Rumunia rowerem – konie, krowy, góry, wyprawa blisko natury

Rumunia rowerem – konie, krowy, góry, wyprawa blisko natury

Nadchodzi wiekopomna chwila. Poznajemy Ją, a Ona coraz bardziej wpuszcza nas do siebie. Z początku mało gościnna – upalna i bez kawałka cienia, bez wody do mycia – z czasem przygarnia nas do siebie i pokazuje kolejne elementy składające się na rumuńską rzeczywistość. I jeszcze dowartościowuje naszą podróż dwukrotnie przepuszczając nas przez wielkie, monumentalne Karpaty.

Opisana tutaj wyprawa rowerowa przez Rumunię była częścią długiej podróży z Polski do Hiszpanii (więcej → EUROTRIP oraz posty o poszczególnych krajach, widoczne wraz z odnośnikami na osi poniżej).

OŚ WYPRAWY:

POLSKA → NIEMCY ICZECHYSŁOWACJAWĘGRY I RUMUNIA SERBIA → WĘGRY II → SŁOWACJA II → AUSTRIA → SZWAJCARIA I → WŁOCHY → SZWAJCARIA II → FRANCJA I → HISZPANIA → FRANCJA II → NIEMCY II → POLSKA

Na rumuńskiej patelni

„Bune ziua! Wreszcie jest! Wymarzona, wyczekiwana, upragniona Rumunia! Prawdziwa i na własne oczy. Może w pierwszej chwili trudna, może dla nas surowa, ale to przecież Ona. We własnej osobistości”

Rumunia, 21-22.06 2016 (22-23 dzień wyprawy). Dystans: 50 km

Stanęliśmy przy granicy późnym popołudniem. Wciąż byliśmy brudni po porannym, błotnistym skrócie przez węgierską prowincję, a pokaźne ilości brązowej mazi wciąż utrzymywały się na rowerach. Karoliny zbite na Słowacji kolano i obklejone berbeluchą sandały obojga z nas nie wyglądały zbyt korzystnie podczas granicznej przeprawy. Musieliśmy sprawiać wrażenie, jakbyśmy byli uczestnikami przełajowej, transgranicznej i nie do końca legalnej wyprawy 🙂 Kobieta sprawdzająca dokumenty miała przynajmniej zdziwioną minę i groźnie mierzyła nas wzrokiem. Koniec końców przepuściła dalej, ale jej spojrzenie czuliśmy na plecach jeszcze przez najbliższych kilkaset metrów.

Północno-zachodni fragment Rumunii był całkiem płaski i zupełnie rolniczy. Na pierwszych kilometrach spełnił się drogowy stereotyp. Jechaliśmy po resztkach asfaltu, czyli po gęsto usianych dziurach. Potem wjechaliśmy do wsi, spotykając dziesiątki uśmiechniętych gęb, hałaśliwych podwórek, szczekających psów i dokazujących dzieciaków. Mapa podpowiadała, że w wiosce płynie rzeka, co dawało nam nadzieję na porządne umycie się i noclegowe miejsce.

Istotnie była rzeka. Było jej nawet bardzo dużo, aż wylewała się poza swoje koryto. Brudna, popowodziowa woda niosła różne osady i śmieci. Dostaliśmy się na wał i jadąc po nim szukaliśmy miejsca choćby na rozbicie namiotu. Odczekaliśmy, aż minie nas rumuńska ekipa kontrolna sprawdzająca wieczorny stan nawodnienia łąk i pól 🙂

Zatrzymaliśmy się w bezpiecznej odległości od wioski i wyjęliśmy kupioną na Węgrzech butelkowaną wodę. Żeby się umyć. Spod kapsla rozległo się głośne syczenie. Przymknęliśmy oko na tę niespodziankę i przeczekaliśmy kilka minut, żeby dać trochę ujścia dla bąbelków. Lepsza woda gazowana niż żadna albo ta, która płynęła po drugiej stronie wału.

Ale na gazie się nie skończyło. Gaz to było zaledwie pół biedy. W powietrzu zaczęło pachnieć arbuzem i nie był to zapach mydła. Raczej czegoś, co powodowało, że ono nie chciało się pienić, a spocona po całym dniu morda stała się klejąca jak lep 🙂 Z analizy etykiety na butelce nie zrozumieliśmy ani słowa, ale to nic. W końcu podniebienie nie kłamie – myliśmy się węgierską, słodką, arbuzową wodą gazowaną. Potem pękaliśmy ze śmiechu, a w namiocie pachniało gazowanym arbuzem 🙂

Następnego poranka przywitało nas bezchmurne niebo i wysokie słońce zapowiadające rychły upał (w Rumunii czas płynie o godzinę szybciej niż w Polsce). Na drutach siedziały jaskółki, po drugiej stronie wału stały stogi siana, a po drugiej stronie rzeki spacerowały bociany. Pachniało wsią. To widocznie była ta nasza Rumunia!

Zaraz po powrocie na drogę spotkaliśmy patrol policji granicznej i w języku angielsko-rumuńsko-polskim odbyliśmy sympatyczną kontrolę 🙂 Gdzieś jechał wóz konny, gdzieś szczekały psy. Całkiem równym asfaltem dotarliśmy do miasta Carei, gdzie kupiliśmy rumuńskie leje. W krajobrazie miasteczka przeplatały się kamienice, zabytki i komunistyczny beton. W jednej chwili z dystansem patrzyliśmy na ohydny blok, w następnej oniemieliśmy z zachwytu nad niebiesko-złotymi zdobieniami wewnątrz prawosławnej cerkwi.

Przygraniczny Maramuresz nie był zbyt przyjazny do rowerowej jazdy w południowym słońcu. Tamtejszy teren był płaski jak stół i łysy jak kolano. Żadnych drzew przy drodze. Żadnego cienia. Tą bladą przestrzeń wypełniały konie, owce i pasterze. Był też wodopój, przy którym zatrzymywały się samochody, a ich kierowcy napełniali wodą całe kilku litrowe baniaki. Schłodziliśmy twarze i pojechaliśmy dalej.

