeka Sebeș, na której zbudowano tamy. Za jedną z zapór minęliśmy wężowate Jezioro Tău Bistra i z zaangażowaniem wspinaliśmy się do kolejnego. Tymczasem nachylenie wzrosło, zbliżał się wieczór.

Dlatego, gdy dotarliśmy do Jeziora Oașa na wysokości około 1.260 m n.p.m, zaczęliśmy rozglądać się za miejscem pod namiot. Znaleźliśmy je szybko i to zaraz przy drodze na osłoniętej drzewami polance z niską trawą. Jednak, na całe szczęście, zanim zdążyliśmy rozpakować swoje klamoty i postawić namiot – poddaliśmy się natychmiastowej ewakuacji. W krzakach nad jeziorem rozpoznanie terenu wykonywał bowiem najprawdziwszy niedźwiedź brunatny poszukujący jedzenia w rozsypanych śmieciach.

Kawałek dalej natrafiliśmy na przydrożny i niedrogi hotel, a o spaniu na dziko w rumuńskich górach szybko zapomnieliśmy. Spanie pod dachem też na dobre nam wyszło, ponieważ wieczorem i w nocy spadł ulewny deszcz. Rankiem natomiast powitało nas pogodne niebo i pełne słońce, pod którymi Jezioro Oașa wyglądało po prostu zjawiskowo.

Droga wzdłuż jego linii brzegowej prowadziła nas po niewielkich interwałach, przez co tego dnia z rana mieliśmy optymalną rozgrzewkę. Później jednak pojawiły się strome odcinki oraz… zjazd! Zupełnie zaskoczeni patrzyliśmy jak nasze liczniki naliczają kolejne kilometry drogi prowadzącej w dół. Pędziliśmy oto z przełęczy Tartarau (ok. 1.665 m n.p.m.), o której do tej pory nie mieliśmy pojęcia. Nie pozostało nam jednak nic innego, jak podczas postoju bezradnie rozłożyć ręce i zjeść owsiankę przed kolejnym fragmentem podjazdu.

Ten zaś nastąpił po minięciu wciśniętej między góry miejscowości Obârşia Lotrului. I był to podjazd po serpentynach najwyższego kalibru, ponieważ najbardziej strome fragmenty tutejszych agrafek sięgnęły nawet 23% nachylenia. Jednocześnie wydostaliśmy się ponad linię lasu, przez co przed oczami pojawiły się widoki na odsłonięte szczyty przepięknych dwutysięczników.

Potem Transalpina nieco złagodniała i jechaliśmy po dłuższych w miarę prostych odcinkach, chociaż nachylenie 12-15% ciągle wymagało od nas dużej mobilizacji sił. Teren był już całkowicie odkryty i znajdowaliśmy się między pastwiskami, nad którymi rozlegała się tylko wielka przestrzeń.

Wkrótce dotarliśmy do chwilowego wypłaszczenia terenu, za którym nasze zdumienie znów sięgnęło zenitu – była to kolejna przełęcz, ale ciągle nie Przełęcz Urdele. Znajdowaliśmy się bowiem na Przełęczy Muntinu (ok. 2.105 m n.p.m.) zaledwie 40 metrów niżej niż Urdele i zaledwie 5 kilometrów od niej. Tymczasem pod kołami znów rozwijał się asfalt pędzący w dół.

W dodatku w jednej chwili słońce zaszło chmurami, a na drogę wtłoczyła się bezwzględna mgła. Jezdnia popędziła po kilku ostrych zakrętach, z sąsiednich zboczy odezwały się stada beczących owiec. Potem asfalt znów zaczął stawiać opór, więc ponownie redukowaliśmy przełożenia.

Bardzo stromy zakręt wywiódł nas w prawo, gdzie już całkowicie dostaliśmy pod panowanie mgły. Samochodowe i motocyklowe reflektory ginęły z mlecznej zawiesinie, a poza nimi widzieliśmy tylko drogową barierkę odgradzającą nas od przepaści. Po chwili zorientowaliśmy się, że jedziemy po płaskim i w związku z tym to jest ten moment, kiedy wjechaliśmy na Przełęcz Urdele!

