Do startu gotowi, start! W Europę na rowerach

Opisana tutaj historia oraz jej kontynuacje wydarzyły się naprawdę 🙂 Opowieść poniżej to początek długiej wyprawy rowerowej, która skończyła się pięć miesięcy po dniu startu. I która z bliskich Niemiec zaprowadziła nas do dalekiej Hiszpanii (choć jeszcze wtedy trudno było w to uwierzyć). Więcej na ten temat → EUROTRIP

Deszcze i grzmoty na terenowe kłopoty

„Nie ma końca. Nie ma początku. Jest tylko niezaspokojona pasja życia.” Federico Fellini

Polska-Niemcy, 31.05 – 02.06 2016, 1-3 dzień wyprawy. 213 km rowerem, ~150 km pociągami

Budzik, chlust wody na dzień dobry, śniadanie, mycie zębów. A niecałe dwie godziny później staliśmy na dworcu kolejowym w Skwierzynie. Tacy niepewni, zadziwieni. Dokąd my jedziemy?

Już po chwili razem z naszymi objuczonymi rowerami wahaliśmy się bezwładnie w takt kołyszącego pociągu. Konduktor i pasażerowie przyglądali się nabrzmiałym sakwom przytroczonym do bagażników. Wcale nie był to nasz sakwiarski debiut, ale czuliśmy się niezręcznie z tym pięćdziesięciokilogramowym dobytkiem wymagającym pchania i podciągania siłą własnych, nieprzyzwyczajonych mięśni.

Była w nas niepewność, która towarzyszy podczas pierwszego dnia jazdy, gdy wydaje ci się, że zajmujesz ponad połowę pasa drogowego, kierownica zdaje się mieć własną, niezależną od ciebie wolę, a każdy podmuch wiatru spowalnia cię do połowy osiągniętej prędkości. Rower ani trochę nie współpracuje. Jest tak samo obcy, jak wszystko wokół nowej wyprawy.

Siłując się z kierownicami na pierwszych kilometrach drogi krajowej nr 27 z Żar do Przewozu, rozwinęliśmy zawrotną prędkość 18 km/h. Wyglądaliśmy, jakbyśmy wieźli w sakwach kilka wkładek jajek albo ładunek wybuchowy 🙂 Sterowność rowerów była tragiczna.

Po przekroczeniu polsko-niemieckiej granicy niebo się zachmurzyło i podczas pierwszego postoju na jedzenie zaczął kropić deszcz. Potem co chwilę grzmiało, co chwilę obrywały się chmury, a po deszczu parował asfalt. I wtedy my startowaliśmy spod przystanków autobusowych na drogę, żeby przed kolejną ulewą dotrzeć jak najdalej.

W Goerlitz tuż przed burzą zjechaliśmy do Zgorzelca, żeby kupić trochę euro. Prawie dwie godziny spędziliśmy w bramie kamienicy, obżerając się drożdżówkami i czekając na kres deszczu. Naszym celem było Jezioro Berzdorfer, nieopodal Goerlitz, gdzie chcieliśmy spędzić pierwszą wyprawową noc.

I tak też się stało. Na chwilę przed zachodem zza chmur wyszło słońce wywołując eksplozję soczystych, majowych barw. Na trawie przy wodzie rozstawiliśmy namiot. I zaraz przypomniały się stare, znajome zapachy, mycie w zimnej wodzie, brzdęk aluminium z herbatą, wieczorny chłód w namiocie 🙂 A do towarzystwa przypłynęły zaciekawione łabędzie.

Noc i poranek były ciche, spokojne. Spotkaliśmy jedynie pojedynczych biegaczy. Była wyprawa, ale było jeszcze mało wyprawowo. Śniadanie na ławce, fizjologia w pachnącym toi toi-u z papierem toaletowym i żelem do dezynfekcji rąk. A my przecież czekaliśmy na jakąś dzicz, minimalizm potrzeb, śniadanie na kolanie, sikanie w krzakach, ślimaki bez skorupy, krew, pot i łzy 🙂

Mówisz – masz. Nie żeby wszystko naraz i nie żeby zaraz po kolei. Ale przynajmniej zaczął się pot, bo podjazdów wyrosło na drodze sporo, a potem doszły jeszcze przekleństwa, gdy biała, cienka dróżka w naszym atlasie okazała się być bardzo ruchliwą trasą dla ciężarówek i innej maści pojazdów. I jakoś kierowców ich wszystkich łączyła niecierpliwość oraz wkurzająca tendencja do wyprzedzania na zakrętach.

Podczas podjazdów na pagóry czuliśmy każdy kilogram bagażu, oddech nierówny, mięśnie dopiero co rozbudzone z sakwiarskiego, zimowego snu. Późnym popołudniem bardzo chętnie zjechaliśmy do doliny, do miasta Neustadt. Makaron, pieczywo, piwo, warzywa w Kauflandzie i udaliśmy się na poszukiwania terenu pod namiot.