W mieście Tășnad zatrzymaliśmy się przed sklepem na lody. Dopiero podczas postoju uświadomiliśmy sobie, że tego dnia już nigdzie więcej nie pojedziemy. Byliśmy zgrzani jak czerwone parówki. I w środku, i na zewnątrz. Ucieszyliśmy się, gdy nawigacja w telefonie na obrzeżach miasta pokazała pole namiotowe. Wystarczyło, że zatrzymaliśmy się na ulicy z mapą, a natychmiast ze swojego podwórka wyszedł do nas mężczyzna i zapytał dokąd chcemy jechać, po czym trzykrotnie wytłumaczył i za pomocą gestów pokazał, którędy mamy się udać.

Kemping, do którego dotarliśmy był czymś nieprawdopodobnym. W tym bezlitośnie rolniczym krajobrazie wyrosło coś na kształt kultowego kurortu z odkrytym basenem, czy miejsca na wakacje all inclusive, a przecież wokół były same pola uprawne, stada owiec i biegające psy. Pomyśleliśmy, że Rumuni chyba nie potrzebują drzew do życia, bo również na kempingu nie było żadnego. Właścicielka natomiast mocno się zdziwiła, że pytamy o cień i że nie chcemy rozbijać namiotu na słońcu.

Podczas gdy życie towarzyskie skupiało się w rajskim, hałaśliwym basenie, my spędzaliśmy o wiele milsze popołudnie i wieczór w drewnianej altanie z Olą i Piotrem, parą sakwiarzy z Warszawy, którzy jechali z Serbii, przez Rumunię, Węgry i Słowację do Polski. Przyjemnie było wymienić się doświadczeniami, opowiedzieć o dalszych planach, wspólnie przejrzeć mapy, poczęstować się chałwą i pozmywać razem gary 🙂

Inna rzeczywistość

Trudno powiedzieć co jest na rumuńskiej prowincji piękniejsze. Ten moment po wschodzie słońca, kiedy ludzie, zwierzęta i chochoły są jeszcze nieobecni, senni i niewyraźni? Czy te godziny przed zachodem, gdy wioski brzmią gwarem, śmiechem i szczekaniem: po prostu pełnowymiarowym byciem tu i teraz? 🙂

Rumunia, 23-24.06. 2016 (24-25 dzień wyprawy). Dystans: 136 km

Rano wstaliśmy skoro świt, żeby wyprzedzić kolejny południowy upał. Zdawało się, że pomiędzy świtem a godziną 11.00 powietrze będzie znośne do jazdy. Z miasta dobiegały już odgłosy rozbudzonych psów, kiedy razem z Olą i Piotrem jedliśmy śniadanie. Pożegnaliśmy się i każdy z nas pojechał w swoją stronę – my wgłąb Rumunii, oni w kierunku Węgier.

Na drodze pagóry, pierwsze rumuńskie podjazdy. Upał jak na safari. Asfalt drogi krajowej niewyraźnie majaczył w gęstym jak budyń powietrzu. Zatrzymaliśmy się przy źródle wody, żeby schłodzić nagrzaną skórę, kiedy na postoju pojawił się mężczyzna na rowerze. W zupełnie zimowych, wysokich butach. Po chwili stwierdził, że jest mu chyba zbyt gorąco i zaprezentował rumuńską metodę zaradczą na upał. Jeden but, drugi but. Już po chwili kłapał z napełnionym obuwiem w kierunku swojej maszyny, a błoga ulga rysowała się na jego twarzy. Aj, jak chlupotało na drodze, chłodziło po nodze! 😀

Dalej kumulacja nieprzyjemności: „wmordewind”, intensywny ruch i brak cienia. Kryzysowa godzina uprzyjemniona lodami na dworcu autobusowym w Zalău, ale potem powietrze stało się jeszcze gęstsze. Przed kołami wyrósł podjazd, słońce parzyło w skórę. Najbliższe godziny spędziliśmy w przydrożnej restauracji, próbując ciorby i nawadniając się litrami wody z lodówki.

Słońce wisiało wysoko do późnej wieczornej godziny. Gdy przestało parzyć, udaliśmy się na poszukiwania miejsca pod namiot. W jednej z wiosek skręciliśmy w polną drogę i za linią domów znaleźliśmy śliwkowy sad, który dawał cień i trochę intymności.

Lały się z nas strugi potu, kiedy stawialiśmy namiot. Nie było szans na siedzenie w środku. Wrzuciliśmy swoje toboły i przez długi czas siedzieliśmy na trawie w samej bieliźnie, czekając aż parna atmosfera nieco się rozrzedzi. Złota kula bardzo powoli zniżała się nad horyzont. Kanapka smakowała poniżej średniej, nagrzana woda wychodziła uszami 🙂

Do tego zewsząd dochodził do nas wiejski gwar. Ulice i podwórka pełne były starych, młodych, dzieciaków, psów i zardzewiałych składaków. W wieczornym „chłodzie” ludzie gawędzili, siedzieli na ławkach, naprawiali gospodarskie sprzęty. Dzieci zazwyczaj biegały albo pedałowały między dziurami w asfalcie, a wyrostki w małych grupkach kombinowały coś na boku. Wszelkie oznaki życia ucichły około godziny 23.00, kiedy ludzie schowali się w domach, a psy ułożyły w swoich budach.

Gdy o 4.00 zadzwonił budzik, na zewnątrz było ciemno. Nad sadem jeszcze długo świecił księżyc, jednak kolor nieba z każdą kolejną chwilą postępował już od granatów w kierunku fioletów i porannych różów. Spakowaliśmy się i około 6.00 rozpoczęliśmy dalszą podróż. Zaspani i zmęczeni, ale dziwnie spokojni.