Ucieszeni jak małe dzieci zakładaliśmy kamizelki odblaskowe, przy okazji odwzajemniając wszystkie motocyklowe pozdrowienia. Z powodu słabej widoczności ostrożnie zjeżdżaliśmy po ciągu zawiłych serpentyn. Poniżej nich zatrzymaliśmy się na łące przy drodze, żeby zjeść resztki zapasów jedzenia i ochłonąć z emocji.

Dalej śmignęliśmy przez miejscowość Rânca, pokonaliśmy niespodziewany, krótki podjazd na wzgórze okraszony wymyślnymi wyzwiskami 🙂 i wieczorem zjechaliśmy do miasteczka Novaci po południowej stronie Transalpiny.

Rumunia. 01-09.07.2016: 32-40. dzień wyprawy. Dystans: 145 kilometrów. Odcinek: Novaci – Horezu – Romanii de Jos – Râmnicu Vâlcea – Tigveni – Curtea de Argeș – droga DN 7C (Transfogaraska) – Cârțișoara – Cârţa

Po zjeździe z Transalpiny zatrzymaliśmy się w Novaci w wynajętym pokoju. Pomimo, że od miesiąca byliśmy w drodze, w ciągłym ruchu, to następnego poranka czuliśmy zakwasy w nogach. Przypomnieliśmy sobie wysiłek opłacający wjazd na Pasul Urdele i zdecydowaliśmy dopłacić za odpoczynek, kupując sobie drugą noc w łóżku oraz dzień wolnego.

W ramach odpoczynku od drogi standardowo zrobiliśmy pranie, a potem wybraliśmy się do miasta po zakupy na obiad. Prażyło słońce, ale odwiedziliśmy miejscowy targ pełen soczystych pomidorów, arbuzów i świeżych warzyw. Podczas powrotu do pokoju zobaczyliśmy srogi podjazd i zrobiło nam się jeszcze bardziej gorąco 🙂

Resztę dnia spędziliśmy w chłodzie kuchni oraz podwórka. Z pysznym obiadem, kotami, orzeźwiającą lemoniadą, mapą, starszą Panią oraz Jej Wnuczką proponującą napój wysokokowy – za który uprzejmie podziękowaliśmy z racji zbyt wielkiego skwaru.

Dzień później znów byliśmy w trasie. Mimo, że wysokie Karpaty zostawiliśmy w tle, droga nie odpuszczała. Natężenie pagórów i podjazdów 7%-10% przyprawiało nas o bezradne westchnienia. Potem bieg jezdni uspokoił się nieco, przez jakiś czas jechaliśmy po grzbiecie. Na huśtawce przed wiejskim wielobranżowym (magazin mixt) zjedliśmy po dwa drożdżowe rogale zapijane gęstym kefirem 🙂 Przed kram podjeżdżały kolejne auta, a ze sklepu wychodziły kolejne osoby z workami na ziemniaki wypełnionymi… chlebami. Wielkie białe bochny wskakiwały na siedzenie pasażera i zadowoleni Rumuni odjeżdżali nakarmić swoje wielopokoleniowe rodziny.

Przez ruchliwą krajówkę dostaliśmy się do bocznej drogi w kierunku monastyru w Horezu. Znajduje się tam klasztorny kompleks założony pod koniec XVII wieku i współcześnie udostępniony do odwiedzania dla turystów. Budynki mieszkalno-gospodarcze z ciągami kolumnad, zadbany ogród oraz biały mur otaczają tu cerkiew św. Konstantyna i Heleny.

Budynek zachwyca nas już na zewnątrz, ale w środku nasze oczy robią się jeszcze bardziej okrągłe ze zdumienia. Oprócz złotego ikonostasu są tam drobiazgowe malowidła wypełniające ściany, sufity i sklepienia. Nic dziwnego, że monastyr w Horezu należy do zabytków UNESCO.

Po wizycie wewnątrz posiedzieliśmy sobie jeszcze w cieniu drzewa, popatrzyliśmy na pielgrzymów oraz na architekturę z zewnątrz. Zatankowaliśmy wodę do butelki przy źródełku i pustą drogą między pastwiskami pojechaliśmy szukać miejsca pod namiot. Przeszliśmy po chybotliwym moście na drugą stronę rzeki i kilkanaście minut później rozstawialiśmy namiot na trawie.