Znaki wskazywały na „Freiebad”, czyli darmowe kąpielisko. Pojechaliśmy tam bardziej z ciekawości niż z przekonania, że znajdziemy miejsce na nocleg. Zbiornik otoczony był rekreacyjnym parkiem, w którym spacerowali ludzie. Ktoś pływał w wodzie, ktoś grał w piłkę, ktoś był na randce. A wielka tablica za pomocą wielkiej jak stodoła ikony przekreślonego namiotu głosiła, że nie wolno biwakować. Regulamin mówił też, że przebywanie po godzinie 22.00 jest zabronione.

Karolina poszła rozejrzeć się w terenie, poszukać potencjalnego miejsca do spania w okolicy parku. Jakieś chaszcze się znalazły, jakaś trawa wysoka do udeptania, ale to i tak dopiero o zmroku, bo obok była ścieżka spacerowa, do spacerowania ciągle używana. Póki co nie pozostało więc nic innego jak wskoczyć w kąpielówki i mimochodem umyć się pod jedną, czy drugą pachą 🙂

Odświeżeni jak ta lala objadaliśmy się makaronem z garnka. Już za chwilę mieliśmy wstać. Już niedługo zamierzaliśmy wytoczyć się na dróżkę, a zaraz potem wtoczyć wprost w krzaki, drążąc w gąszczu wcale nie rzucającą się w oczy ścieżkę. W wyobraźni ugniataliśmy trawę, odganialiśmy komary, wyrzucaliśmy z namiotu ślimaki. Już podnosiliśmy zadki, kiedy zaczęło padać.

Ludzie w popłochu zbierali piłki, badmintony, psy, ręczniki i galoty. W pięć minut park opustoszał. Wszystkie noszone przez wodę rozmowy, szczekania i zawołania zniknęły. Zostaliśmy sami. Nad nami kłębiły się granatowe chmury. Popatrzyliśmy na siebie i migiem poderwaliśmy z miejsc. Pobiegliśmy na drugą stronę zbiornika docierając do linii krzewów osłaniających nas przed wzrokiem innych. Coś błysnęło w powietrzu, potem zagrzmiało.

Tempo rozkładania namiotu mocno ewoluowało od ostatniego wieczoru. Po kolejnym burzowym przebłysku zamiast tarcia warstw powietrza usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwiami. Niemal podskoczyliśmy w miejscu. Wychylając głowy przez krzaki zobaczyliśmy mężczyznę wykonującego błyskawiczne rozpoznanie terenu: obrót głowy w prawo, w lewo, jeszcze raz w prawo, jeszcze raz w lewo, odwrót w tył i marsz z powrotem do auta. Znów nastąpiło trzaśnięcie drzwiami i ekspresowy ochroniarz odjechał.

A my z błogimi uśmiechami na twarzach wrzucaliśmy śpiwory do sypialni i cieszyliśmy się z deszczu i burzy, co to wyludniły nam dobrą miejscówkę pod namiot 🙂

Następnego poranka droga uśmiechała się do nas. Falując między pagórami, układała się w łuki i sunęła przez krzywizny terenu. To nic, że było trzeba mocniej pedałować. Wiatr we włosach, słońce na gębach, zakwas w nodze 🙂 A potem na granicy Gór Połabskich pierwsza górska serpentyna – taka pobłażliwa. W cieniu. I równy asfalt, mały ruch, zaledwie 2 kilometry w górę.

Wywiodło nas do Bastei, kompleksu pionowych skał, znanej turystycznej atrakcji. Od niemiecko-czeskiej granicy dzieliły nas zaledwie kilometry, a to oznaczało podekscytowanie, no bo hej przygodo, im dalej, tym lepiej. A kiedy z tarasu widokowego zobaczyliśmy Łabę, sunące pociągi, pływające statki i małe mobilne punkciki na trasie rowerowej wzdłuż rzeki, poczuliśmy prawdziwy sakwiarski zew 🙂

Niebawem zjechaliśmy do doliny Łaby, gdzie ludzkie życie wciskało się między koryto rzeki, a wypiętrzające się nad nią wzgórza. Tętniła życiem. Samochody na drodze, ludzie w domach, na chodnikach, przy sklepach, rowerzyści na szlaku, pociągi na torach, statki cumujące na przystaniach. Jeszcze po niemieckiej stronie zatrzymaliśmy się na szybkie zakupy, a potem wjechaliśmy na sielski szlak rowerowy wzdłuż Łaby (w Niemczech jest to Elberaweg, w Czechach Labská stezka).

Niebo się pochmurzyło, granica była tuż, tuż. Po lewej nad drogą wyrosły skały Parku Narodowego Saskiej Szwajcarii. Zbliżaliśmy się do nieczynnego przejścia granicznego, a granatowa tablica informacyjna z napisem „Czeska republika” stawała się jeszcze bardziej granatowa pod coraz bardziej kłębiącymi się chmurami ×××

Dalszy ciąg podróży → Rowerem do Pragi i na czereśnie. Wyprawa przez Czechy

Przebieg trasy

Skwierzyna – Zielona Góra – Żary (PKP) – Przewóz – granica PL / DE – Rothenburg – Görlitz –  Berzdorfer See – Löbau – Oppach – Neustadt – Hohnstein – Bastei – Bad Schandau – Schmilka – granica DE / CZ

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Do startu gotowi, start! W Europę na rowerach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s