Psy jeszcze niepewnie węszyły wokół drewnianych bud, ludzie wyrwani ze snu zaczynali krzątać się po swoich obejściach. Byli nie do końca obecni i spowolnieni. Jakby zawieszeni między snem a rzeczywistością, ale mimo to prawdziwi. Oddający się intuicji i codziennym nawykom. Złote słońce kładło się po zmurszałych dachach dodając przydomowym sadom soczystości. Nasze myśli przecież też zostały dopiero co rozbudzone. Wpasowywały się w tę poranną atmosferę z łatwością i płynęły przez rumuńską baśń, jakby nadal we śnie 🙂

„Bune ziua!” – krzyczeliśmy do wszystkich, a staruszki z kolorowymi chustami na głowach odwdzięczały się szerokimi uśmiechami 🙂 Były też wozy konne, ludzie na składakach, mężczyźni w kapeluszach, klapkach i jasnych koszulach albo rozciągniętych podkoszulkach. Świat obudził się na dobre. Słońce ciepło oświetlało rumuńską prowincję. Domy, dachy, szopy, kościoły, płoty, owce oraz ludzi.

Już około południa mieliśmy za sobą 60 kilometrów drogi oraz upatrzone miejsce na skwarne nicnierobienie. Dlatego w wiejskim kramie kupowaliśmy wielki, biały bochen chleba, pomidory, jabłka i słodycze. A zaraz potem pedałowaliśmy z powrotem za wieś, żeby z niedowierzaniem gapić się na rzekę i w zafascynowaniu studiować dynamikę życia sterczących w niej krów 🙂

Chociaż znajdowaliśmy się w rolniczym terenie, to woda spływająca z pobliskich, transylwańskich wzgórz, nadawała jej górskiego charakteru. Koryto zawijało się między wzniesieniami terenu, a na zboczach rosły drzewa – więc od momentu zenitu na naszą korzyść rósł także cień! Czuliśmy się tak, jakby Rumunia wreszcie wpuściła nas do środka, pozwoliła jechać dalej, wsparła naszą wyprawą, może nawet objęła ją  patronatem 😀

Niespiesznie przechodziliśmy bród rzeki. Flegmatyczne mućki majtały ogonami, mieliły żuchwami, drapały się przy użyciu kopyt. Przesunęły się na nasz widok i wcisnęły w zakole rzeki, żebyśmy mogli przejść na drugą stronę. Ale nam wcale się nie spieszyło – bo woda przyjemnie chłodziła w kostki i jeszcze dlatego, że nie mogliśmy oderwać wzroku od całego, wielkiego stada.

Wkrótce do zwierząt przybyła młoda kobieta w zaawansowanej ciąży z plecakiem jedzenia na ramionach i około trzyletnim chłopcem na rękach, żwawo popędzająca krowy i swoją starszą córkę (co za siła i determinacja!).

Niebawem inny pasterz zaczął spędzać z pobliskich wzgórz wielkie stado owiec. W tym czasie kobieta przepędziła krowy na drugą stronę drogi, żeby ułatwić dostęp do wodopoju. Taka zmiana miejsc trwała regularnie aż do wieczora, a my cały czas byliśmy mimowolnymi świadkami ich ciężkiej pracy. Małe, białe bobki zbiegały ze zbocza za swoim przewodnikiem, aż stawały się coraz większe i większe. Pędziły na nasze leniwe obozowisko, a my oglądaliśmy je wśród głośnej, beczącej kanonady. Braliśmy udział w tej scenie, byliśmy w miejscu zdarzeń. Bliżej Rumunii. I jeszcze bardziej w niej zakochani! 🙂

Zafascynowani obserwowaliśmy ciężką pracę pasterzy. Pełni wdzięczności cieszyliśmy się z kawałka cienia i chłodnej wody. Z zaciekawieniem patrzyliśmy jak przed wieczorem nad rzekę przyjechał niewielki dostawczy samochód. Z przodu wysiadły dwie osoby, po chwili tylnymi drzwiami kolejne 6, czy 7 sztuk 🙂 Młodzi Rumuni w ubraniach rzucali się do wody, krzycząc do nas „Disco Polako! Bara-bara! Lewandowski!” 🙂

Wieczorem zerwał się wiatr, który przygnał wielkie, ciemne chmury. Wysoka trawa szumiała w kolejnych podmuchach, skrzypiało stare drzewo nad rzeką. Szczęśliwi patrzyliśmy na rumuńskie niebo. Otwarci na to, co przyniesie kolejna godzina i następny dzień.

Na pięknym, zielonym zadupiu

„Ludzie spieszą się w pracy, dlatego niedbale ją wykonują; spieszą się w używaniu życia, dlatego jego smaku nie odczuwają; spieszą się w odpoczynku, dlatego nie mogą wypocząć.” Antoni Kępiński

Rumunia, 25-26.06 2016 (26-27 dzień wyprawy). Dystans: 40 km

Pobudka o 4.00. Ciemno, ale nie tylko my byliśmy już na nogach. Składaliśmy namiot, jedliśmy przepyszny ser Cascaval i cudownie soczyste rumuńskie pomidory, a z drogi dobiegał warkot silników, między krzakami majaczyły reflektory. Ciągnik, samochody osobowe, trzaśnięcia drzwiami, ludzkie rozmowy, przyjazne pozdrowienia. Oni wszyscy byli w drodze, ale wcale się nie spieszyli. Zatrzymując się przy sąsiadach rozpoczynali dzień od wymiany zdań i dbałości o relację z drugą osobą.

Nitka asfaltu wywiodła nas na wzgórze, z którego mogliśmy zobaczyć zamglone, zaspane pasma gór. Wschodzące słońce i kilkukilometrowy podjazd rozbudziły głowy, mięśnie i apetyt. W mieście Huedin zatrzymaliśmy się po zakupy wśród których znalazło się m.in. pudełko nieprzyzwoicie słodkich ciast 🙂

Wśród zabudowy wyróżniały się romskie pałace z kolumnami, białymi balustradami albo błyszczącymi dachami. Ulice powoli budziły się do życia. Coraz więcej ludzi pojawiało się na chodnikach, coraz więcej aut na jezdni, a poranny cień zawężał się coraz bardziej ustępując słonecznym promieniom.