Zaczęło padać i grzmieć. Umyliśmy się pod burzowymi chmurami i poszliśmy jeść 🙂 Między drzewami śmignął pasterz z krowami, jedna z nich omal nie wlazła nam do namiotu 🙂 Potem burza rozpętała się na dobre, a my mogliśmy bezpiecznie siedzieć sobie w suchym i ciepłym.

Kolejnego poranka na tropiku naszego namiotu zastaliśmy śpiącą suczkę, z którą podzieliliśmy się śniadaniem. Początkowo pochmurny dzień wkrótce przerodził się w upał, a podjazdy wyrastały przed nami jak grzyby po deszczu. Jechaliśmy jak ślimaki, od cienia do cienia, marudząc na skwar, marudząc na drogę. Nogi były ciężkie, słońce mocno przygrzało w łepetyny. Tamtego dnia ewidentnie coś nam nie pasowało. Kłóciliśmy się o głupoty i nie chciało nam się jechać dalej, chociaż łatwo załatwiliśmy sprawunki i bardzo szybko znaleźliśmy przyjemne miejsce w cieniu nad rzeką.

Podczas gdy marudziliśmy, na dalszej trasie czekała Transfogaraskadruga najwyższa karpacka droga (tej trasie poświęciliśmy też oddzielny, bardziej dokładny wpis: Szosa Transfogaraska rowerem. Wysokie Karpaty w Rumunii). To właściwie głównie dla niej przyjechaliśmy do Rumunii, to ona wiele lat wcześniej była pierwszym impulsem, który sprawił, że zaczęliśmy myśleć o tym kraju. A jednocześnie nie wiedzieć czemu, nagle zachciało nam się stołu, pralki, wygodnego łóżka i innych takich bajerów. Zagrzmiało raz, drugi i zwarcie w mózgownicach zaczęło mijać 🙂

Poszliśmy spać, a rankiem było lepiej. Droga za najbliższą wioską wyprowadziła nas na wzgórza. Porządny podjazd przynajmniej na chwilę wywiał z głów myślenie o głupotach. A potem zobaczyliśmy tablicę z napisem „Curtea de Argeș” i wiedzieliśmy, że dotarliśmy w upragnione miejsce, do drogi DN 7C. Po drodze podjechaliśmy jeszcze przed Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej, stanowiącą architektoniczną perełkę w zabudowie miasta.

A potem poddaliśmy się drodze. Z początku zakurzona i nijaka, prowadziła nas przez ruchliwe przedmieścia oraz wioski. Spodziewaliśmy się wielkich porywów serca – tymczasem z początku był tylko upał, kurz, samochody i obszczekujące burki. Minęliśmy Zamek Poenari (Cetatea Poenari), gdzie w XV wieku mieszkał niejaki Wład Palownik, czyli pierwowzór książkowo-filmowego hrabiego Drakuli i większość turystycznego rozgardiaszu zostawiliśmy za plecami. Tymczasem asfalt zaczął mocniej i bez przerw piąć się w górę, a przed oczami objawiły się pierwsze transfogaraskie estakady.

Podciągnęliśmy toboły na długą serpentynę poprowadzoną po krawędzi skalnego zbocza i stamtąd trafiliśmy do czarnych tuneli wydrążonych w skałach. Droga powstała z inicjatywy komunistycznego dyktatora Rumunii Nicolae Ceaușescu po to, żeby umożliwiać wojskowe przeprawy przez góry w razie ewentualnego ataku przez ZSSR. Do jej budowy zużyto ponoć aż 6 milionów kilogramów dynamitu i teraz na własne oczy mogliśmy zobaczyć do czego konkretnie był on zużywany. Natomiast za jednym z tuneli wyjechaliśmy wprost na koronę tamy Vidraru.

Po jej północnej stronie utworzono Jezioro Vidraru kumulujące wody rzeki Argeș. Znajduje się tam również hydroelektrownia oraz posąg Prometeusza trzymającego w rękach pioruny 🙂 Tymczasem dalsza droga przebiegała wzdłuż linii brzegowej jeziora prowadząc po interwałach. My zaś byliśmy tego dnia wyssani z energii, a wizja jazdy góra-dół oscylującej wokół tej samej wysokości nie sprzyjała mobilizacji sił. Dlatego wkrótce zatrzymaliśmy się na przyspieszony nocleg i rozbiliśmy namiot przy jednym z pensjonatów nieopodal jeziora. Zakończyliśmy dzień marnym wynikiem ok. 450 metrów przewyższenia oraz 35 kilometrów drogi.