Spokojna ulica wywiodła nas z miasta, a okolica odsłoniła wzgórza, na które zaraz mieliśmy się wspinać. To było pierwsze zachłyśnięcie rumuńskimi Karpatami. Zielona dolina powoli wciągała coraz bardziej. Wkrótce krajobraz wypełniły gęste, soczyste drzewa, a najpierw łagodny podjazd po czasie zamienił się w wymagającą wspinaczkę w towarzystwie wiatru prosto w twarz. Od czasu do czasu mijaliśmy pojedynczą górską chatę albo krowę muczącą na nas wprost ze stromej skarpy nad drogą 🙂

Około 1.000 m n.p.m. wjechaliśmy między pastwiska. Zostaliśmy przywitani przez ciekawskie mućki spacerujące beztrosko całą szerokością jezdni. Natomiast kilkadziesiąt metrów dalej zarządcami drogi był już inny gatunek. Stado koni w ogóle nie reagowało na klakson samochodu, nie wspominając o rowerowym dzwonku.

Przy wjeździe do wioski Beliș przystanęliśmy pomiędzy choinkami na poboczu, żeby przegryźć coś słodkiego i dodać sobie energii zanim zjemy kolejny posiłek. Z błogiej degustacji wyrwał nas stukot kopyt w końskim galopie. Zaraz za nim w powietrzu rozniósł się warkot samochodowego silnika, potem klaksony i pisk opon. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, ale to nam się nie śniło. W dół drogi, pod prąd pędził koń, za koniem pędził samochód usiłujący ponownie złapać go na zerwane lejce, naprzeciw nim zza zakrętu wyjeżdżały kolejne auta, manewrując po całej szerokości asfaltu. Zdało się, że codzienność w rumuńskich górach.

Byliśmy zafascynowani okolicą i ciekawi jeziora, nad którym leży Beliș, dlatego postanowiliśmy poszukać niedrogiego pokoju na dwie noce. W pensjonacie, w którym niestety nie znaleźliśmy wolnego miejsca, polecono nam kwaterę w Casa Paula. Od razu urzekła nas prostota tego domu i serdeczność jego właścicielki, starszej kobiety, Pauli. A możliwość spania w łóżku była tak egzotyczna, jak wizyta na Księżycu 🙂 Po raz pierwszy od początku wyprawy leżeliśmy na łóżku 🙂

Wieczorem z drewnianego balkonu obserwowaliśmy piękny zachód słońca nad Górami Zachodniorumuńskimi (Munții Apuseni). O poranku – swobodnie spacerujące po ulicy krowy oraz konie, których stukot kopyt obudził nas o świcie. W tamtym momencie to było miasto zwierząt. Żadnych ludzi, samochodów, hałasu, głosów. Tylko one, z gracją i niesamowitym spokojem skubiące trawniki, przecinające drogowe skrzyżowanie, zaglądające przez płot. Pełnoprawni mieszkańcy i użytkownicy ulicy.

Po śniadaniu zrobiliśmy zakupy w wiejskim sklepie, żeby ugotować ziemniaki, usmażyć jajka i przyrządzić mizerię z przepysznej rumuńskiej śmietany. Tymczasem Paula była doskonałą gospodynią. Kilka razy dziennie przychodziła do nas, żeby zapytać, czy czegoś nie potrzebujemy. Podglądała nasze zakupy, zgadując co będziemy gotować w małej kuchence dla gości, a potem przynosiła niezbędny do tego olej, patelnię, świeżą sól, tarkę albo drewnianą łyżkę.

Dbała o swoich pensjonariuszy w sposób wykraczający poza zawodową uprzejmość, jednocześnie nie wywołując skrępowania. Do tego reprezentowała cechę, która najbardziej urzekała nas w Rumunach – komunikatywność ponad wszystko. Dla Pauli bariera językowa nie istniała. Przychodziła do nas i mówiła po rumuńsku. My odpowiadaliśmy po polsku i jakoś zupełnie bez zrozumienia poszczególnych słów porozumiewaliśmy się ze sobą z wielkimi, szerokimi uśmiechami na twarzach.

Popołudniu zabraliśmy plecak i poszliśmy na wędrówkę nad Jezioro Fântânele, czyli sztuczny zbiornik utworzony przez zaporę na rzece. Z zielonego wzgórza rozlegał się widok na zalesione stoki opadające do wody. Bardzo stromą ścieżką zeszliśmy nad wężowate jezioro, nad którym wznosiły się pojedyncze domki letniskowe. Nad brzegiem wylegiwały się krowy, a po lustrze pływała motorówka z gromadą turystów chyba bardziej zainteresowanych naszą obecnością niż widokami i opowieściami wynajętego przewodnika.

Spędziliśmy tam mniej więcej godzinę, sycąc oczy tym pięknym, zielonym zadupiem. A w drodze powrotnej ciesząc się obecnością koni oraz krów, które nie znają pospiechu, stresu ani troski. Zupełnie inaczej niż w świecie wielu ludzi, którzy tak naprawdę nie potrafią żyć.

Spotkania ze zwierzętami były prawdopodobnie najbardziej niesamowitymi doświadczeniami w tamtym regionie. Do tamtej pory nie spotkaliśmy tego nigdzie indziej w świecie. A stało się to na takim „zadupiu”… 🙂

Munţii Apuseni, kontrabanda wśród zieleni

„Pomyślcie, jak mógłby wyglądać nasz świat, gdybyśmy nauczyli się błogosławić to, co mamy, zamiast przeklinać los za to, czego nas pozbawił!” Elizabeth Kübler-Ross

Rumunia, 27.06. 2016 (28 dzień wyprawy). Dystans: 88 km

Góry Zachodniorumuńskie oblewał obfity deszcz. Pobudka o 6.00, ale odpuściliśmy sobie jazdę w strugach wody, więc spaliśmy dalej. Około 9.00 zjedliśmy syte śniadanie i spakowaliśmy się do dalszej drogi. Bujna zieleń dojrzewała na zboczach, kiedy machaliśmy Pauli na pożegnanie. Wcale nie chciało nam się wyjeżdżać z jej przytulnego domu, ale jednocześnie ciekawość wobec Karpat napędzała nogi do pedałowania. Znajdowaliśmy się gdzieś między lenistwem a potrzebą działania 🙂

Byliśmy głęboko w górach, głęboko zafascynowani. Poznaliśmy już konie, poznaliśmy też krowy swobodnie i na własną rękę (a raczej na własne… y… kopyto 🙂 ) poszukujące jak najlepszych pastwisk. Tamtego dnia zdecydowanie dominowały w krajobrazie, wyskubując mokrą od deszczu trawę. Ewentualnie mucząc nam niemal do uszu i obwąchując rowerowe sakwy.

W zielony pejzaż wkomponowane były również górskie wsie. Długie, rozciągnięte wzdłuż jezdni. Pełne domów sterczących nad zboczami, pełne drewnianych płotów, spadzistych dachów, mostów rozciągniętych nad szumiącymi potokami. Urzekły nas te chałupy, stare auta na stromych poboczach wąskiej drogi oraz wielkie stogi siana.

Góry Zachodniorumuńskie przypominały nam polskie Bieszczady. Tyle, że z rowerowej perspektywy były bardziej „głębokie”. Drogi wbiegały na 1.200 – 1.300 m n.p.m. a więc na blisko tyle, ile ma polska Tarnica (1.346 m n.p.m. najwyższy szczyt polskich Bieszczadów).

Jechaliśmy ciasnymi dolinami lub krętymi podjazdami przez niekończące się lasy. Minęliśmy przełęcz Pasul Ursoaia (1.324 m n.p.m.) na granicy okręgów Cluj (Kluż) i Alba, żeby zjechać niżej, a następnie dotrzeć do bardzo stromego stoku. Wtedy droga dwunastoprocentowym zjazdem zaczęła zbiegać mocno w dół, a przed nosem pojawiła się karpacka, głęboka panorama.

Wioska Mătişeşti zaplatała się po stromym zboczu, jakby zawieszona nad urwiskiem. Strome serpentyny prowadziły nas na kolejne tarasy, kolejne poziomy zabudowań. Na niebie pojawiły się chmury, a górską przestrzeń przeszyło złowieszcze tarcie warstw powietrza. Należało się ewakuować 🙂

Dotarliśmy do wioski Albac na granicy Parku Narodowego Apuseni (Parcul Natural Apuseni). Ciasno wkomponowana pomiędzy zbocza zielonych Karpat tętniła życiem. Sklepy, stragany, miejscowi cykliści z zakupami, pobocza dróg zastawione autami lub wypełnione przechodniami z siatkami jedzenia. My także zatrzymaliśmy się, żeby kupić coś słodkiego, a potem rozgościliśmy się na ławce przy szkole.

Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej, a niebo cały czas zasnute było szarymi chmurami. Wkrótce na nosach poczuliśmy mikroskopijną mżawkę. Nie przeszkadzała nam zupełnie, dopóki krople nie zgęstniały i nie dostaliśmy porządnego lania po przebierających w pośpiechu łydkach 🙂 Gdzieś na trasie znalazła się wiata autobusowego przystanku i uratowała nam zadki przed doszczętnym przemoczeniem.

Ulewa była naprawdę przednia. Po chwili w zasięg wzroku wjechał koń. Z wozem i woźnicą – ma się rozumieć. Wesoła ekipa mokra jak przysłowiowa kura przystanęła na kilka sekund, a z chybotliwej przyczepki na drogę gramolił się właśnie rumuński Pan Mietek. „Bună ziua” („Dzień dobry”) i już siedział z nami na ławce. Z uśmiechem dookoła głowy wykręcił jeden rękaw kurtki, potem drugi. Solidnie zawiało wódą, kulturalnie zaproponował po papierosie. Język się trochę poplątał, ale nie szkodzi.

Gdy tłumaczyliśmy, że nie palimy, rumuński Pan Mietek nieco się zdziwił. „Ukraina! Kontrabanda!” – przekonywał, podtykając ukraińskie pudełko Kamilowi pod nos. Jeszcze kilka razy złożył nam tę samą propozycję nie do odrzucenia i najwyraźniej zmęczył się odmową 🙂 Dumny z posiadanego luksusu zaciągnął się kilka razy w spokoju, a potem padła seria pytań o to, skąd jesteśmy.

Zanim zdążyliśmy otworzyć usta nasz nowy kolega sam zaproponował: „Hungarian?”. Pokręciliśmy głowami. „Polska, Poland, Polonia”. Pan Mietek podrapał się w głowę, nie rozumiejąc. W ruch poszedł atlas Europy. Pokazaliśmy ładnie Rumunię, potem Polskę. Pan Mietek w dalszym ciągu drapał się w głowę. „Aaaa…” – zdawało się, że wreszcie zajarzył. „Hungarian?!” – wykrzyknął z iskrami w oczach i kolejnym uśmiechem dookoła głowy 🙂

Powtórzyliśmy jeszcze kilka razy „Polonia, Polska, Poland” i pokazaliśmy paluchami na mapie, ale dla takiego stanu upojenia to było zbyt trudne wyzwanie 🙂 Tym razem to my się poddaliśmy. Tymczasem Mieciu nie tracił ani chwili. Zza pazuchy wyszła puszka z browarem. Klin klinem, popitka na zaschnięte gardło. Zmęczony rozmową z polskimi Węgrami dopiero po kilku tęgich łykach zreflektował się, że ciągle tam jesteśmy i kulturalnie zaproponował po hauście ze swojej upitej puszki. Kiedy znów odmówiliśmy, pogubił się całkowicie. Nie wnikaliśmy, czy piwo również pochodzi z kontrabandy, bo deszcz zelżał do początkowej mżawki i czym prędzej pognaliśmy dalej, zostawiając za sobą zdezorientowanego Pana Mietka 🙂