Kolejnego dnia miało być lepiej, ale ten zaczął się od mżawek i szarych chmur wiszących nad górami. Jeszcze przez ponad 20 kilometrów przyszło nam tarabanić się po kolejnych interwałach wzdłuż linii brzegowej Jeziora Vidraru, aż w końcu asfalt zaczął na stałe piąć się do góry. W deszczu wszystkie drzewa były intensywnie zielone, ale wyższe partie drogi zasłaniały siwe kłębowiska. Na wysokości 1.300 m n.p.m. zdecydowaliśmy zatrzymać się w pensjonacie i dalszą trasę kontynuować dopiero kolejnego dnia. Przemawiała za tym prognoza pogody, która przewidywała przejaśnienia o poranku.

Było dopiero południe, ale my bardzo chcieliśmy widoków. Zatem pozostałą część dnia spędziliśmy na relaksie i odpoczynku, bo następnego poranka planowaliśmy wstawać o 4.00, żeby jak najlepiej wpasować się w okno pogodowe. Jak postanowiliśmy – tak zrobiliśmy. Z rana wyruszyliśmy w dalszą drogę, kiedy dolina i góry były jeszcze w głębokim cieniu.

Jednak ten z każdą minutą ustępował wschodzącemu słońcu, a przed naszymi oczami w całej krasie odsłaniały się kolejne zbocza wielkich Fogaraszy. Razem z nimi budził się cały świat wkoło. Na dachach półtuneli krzątali się biwakowicze, a psy pasterskie oraz wielkie stado owiec wypełzały na asfalt w drodze na wyżej położone pastwiska.

Na jednym z zakrętów dostrzegliśmy charakterystyczny trójkątny wierzchołek drugiego najwyższego szczytu Gór Fogaraskich oraz Rumunii – Negoiu o wysokości 2.535 m n.p.m. Dalej rzeka Argeș odbiegła od drogi, więc również wspinaczka w dolinie dobiegła końca. Powyżej 1.600 m n.p.m. skręciliśmy więc w jezdnię poprowadzoną po wyżłobionym zboczu. Był tam również Wodospad Capra (Cascada Capra) wpadający wprost pod drogę.

A kawałek dalej wjechaliśmy w strugi słońca, bo dzienne światło wdarło się już na część najwyższych odcinków drogi. Byliśmy na wysokości 1.750 m n.p.m. więc do końca podjazdu pozostało 300 metrów w górę oraz około 5.5 kilometra długości trasy. Na każdym kolejnym zakręcie łapaliśmy nową perspektywę i zatrzymywaliśmy, żeby zapamiętać jak najwięcej szczegółów w otoczeniu.

szosa transfogaraska rowerem wysokie karpaty w Rumunii

Ciąg serpentyn nadal skrytych w cieniu wyprowadził nas na dłuższą prostą, a stamtąd trafiliśmy bezpośrednio przed schronisko Salvamont Cota 2000 położone na magicznych dwóch tysiącach metrów nad poziomem morza.

Dalsza droga oznaczała pokonanie ostatnich 42 metrów w górę oraz około 850 metrów długości do tunelu znajdującego już w zasięgu naszego wzroku. Z pobocza drogi jeszcze ostatni raz rzuciliśmy okiem na południowe partie Transfogaraski, po czym wjechaliśmy w ciemność.

Za tunelem uderzyło nas pełne, jasne słońce oraz turystyczny gwarsamochody, stragany, turyści, autokar, kilka pensjonatów. Początkowo uciekliśmy nad niewielkie Jezioro Balea znajdujące się po naszej prawej stronie. Zjedliśmy tam drugie śniadanie złożone z rumuńskich przysmaków kupionych na jednym ze stoisk.