Deszcz pięknie wyostrzył kolory Karpat. Pod wieczór niebo rozpogodziło się. Wyszło słońce, które ogrzewało powietrze, a wilgoć gęstymi warstwami pary unosiła się nad doliną. W większej miejscowości Câmpeni zrobiliśmy zakupy w Penny Market, a kilka kilometrów dalej znaleźliśmy miejsce pod namiot. Był krzak, była trawa. Co prawda parę metrów dalej stały domy, ale trudno było nas zobaczyć pośrodku tego zarośniętego nieużytku. Mieliśmy za sobą piękny i zabawny dzień oraz dobre miejsce do spania. Zasypialiśmy zadowoleni. A wysokie Karpaty były coraz bliżej! 🙂

Alba Iulia dniem i nocą

„Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia” Jose Ortega y Gasset

Rumunia, 28-29.06.2016 (29-30 dzień wyprawy) Dystans: 93 kilometry

Poranek był wilgotny i siwy. Zjedliśmy śniadanie z siodełka, a podczas pakowania wyprawowego majdanu Kamil zauważył poluzowaną śrubę w tylnym bagażniku swojego roweru. Coś tam kombinowaliśmy, żeby ją przykręcić, ale gwint w ramie starty był na cacy, więc poszukaliśmy strategicznego słowa „gwint” w internetowym polsko-rumuńskim translatorze 🙂 I pojechaliśmy w trasę, wypatrując mechaników, ślusarzy, czy innych warsztatowych specjalistów.

Jeszcze w tej samej wsi trafiliśmy na serwis samochodowy. Na powitanie jako tako sprawnie przywitaliśmy się, a potem łamaną rumuńszczyzną spisaną ze wspomnianego translatora zapytaliśmy o usługę gwintowania. Akcentując na „GWINTOWANIE”. Jakie mieliśmy wielkie oczy, kiedy właściciel serwisu odpowiedział nam płynną angielszczyzną! 😀 Nooo, to teraz już właściwie problem rozwiązany, dogadamy się łatwo – pomyśleliśmy. I tak się stało. Już po kilku minutach jechaliśmy dalej, z nowo nagwintowanym otworem, nową śrubą oraz z życzeniami udanej drogi. W dodatku wszystko gratis, na koszt firmy.

W porannej mżawce skręciliśmy na pnącą się po wzgórzu drogę. Siwe mgły przyćmiewały zieleń Karpat, ale nic nie było w stanie przysłonić ich charakteru. Gęsto zalesione, odpowiadające echem, skryte i tajemnicze. Zaliczyliśmy podjazd 10%, a potem długi zjazd po serpentynach. Pęd wilgotnego powietrza wywołał odrętwienie i gęsią skórkę, dlatego po kilku kilometrach przystanęliśmy pod wiatą przystanku autobusowego na drugie śniadanie.

Wkrótce znaleźliśmy się na nieco główniejszej drodze. Sunęliśmy po małych pagórkach mijając setki stogów siana. W deszczach, mżawkach, we własnych przekleństwach w towarzystwie szalonych kierowców wyprzedzających nas w niebezpiecznie bliskiej odległości z niebezpiecznie wysoką prędkością.

Podczas zakupów w Alba Iulia nad miastem pękła chmura i wylała pokaźne strugi deszczu na ulice. Potem zelżało. Nie czekaliśmy aż zupełnie przestanie padać, bo planowaliśmy tej nocy spać na kempingu nieopodal. Przeszliśmy w bród ogromną kałużę na pasach dla pieszych i wbiliśmy się na drogę.

Pod wskazanym adresem żadnego kempingu. Żadnego śladu. Tylko domy i bloki, a pytani o kemping ludzie robili wielkie oczy i rozkładali bezradnie ręce. Po chwili zaś znowu rozkładali parasole i zwiewali do swoich domów, bo kolejne chmury skłębiły się nad miastem.

W oczy coraz bardziej rzucały się kanciaste bloki i supermarkety, potem długie ciągi handlowo-usługowe w centrum. W siwym deszczu otoczenie zdawało się wyjątkowo brzydkie, choć było nam to obojętne. Martwiliśmy się nowym odkryciem – pękniętą tylną felgą w Kamila rowerze (15.860 km całkowitego przebiegu!).

Uznając, że tego dnia już nigdzie nie pojedziemy, na równi z serwisem rowerowym, szukaliśmy taniego pokoju. Mokrzy i głodni znaleźliśmy to pierwsze, bo to drugie było – owszem, ale tylko drogie, wypasione i hotelowe. Było już na tyle późno, że zaczęliśmy przeliczać w głowie, ile wyniesie nas naprawa koła razem ze zbliżającą się nocą w tym dziwnym mieście. Na tej niskobudżetowej wyprawie.

Dostępne w sklepie obręcze nie nadawały się pod ciężkie sakwy. Ale zanim zdążyliśmy mrugnąć, jeden z pracowników serwisu już siedział na swoim rowerze i pedałował po inną felgę w miasto. Wydawało się, że problem naszej kozy będzie rozwiązany, choć pozostawała jeszcze kwestia noclegu. W myślach znów liczyliśmy leje, kiedy w sklepie pojawił się właściciel Robert.

Właściciel Robert mówił bardzo dobrze po angielsku, więc łatwo było się porozumieć. Gdy dowiedział się, że szukamy taniego noclegu, natychmiast zadzwonił do znanego mu hostelu i zarezerwował pokój z „matrimonial bed” (łóżko małżeńskie). W ostatecznym rachunku nie policzył za robotę i opuścił cenę za części, a po chwili przed serwisem pojawił się właściciel Christian, gospodarz hostelu. Przyjechał po nas na rowerze z tylnym kapciem. Po to, żebyśmy nie musieli błądzić po mieście…

Po szybkim prysznicu i przebraniu się w suchą odzież pozostało jeszcze trochę czasu do zmierzchu. Wykorzystaliśmy go na zapoznanie się z okolicą. Z naszego betonowego balkonu rozlegała się panorama zabudowań z sięgającymi nieba wieżami. Poszliśmy w ich stronę, do XVIII-wiecznej twierdzy Alba Carolina. Prawosławna cerkiew, katolicki kościół, rzeźbione bramy, mosiężne rzeźby, muzeum, budynek uniwersytetu, biblioteka – chodziliśmy między nimi, nie mogąc się napatrzeć, ale prawdziwie zaimponowały nam w ciemności, gdy zostały oświetlone na noc sztucznym światłem. I bardzo się cieszyliśmy, że trafiliśmy tam w godzinach zachodu słońca, bo po zmroku bastion prezentował się wspaniale. A komunistyczne bloki stały się mniej szpetne.

Rankiem Christian pomógł nam wytarabanić się z całym dobytkiem z bloku. Pogadaliśmy, pożegnaliśmy się i w naszych myślach na dobre zamieszkała droga DN 67C, czyli tzw. Transalpina – najwyżej położona droga w Karpatach. Ale zanim do niej dotarliśmy, musieliśmy wydostać się z miasta. Minęliśmy się jeszcze z właścicielem Robertem, który radośnie trąbił na nas z innego pasa, a potem zaczęła się inna bajka.

Odcinek z Alba Iulia do miasta Sebeș to było kilkanaście kilometrów horroru. Na wąskiej jezdni bezustannie wyprzedzały nas ciągi tirów, które na styk wpasowywały się w przestrzeń między nami a autami jadącymi z naprzeciwka. Od początku wiedzieliśmy, że należy jakąkolwiek refleksję na temat kierowców i natężenia ruchu stłumić w sobie, żeby „znieczulić się” i z chłodnymi emocjami przedostać się do celu. Kupiliśmy dużo wody i dużo jedzenia, a potem skręciliśmy w kultową drogę DN 67C wiodącą daleko, daleko w dzikie, wysokie Karpaty.

O Transalpinie piszemy w oddzielnym poście (30-32 dzień wyprawy) → Transalpina rowerem – niedźwiedź i siódme poty na Pasul Urdele

Kryzys drogowy, monastyr i krowy

„Mówisz, że możesz – to możesz. Mówisz, że nie możesz – to nie możesz. Więc sobie wybierz” mistrz Zen Seung Sahn

Rumunia, 01-03.07.2016 (32-35 dzień wyprawy) Dystans: 113 kilometrów

Po zjeździe z Transalpiny zatrzymaliśmy się w Novaci w wynajętym pokoju. Pomimo, że od miesiąca byliśmy w drodze, w ciągłym ruchu, to następnego poranka czuliśmy zakwasy w nogach. Przypomnieliśmy sobie wysiłek opłacający wjazd na Pasul Urdele i zdecydowaliśmy dopłacić za odpoczynek, kupując sobie drugą noc w łóżku oraz dzień wolnego.

W ramach odpoczynku od drogi standardowo zrobiliśmy pranie, a potem wybraliśmy się do miasta po zakupy na obiad. Prażyło słońce, ale odwiedziliśmy miejscowy targ pełen soczystych pomidorów, arbuzów i świeżych warzyw. Podczas powrotu do pokoju zobaczyliśmy srogi podjazd i zrobiło nam się jeszcze bardziej gorąco 🙂 Resztę dnia spędziliśmy w chłodzie kuchni oraz podwórka. Z pysznym obiadem, kotami, orzeźwiającą lemoniadą, mapą, starszą Panią oraz Jej Wnuczką proponującą napój wysokokowy – za który uprzejmie podziękowaliśmy z racji zbyt wielkiego skwaru.

Dzień później znów byliśmy w trasie. Mimo, że wysokie Karpaty zostawiliśmy w tle, droga nie odpuszczała. Natężenie pagórów i podjazdów 7%-10% przyprawiało nas o bezradne westchnienia. Potem bieg jezdni uspokoił się nieco, przez jakiś czas jechaliśmy po grzbiecie. Na huśtawce przed wiejskim wielobranżowym (magazin mixt) zjedliśmy po dwa drożdżowe rogale zapijane gęstym kefirem 🙂 Pod kram podjeżdżały kolejne auta, a ze sklepu wychodziły kolejne osoby z workami na ziemniaki wypełnionymi… chlebami. Wielkie białe bochny wskakiwały na siedzenie pasażera i zadowoleni Rumuni odjeżdżali nakarmić swoje wielopokoleniowe rodziny.

Przez ruchliwą krajówkę dostaliśmy się do bocznej drogi do monastyru w Horezu. Posiedzieliśmy w cieniu drzewa, popatrzyliśmy na architekturę oraz pielgrzymów. Zatankowaliśmy wodę do butelki przy źródełku i pustą drogą między pastwiskami pojechaliśmy szukać miejsca pod namiot.

Przeszliśmy po chybotliwym moście na drugą stronę rzeki i kilkanaście minut później rozstawialiśmy namiot na trawie. Zaczęło padać i grzmieć. Umyliśmy się pod burzowymi chmurami i poszliśmy jeść 🙂 Między drzewami śmignął pasterz z krowami, jedna z nich omal nie wlazła nam do namiotu 🙂 Potem burza rozpętała się na dobre, a my mogliśmy bezpiecznie siedzieć sobie w suchym i ciepłym.