Potem zaś oniemieliśmy z zachwytu na punkcie widokowym po drugiej stronie jeziora. Było tam dwutysięczne zbocze opadające w dółdo północnej doliny. Była też gmatwanina drogowych serpentyn wirujących w zielonym, u-kształtnym leju. Zabraliśmy wszystkie swoje klamoty, wsiedliśmy na rowery i pozwoliliśmy, żeby wijąca się Transfogaraska kołysała nas między kolejnymi wypiętrzeniami terenu.

Kolejnych 6 kilometrów za przełęczą prowadziło po serpentynach, dalej droga wbiegała do lasów. Dotarliśmy do miasta Cârțișoara, gdzie teren uległ wypłaszczeniu. Kiedy obróciliśmy się za siebie, w górach zbierały się już szaro-niebieskie kłębowiska, a najwyższe granie były zasłonięte chmurami. Oznaczało to tylko tyle, że idealnie wpasowaliśmy się w pogodowe okno i zobaczyliśmy Szosę Transfogaraską w jej najlepszej odsłonie.

Rumunia. 07-09.07.2016: 38-40 dzień wyprawy. Dystans: 114 km rowerem, ~344 km koleją (CFR). Odcinek: Cârţa – Sibiu – Craiova – Drobeta Turnu Severin

Po zjeździe z Transfogaraski powróciliśmy do rzeczywistości drogowego wariactwa i rolniczych krajobrazów. W miejscowości Cârţa zatrzymaliśmy się na polecanym przez Olę i Piotra kempingu, gdzie właścicielka na dzień dobry zaserwowała nam tzw. „welcome drink”, czyli powitalną nalewkę domowej roboty. Przez półtorej dnia i dwie noce drewniana altana i urocza kuchnia były naszym salonem wypoczynkowym, a jedyny miejscowy sklep wielokrotną destynacją naszych zwrotnych butelek. Za trzecim razem kojarzyły nas już chyba nawet gąsiory patrolujące ulicę  Podczas smażenia jajecznicy zaznajomiliśmy się z Duńczykiem, który mówił… po czesku.

Niebawem przyjemności się skończyły – pojawiła się krajówka do miasta Sibiu. Kierowcy na tej drodze byli na wskroś bezczelni. A to auta wyprzedzające się z naprzeciwka sunęły całą szerokością jezdni wymuszając na nas zjazd na pobocze. A to tir śmignął po kostkach, ktoś tam zajechał drogę, bo źle wymierzył swój manewr wyprzedzania i musiał drastycznie redukować biegi. Ale najbardziej parszywe było trąbienie. I nie chodzi tu o pozdrowienia, ale o donośne, przeciągłe klaksony wielkich ciężarówek, które oznajmiały, że będą nas wyprzedzać… na trzeciego, więc mamy zjechać im z drogi

Cóż, podmuchy wielkich pędzących pojazdów zmiotły wszelką radość z mijanych krajobrazów. Żeby hecy było mało, trafiliśmy na dwupasmówkę z zakazem dla rowerów, a tam – już w ogóle nic nie znaczyliśmy dla kierowców. Po kilku kilometrach zjechaliśmy w boczną drogę do jakiejś wioski, żeby dalej polną drogą dostać się do przedmieść Sibiu. Wytrzęsło nas, ale przynajmniej mieliśmy spokój.

W Sibiu odszukaliśmy serwis rowerowy, żeby wycentrować Kamilowi koło. Potem schowaliśmy się w cieniu drzew w parku i objedliśmy gogoszami (placki z nadzieniem). Kupiliśmy prezent i pojechaliśmy do Stefana, którego znaleźliśmy poprzez portal warmshowers.org, a który zaoferował się nas przenocować w swoim ogrodzie. Przywitał nas cały podekscytowany. Oprowadził po domu, pokazał swoje rowery i wypytywał o trasę. Było miło, ale marzyliśmy tylko o tym, żeby się wykąpać. Na wieczór planowaliśmy jeszcze wyprawę na stację kolejową po bilety i zwiedzanie miasta po drodze, do tego byliśmy zaproszeni na urodzinowego grilla żony Stefana… Nieco zbyt wiele jak na jeden krótki wieczór po stresującym dniu.

Zwiedzanie miasta było bardzo przyjemne, bo Sibiu okazało się barwne i ruchliwe, budzące wielokulturowe skojarzenia. Kolorowe kamienice z drewnianymi okiennicami przywodziły na myśl zabudowę włoskich lub hiszpańskich miast. Zamieszkiwane jest ono przez wielu Niemców i Węgrów, ponieważ w przeszłości zakładane i  zasiedlane było przez Sasów, a potem znajdowało się we władaniu Austro-Węgier.

Jest to także miasto uniwersyteckie, w którym można spotkać wielu rumuńskich i zagranicznych studentów, którzy przyjeżdżają tam w ramach międzynarodowych wymian. Wieczorem na placu w centrum natrafiliśmy na muzyczny festiwal, gdzie akurat na dużej scenie występowały rumuńskie zespoły folklorystyczne. Potem pojawili się artyści z bardziej współczesną muzyką, ale my już dalej zwiedzaliśmy ulice starego miasta. Pewnie ze względu na koncert po zmroku rozpoczęło się tu intensywne życie. Kawiarnie, restauracje, plac, ulice pełne były ludzi.

Kiedy wróciliśmy z miasta była niemal północ, a pociąg miał odjeżdżać o 6.00 rano. Pożyczyliśmy imprezującej ekipie dobrej nocy i poszliśmy spać. Około 5.00 rano pożegnaliśmy się ze Stefanem, dziękując mu za gościnę i zostawiając niewielki upominek w jego łazience, z której korzystaliśmy. Nasz gospodarz nie krył jednak zawodu, jaki mu sprawiliśmy nie uczestnicząc wcześniejszego wieczoru w urodzinowym przyjęciu.

Tymczasem przejechaliśmy przez zaspane miasto, żeby stanąć na kolejowym peronie w oczekiwaniu na pociąg – nasz tranzytowy transport przez dalszy kawał upalnej, rolniczej Rumunii. Wsiedliśmy do pociągu, który leniwie kołysał nas między kolejnymi rumuńskimi widokami. Góry zamieniły się w niekończące połacie zbóż oblane letnim, południowym skwarem, a my czekaliśmy już miasta Drobeta-Turnu Severin, żeby dotrzeć do orzeźwiającego Dunaju.

Podsumowanie trasy przez Południowe Karpaty:

  • CZAS: 12 dni (9 dni jazdy rowerami + 2 dni wolnego + 1 dzień jazdy pociągiem)
  • DYSTANS: około 506 kilometrów 
  • KIERUNEK: z Gór Zachodniorumuńskich przez Góry Parâng i Góry Fogaraskie w kierunku zachodnim do granicy rumuńsko-serbskiej w mieście Drobeta-Turnu Severin
  • TEREN: pagórkowaty i górzysty. Płaski nad Dunajem przy granicy rumuńsko-serbskiej
  • NAJNIŻSZY PUNKT NA TRASIE: tama na Dunaju – około 70 m n.p.m.
  • NAJWYŻSZY PUNKT NA TRASIE: Pasul Urdele w Górach Parâng w przebiegu wysokogórskiej drogi Transalpina – najwyżej położonej drogi w Karpatach – 2.145 m n.p.m.
  • NAJBARDZIEJ STROMY ODCINEK: do 23% na krótkich odcinkach na trasie Transalpina
  • ZASTĘPCZY ŚRODEK TRANSPORTU: 2 pociągi kolei CFR z miasta Sibiu z przesiadką w Craiova do Drobeta-Turnu Severin na rumuńsko-serbskiej granicy
  • DYSTANS CAŁEJ WYPRAWY NA KOŃCU TRASY PRZEZ RUMUNIĘ: około 2.292 kilometry
  • PRZEBIEG TRASY: Abrud – Tăuți – Alba Iulia – Sebeș – droga DN 67C (Transalpina) – Novaci – Polovragi – Izvoru Rece – Horezu – Romanii de Jos – Pietrari – Râmnicu Vâlcea – Aldesti – Tigveni – Curtea de Argeș – droga DN 7C (Transfogaraska) – Cârțișoara – Cârţa – Avrig – Sibiu – Craiova – Drobeta Turnu Severin (kolej CFR) – tama na Dunaju – granica RU / SRB

Reklama

Jedna uwaga do wpisu “Karpaty Południowe w Rumunii – rowerem po Europie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s