Kolejnego poranka na tropiku naszego namiotu zastaliśmy śpiącą suczkę, z którą podzieliliśmy się śniadaniem. Początkowo pochmurny dzień wkrótce przerodził się w upał, a podjazdy wyrastały przed nami jak grzyby po deszczu. Jechaliśmy jak ślimaki, od cienia, do cienia, marudząc na skwar, marudząc na drogę. Nogi były ciężkie, słońce mocno przygrzało w łepetyny. Tamtego dnia ewidentnie coś nam nie pasowało. Kłóciliśmy się o głupoty i nie chciało nam się jechać dalej, chociaż łatwo załatwiliśmy sprawunki i bardzo szybko znaleźliśmy przyjemne miejsce w cieniu nad rzeką. Podczas gdy marudziliśmy, na dalszej trasie czekała Transfogaraska – druga najwyższa karpacka droga. To właściwie głównie dla niej przyjechaliśmy do Rumunii, to ona wiele lat wcześniej była pierwszym impulsem, który sprawił, że zaczęliśmy myśleć o tym kraju.

O Drodze Transfograraskiej (35-37 dzień wyprawy) piszemy w oddzielnym poście → Transfogaraska na rowerze, dziki las i pasterze

Powrót do rzeczywistości

„Twoje życie staje się lepsze nie przez przypadek, ale dzięki zmianie” Jim Rohn

Rumunia, 07-09.07.2016 (38-40 dzień wyprawy) Dystans: 112 km rowerem, ~344 km koleją (CFR)

Po zjeździe z Transfogaraski powróciliśmy do rzeczywistości drogowego wariactwa i rolniczych krajobrazów. W miejscowości Cârţa zatrzymaliśmy się na polecanym przez Olę i Piotra kempingu, gdzie właścicielka na dzień dobry zaserwowała nam tzw. „welcome drink”, czyli powitalną nalewkę domowej roboty 🙂 Przez półtorej dnia i dwie noce drewniana altana i urocza kuchnia były naszym salonem wypoczynkowym, a jedyny miejscowy sklep wielokrotną destynacją naszych zwrotnych butelek. Za trzecim razem kojarzyły nas już chyba nawet gąsiory patrolujące ulicę 🙂 Podczas smażenia jajecznicy zaznajomiliśmy się z Duńczykiem, który mówił… po czesku 😀

Niebawem przyjemności się skończyły – pojawiła się krajówka do miasta Sibiu. Kierowcy na tej drodze byli na wskroś bezczelni. A to auta wyprzedzające się z naprzeciwka sunęły sobie całą szerokością jezdni wymuszając na nas zjazd na pobocze, a to tir śmignął po kostkach, ktoś tam zajechał drogę, bo źle wymierzył swój manewr wyprzedzania i musiał drastycznie redukować biegi. Ale najbardziej parszywe było trąbienie. I nie chodzi tu o pozdrowienia, ale o donośne, przeciągłe klaksony wielkich ciężarówek, które oznajmiały, że będą nas wyprzedzać… na trzeciego, więc mamy zjechać im z drogi…

Cóż, podmuchy wielkich pędzących pojazdów zmiotły wszelką radość z mijanych krajobrazów. Żeby hecy było mało, trafiliśmy na dwupasmówkę z zakazem dla rowerów, a tam – już w ogóle nic nie znaczyliśmy dla kierowców. Po kilku kilometrach zjechaliśmy w boczną drogę do jakiejś wioski, żeby dalej polną drogą dostać się do przedmieść Sibiu. Wytrzęsło nas, ale przynajmniej mieliśmy spokój.

W Sibiu odszukaliśmy serwis rowerowy, żeby wycentrować Kamilowi koło. Potem schowaliśmy się w cieniu drzew w parku i objedliśmy gogoszami (placki z nadzieniem). Kupiliśmy prezent i pojechaliśmy do Stefana, którego znaleźliśmy poprzez portal warmshowers.org (więcej o tej witrynie piszemy tutaj → Warmshowers dla rowerzystów. Umyj się, wyleż się w podróży), a który zaoferował się nas przenocować w swoim ogrodzie. Przywitał nas cały podekscytowany. Oprowadził po domu, pokazał swoje rowery i wypytywał o trasę. Było miło, ale marzyliśmy tylko o tym, żeby się wykąpać. Na wieczór planowaliśmy jeszcze wyprawę na stację kolejową po bilety i zwiedzanie miasta po drodze, do tego byliśmy zaproszeni na urodzinowego grilla Stefana żony…

Nieco zbyt wiele jak na jeden krótki wieczór. Kiedy wróciliśmy z miasta była niemal północ, a pociąg mieliśmy o 6.00 rano. Pożyczyliśmy imprezującej ekipie dobrej nocy i poszliśmy spać. Około 5.00 rano pożegnaliśmy się ze Stefanem, dziękując Mu za gościnę i zostawiając niewielki upominek w Jego łazience, z której korzystaliśmy. Nasz gospodarz nie krył jednak zawodu, jaki Mu sprawiliśmy nie uczestnicząc w urodzinowym przyjęciu.

Przejechaliśmy przez zaspane miasto, a potem wsiedliśmy do pociągu, który leniwie kołysał nas gdzieś pomiędzy rumuńskimi widokami. Góry zamieniły się w niekończące połacie zbóż oblane letnim, południowym skwarem, a my czekaliśmy już miasta Drobeta Turnu Severin, żeby dotrzeć do orzeźwiającego Dunaju.

Dalszy ciąg podróży opisujemy tutaj → Serbia rowerem. Djerdap, Belgrad, Wojwodina

Przebieg trasy

granica HU / RU – Berveni – Carei – Tășnad – Săcășeni – Bobota – Bocșa – Crișeni – Mirșid – Popeni – Jibou – Hida – Fildu de Jos – Huedin – Beliș – Poiana Horea – Albac – Câmpeni – Abrud – Tăuți – Alba Iulia – Sebeș – droga DN 67C (Transalpina) – Novaci – Polovragi – Izvoru Rece – Horezu – Romanii de Jos – Pietrari – Râmnicu Vâlcea – ALdesti – Tigveni – Curtea de Argeș – droga DN 7C (Transfogaraska) – Cârțișoara – Cârţa – Avrig – Sibiu – Craiova – Drobeta Turnu Severin (kolej CFR) – granica RU / SRB

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s